Epidemia ptasiej grypy, Europejski Zielony Ład, pandemia koronawirusa, inicjatywa Koniec Epoki Klatkowej, salmonella, brexit i ubezpieczenia produkcji drobiarskiej to tylko niektóre problemy, z którymi mierzył się, mierzy i będzie się mierzyć sektor drobiarski w naszym kraju. Sytuacja branży jest trudna, a jest się o co bić, ponieważ Polska jest unijnym hegemonem na tym wymagającym rynku. Czy sektor drobiarski w naszym kraju ma szansę się podnieść?

sektor drobiarski z problemami - grafika wpisu
fot. zdenet/Pixabay.com

Już ponad 300 ognisk wirusa ptasiej grypy wykryto w polskich gospodarstwach utrzymujących drób. Konsekwencje są druzgocące, ponieważ wystąpienie ogniska jest równoznaczne z likwidacją całego stada drobiu niezależnie od tego, czy liczy ono 50 sztuk, czy 300 tysięcy. Do dziś  (jak szacuje sama branża) choroba spowodowała likwidację ponad 10 milionów sztuk drobiu. Co niezwykle istotne – grypa ptaków często dotyka stad reprodukcyjnych, które trudno jest odbudować i które są szczególnie cenne dla branży.

Poza Francją – biorąc pod uwagę kraje Unii Europejskiej – to właśnie w Polsce ptasia grypa uderzyła z największą siłą. Nie ma jednak w Europie drugiego tak silnie dotkniętego chorobą regionu jak Mazowsze, gdzie służby weterynaryjne interweniowały już ponad 120 razy.

Nowo powołany Główny Lekarz Weterynarii ogłosił wprawdzie, że choroba ustępuje, ale nie zmienia to faktu, że jej powrotu spodziewać należy się już jesienią tego roku – o ile do tego czasu nie zniwelujemy do zera liczby ognisk ptasiej grypy w Polsce. To możliwe, ponieważ jej rozprzestrzenianie skutecznie hamują wyższe temperatury, a te już niedługo przed nami.

Grypa ptaków to jednak nie tylko utrata inwentarza, ale także cały szereg następstw ekonomicznych tej choroby, a są to: spadek produkcji, kłopoty związane z pozyskiwaniem surowców oraz faktyczne wyłączenie możliwości eksportu do krajów pozaunijnych, które są ważnymi odbiorcami krajowego sektora drobiarskiego.

Europejski Zielony Ład

Prawdziwą „bombę” sektorowi drobiarskiemu podrzucić chcą także instytucje unijne. Mowa tu o nowej strategii dla wspólnotowego rolnictwa, czyli Europejskim Zielonym Ładzie. Niemałym problemem wydaje się w tym kontekście – będące jednym z głównych elementów strategii – wymuszenie przeznaczenia części gruntów rolnych pod uprawy ekologiczne. Będzie się to wiązało ze znacznym spadkiem produkcji roślin, które są podstawowym surowcem paszowym wykorzystywanym w sektorze drobiarskim. Możliwy jest zatem także wzrost cen pasz, co przełoży się na znaczne podniesienie kosztów produkcji drobiarskiej.

Hodowcy obawiają się też finalnego kształtu przepisów, które regulować mają nowe warunki dobrostanowe drobiu. Jeżeli Unia Europejska nadal ulegać będzie aktywistom „ekologicznym”, następstwa nowych przepisów mogą najzwyczajniej uczynić hodowlę drobiu nieopłacalną. Zielony Ład to także ograniczenie możliwości stosowania środków bakteriobójczych – nieodzownych w hodowli.

Według raportu USDA europejskie rolnictwo – tylko w konsekwencji Europejskiego Zielonego Ładu – może utracić szansę na równą konkurencję z globalnymi rywalami.

Problem z brexitem

Jeszcze rok przed brexitem Wielka Brytania była największym odbiorcą drobiu pochodzącego z polskich hodowli. Sytuację zmieniło jednak opuszczenie Unii Europejskiej przez Wyspiarzy. W konsekwencji tej decyzji Wielka Brytania spadła na czwarte miejsce wśród największych importerów polskich produktów drobiarskich.

Początkowo rodzimi hodowcy byli przerażeni brexitem, później – gdy okazało się, że udało się wynegocjować względnie korzystne warunki opuszczenia UE przez Wielką Brytanię – odetchnęli z ulgą. Na krótko. Okazało się bowiem, że Polacy stracili uprzywilejowaną, do tej pory, pozycję na rzecz głównego europejskiego konkurenta – Ukrainy. Drobiarski gigant z tego państwa – spółka MHP – już dziś zagospodarowała znaczną część rynku należącego do tej pory do polskich dostawców. Analizy jasno wskazują, że sytuacja w najbliższych latach będzie się (z polskiej perspektywy) tylko pogarszać.

Inne problemy hodowców

Nasi hodowcy wciąż nie mogą poradzić sobie z występowaniem salmonelli na fermach. Zawirowania w Głównym Inspektoracie Weterynarii i bierność ministra rolnictwa Grzegorza Pudy wobec problemów branży, wciąż nie pozwalają na uruchomienie krajowego programu zwalczania salmonelli, którego domagają się hodowcy. Trzeba jednak zauważyć, że realizacja programu mogłaby być trudna, ponieważ wciąż niedofinansowana Inspekcja Weterynaryjna nie miałaby dość etatów, by skutecznie wdrożyć i egzekwować jego założenia.
Hodowcy domagają się również zmian w systemie ubezpieczeń, umów kontraktacyjnych i dialogu z rządem.

Hodowcom nie pomaga Unia Europejska, która – poza działaniami w ramach Zielonego Ładu – brata się też z organizacjami antyhodowlanymi w kampanii Koniec Epoki Klatkowej. A część europarlamentarzystów nie mówi „nie” także propozycjom lewicowych działaczy, którzy chcieliby ustanowienia specjalnego podatku od mięsa.

Los nie sprzyja drobiarzom, którzy stanowią swoisty klejnot w koronie polskiego sektora hodowlanego. Rząd musi zastanowić się, jak pomóc tej branży – nie poprzez bezustanne sypanie groszem – a wprowadzając regulacje, które pozwolą hodowcom rozwinąć skrzydła w trudnym czasie pandemii koronawirusa.