Po ponad dwóch miesiącach od inwazji na Ukrainę rosyjska gospodarka nadal funkcjonuje stosunkowo płynnie. Panorama ekonomiczna jest bardzo odmienna od tej, którą przewidywano w pierwszych tygodniach wojny. Ale czego można się spodziewać, gdy na światowego eksportera surowców nakłada się wszystkie z możliwych sankcji z pominięciem tych, które w jakikolwiek sposób ograniczyłyby obrót gazem ziemnym czy ropą?

W dniu, w którym rozpoczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę, rubel, oficjalna waluta Rosji, gwałtownie spadł, co wydawało się zapowiadać gospodarczą klęskę tego kraju. Tydzień po lawinie zachodnich sankcji w rosyjskiej telewizji na żywo dyrektor generalny funduszu inwestycyjnego DTI Algorithmic Alex Butmanow wzniósł toast celem upamiętnienia rosyjskiej giełdy „Droga giełdo, byłaś kimś bliskim i interesującym. Spoczywaj w pokoju, droga koleżanko” – powiedział. Butmanow doszedł do tego samego wniosku, co większość zachodnich analityków finansowych: wojna nieuchronnie doprowadzi do rosyjskiego załamania gospodarczego.

Jednak po ponad dwóch miesiącach wojny moskiewska giełda nie tylko żyje, ale ma się całkiem dobrze, a rosyjski rubel w pełni odzyskał siły. Wiele powiedziano o fiasku rosyjskiej operacji wojskowej i o tym, jak złe planowanie dało armii ukraińskiej skrzydła, aby oprzeć się początkowemu atakowi. Jednak o wiele mniej uwagi poświęcono faktowi, że po ponad dwóch miesiącach od wybuchu wojny rosyjska gospodarka nadal funkcjonuje stosunkowo płynnie. Zachodnie media nie mają wątpliwości – skoro Gazprom „odważył” się zawiesić dostawy paliwa do Polski i Bułgarii, to znaczy, że Kreml wciąż jest w stanie wykorzystać swoją siłę energetyczną do wywierania presji na europejskie kraje. Panorama ekonomiczna jest bardzo odmienna od tej, którą przewidywano w pierwszych tygodniach inwazji i która rodzi oczywiste pytanie. Czy sankcje nałożone na Rosję okazały się porażką?

Nikt na Zachodzie nie kwestionuje co prawda, że sankcje w jakimś stopniu wpłynęły na rosyjską gospodarkę. Według Rosstatu, rosyjskiej państwowej agencji statystyki ekonomicznej, Rosja doświadcza najwyższej inflacji od 20 lat, a ceny wzrosły w ciągu ostatniego miesiąca o 17,3 proc. Wśród analityków panuje zgoda, że ​​kraj będzie cierpieć z powodu rocznego spadku PKB o 10-15 proc. Kilka krajowych firm zostało z tego powodu zmuszonych do zamknięcia, w tym jeden z głównych producentów czołgów w kraju. Burmistrz Moskwy twierdzi, że miasto może stracić ponad 200 tys. miejsc pracy z powodu opuszczenia stolicy ponad 800 zagranicznych firm. Wielu analityków uważa jednak, że skala bezrobocia może być znacznie większa. Wreszcie rosyjski rząd stoi w obliczu możliwej niewypłacalności swoich obligacji. Jest to bez wątpienia niezwykle skomplikowana gospodarcza sytuacja, która w innych okolicznościach byłaby postrzegana jako dewastująca dla kraju, który przez nią przechodzi.

Jednak głównym celem zachodniego pakietu sankcji gospodarczych nie było zmuszenie Rosji do zaciskania pasa na długie lata, ale nakłonienie Władimira Putina do powstrzymania inwazji. I w tym sensie kalkulacje Kremla nie zmieniły się ani o jotę.

– Kiedy wprowadzono sankcje, wielu myślało, że w Rosji nastąpi panika finansowa, zwłaszcza po zamrożeniu aktywów banku centralnego – wyjaśnia w wywiadzie dla hiszpańskiego dziennika „ElConfidencial” Miguel Otero, główny analityk w Elcano Royal Institute. – Jednak szybko zorientowano się, że sankcje będą oddziaływać w perspektywie średnio- i długoterminowej, ale nie tak bardzo w perspektywie krótkoterminowej – dodaje.

Kreml nie stał bezczynnie w obliczu sankcji. Rosyjskie władze zastosowały szereg drastycznych środków, aby za wszelką cenę chronić gospodarkę. Obejmowały one m.in. wzrost stóp procentowych, wprowadzenie kontroli kapitału, zobowiązanie rosyjskich firm do przeliczania 80 proc. zagranicznych zysków na ruble. W rezultacie wartość waluty szybko wzrosła po początkowym spadku, stając się walutą o najlepszych wynikach na świecie w marcu.

– Strategia rozpętania gospodarczego blitzkriegu nie powiodła się – powiedział niedawno Władimir Putin. To nie pierwszy raz, kiedy Rosja postawiła wszystko na jedną kartę, aby bronić wartości swojej waluty jako symbolu oporu przeciwko Zachodowi. W latach 70. i 80. Związek Radziecki utrzymywał oficjalny kurs jednego rubla równy około 1,35 dolara, podczas gdy na czarnym rynku płaciło się cztery ruble za dolara. Strategia obrony rodzimej waluty za wszelką cenę spowodowała wtedy wielki rosyjski kryzys zadłużeniowy końca lat dziewięćdziesiątych. Dziś, tak jak wtedy, wątpliwa jest średnio- i długoterminowa trwałość działań rosyjskiego rządu.

– Historia pokazuje, że sankcje gospodarcze są nieskuteczne w ograniczaniu złego zachowania tyranów – twierdzi Tania Babina, profesor Columbia Business School, z pochodzenia Ukrainka, dodając, że „jedynie sankcje, które zrujnują zdolność Putina do kontynuowania wojny, mogą go zatrzymać (…) Zachód jak na razie jest daleko od zatrzymania wojny”.

Początkowy opór Rosji wobec sankcji częściowo wynika z faktu, że władze tego kraju od lat dążyły do zmniejszenia zależności od globalnego systemu finansowego, uzupełnienia rezerw walutowych i „oddolaryzacji” gospodarki, co jest strategią znaną jako „Twierdza Rosja”. – Trzeba przyznać, że rosyjscy technokraci całkiem dobrze przygotowali się do wojny – mówi Otero. – Przyzwyczajeni do najgorszego szybko opanowali sytuację, wykorzystując firmy energetyczne do wspierania rubla, wymuszając sprzedaż rezerw, narzucając kontrolę kapitału i tak dalej – dodaje. Problem względnej nieskuteczności sankcji wynika z faktu, że rosyjski eksport energii, siła napędowa gospodarki, nadal funkcjonuje normalnie.

Dwa miesiące po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę widać, że sankcje nałożone na rosyjską gospodarkę są niewystarczające. Ale czego można się spodziewać, gdy na światowego eksportera surowców nakłada się wszystkie z możliwych sankcji z pominięciem tych, które w jakikolwiek sposób ograniczyłyby obrót gazem ziemnym czy ropą? Nierealistyczne jest oczekiwanie chaosu finansowego w Rosji, chyba że jej główne źródło dochodów zostanie poważnie uszkodzone. Innymi słowy, problemy, jakie Zachód stwarza Władimirowi Putinowi, nie wpłyną od razu na podejmowane przez niego decyzje.

– Jeśli przepływy pieniężne, które Putin wykorzystuje do finansowania wojny, nie zostaną odcięte, trudno sobie wyobrazić, kiedy inwazja się skończy i czy w ogóle – mówi Tania Babina.

Znany jest główny powód, dla którego rosyjski eksport energii został oszczędzony przez zachodnie sankcje. Zależność większości krajów europejskich od rosyjskiej ropy i gazu uniemożliwia podjęcie drastycznych działań w tym zakresie. Stany Zjednoczone, inna potęga energetyczna, która nie potrzebuje rosyjskiego paliwa, zakazała jego importu dwa tygodnie po rozpoczęciu konfliktu, podczas gdy w Unii Europejskiej dopiero udało się nałożyć podobne embargo na węgiel, a dyskusja na temat innych surowców jest w powijakach. Embargo na rosyjski gaz nie wchodzi w rachubę, chociaż Bruksela obiecała zmniejszyć jego import o 65 proc.do końca roku, co jest trudnym zadaniem.

Znowu ta sama dynamika. W perspektywie średnio- i długoterminowej, kiedy Europie uda się przeprowadzić niezbędne żonglowanie, aby ograniczyć zakupy gazu i ropy, Rosja stanie przed wielkim problemem utraty głównego klienta. Jednak w tej chwili, gdy ceny paliw rosną w zawrotnym tempie, do kieszeni Władimira Putina codziennie z eksportu energii wpływa ponad miliard dolarów. Manewry konieczne do ustabilizowania rubla i utrzymania działania machiny wojennej są bardzo wymagające ekonomicznie, ale tak długo, jak rosyjska kura znosząca złote jajka będzie przy życiu, tak długo Władimir Putin będzie kontynuował wojnę.

W ubiegły czwartek Gazprom ogłosił, że w 2021 r. osiągnął zysk netto w wysokości 28,4 mld euro, czyli 13 razy więcej niż w 2020 r. I chociaż UE nakłada kolejne sankcje, to jednak zachodnie sankcje są przecież zachodnie. Większość świata nadal stosunkowo normalnie handluje z Moskwą. Niektóre mocarstwa nawet czerpią korzyści z wojny. Indie, kraj, który odmówił przyłączenia się do sankcji i potępienia inwazji na Ukrainę, otrzymały w ciągu ostatnich dwóch miesięcy 17 mln baryłek ropy naftowej z Rosji, czyli o 5 mln więcej niż w całym 2021 roku, korzystając ze znacznego rabatu, który eurazjatycki gigant oferuje, aby jego ropa nadal znajdowała klientów.

Jednak zdaniem ekonomistów Rosja prędzej czy później (ale raczej później) odczuje gospodarcze konsekwencje swoich działań. Sankcje nałożone po tym, jak Rosja ogłosiła aneksję Krymu, wywołały poważne skutki gospodarcze po prawie roku, a były to dość skąpe kary w porównaniu z sankcjami nałożonymi po wybuchu wojny na Ukrainie. Rosja najbardziej ucierpi na niemożności importowania zachodniej technologii. Stanie się to w czasie, gdy Moskwa będzie jej desperacko potrzebować, aby przeorientować swoją gospodarkę od energii. Stawianie wszystkiego na węglowodory jest teraz główną deską ratunku Moskwy, ale np. za dziesięć lat, w miarę postępu transformacji ekologicznej, może to stać się jej zgubą.

Tymczasem walki trwają, a Unia Europejska przygotowuje szósty pakiet sankcji w związku z rozpoczęciem przez Rosję odnowionej operacji wojskowej w Donbasie. Dwa miesiące to za mało, aby zrozumieć rzeczywiste konsekwencje wojny. – Sankcje muszą być zawsze postrzegane z uwzględnieniem pewnej dynamiki. W dłuższej perspektywie jest prawie pewne, że Rosja przegra na Ukrainie, co może dawać jakieś pocieszenie Ukraińcom, których kraj dzień po dniu jest coraz bardziej zniszczony – mówi Otero.

Źródło: ElConfidencial

Poprzedni artykułDr Stanisław Kluza: „To dopiero początek wyzwań związanych z inflacją” [WYWIAD]
Następny artykułBezkrwawy „zamach stanu”, czyli Konstytucja 3 Maja