Pandemia koronawirusa, wojna na Ukrainie i zawirowania na rynkach energetycznych to okres, w którym kierunki prowadzonej polityki dążyć powinny do gospodarczej stabilizacji i – o ile to możliwe – rozwoju konkretnych sektorów. Unia Europejska zdaje się tego nie rozumieć.

matthiasboeckel/Pixabay

Zakres działań dotyczących realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu, w tak trudnym czasie jak obecny, musi zostać szczegółowo zrewidowany. Nie ma innej możliwości, jeśli nadal chcemy mówić o Unii jako o obszarze bezpiecznym pod względem produkcji żywności. Decydenci muszą wreszcie zdać sobie sprawę z odpowiedzialności, która ciąży dziś na ich barkach i z konsekwencji podejmowanych przez nich decyzji. Eksperci w ostatnich latach wielokrotnie podnosili kwestię zaopatrzenia w żywność jako jednego z najważniejszych elementów bezpieczeństwa Wspólnoty; obok bezpieczeństwa energetycznego i militarnego. Jaka logika zaprowadziła zatem Unię do stworzenia dyrektywy SUD?

Absurdalna dyrektywa

SUD to unijna dyrektywa w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin. Jej podstawowym celem jest ograniczenie możliwości wykorzystywania szkodliwych – z punktu widzenia Komisji Europejskiej – środków, których zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa produkcyjnego w sektorze roślinnym. Większość państw UE wprost wskazuje na szkodliwość rozwiązań forsowanych przez Brukselę. Dlaczego?

Dyrektywa, poza obligatoryjnym ograniczeniem możliwości stosowania środków ochrony roślin o 50 procent (o tym później), posługuje się także niejasnym – z prawnego punktu widzenia – terminem „obszarów wrażliwych”. Co jest, a co nie jest obszarem wrażliwym pozostaje kwestią dyskusyjną, ale martwić powinno nas, że na tak pojmowanym areale stosowanie pestycydów będzie absolutnie zakazane.

Autorzy nie uraczyli zainteresowanych uzasadnieniem tak daleko idącego ograniczenia, zapewne zdając sobie sprawę z niejednoznacznego zdefiniowania „obszaru wrażliwego” w unijnym prawie. Strona francuska zwróciła uwagę, że w przypadku ich kraju za takowe uznać można nawet między 60 a 80 procent gruntów rolnych. Podobne wartości odnieść można do innych krajów Unii Europejskiej – w tym Polski. Brak precyzji przepisów może poskutkować ich nadinterpretacją oraz wprowadzeniem zakazu na polach, względem których nie istnieją żadne przesłanki ku wprowadzaniu dodatkowych restrykcji. W zasadzie nie „może poskutkować”, a zapewne poskutkuje, bo w dane dotyczące poziomów użycia środków ochron roślin wgląd będą miały – tak, tak – organizacje pozarządowe.

Wszechwładne NGOsy

Unijni „eksperci” wymyślili, że doskonałym pomysłem będzie stworzenie systemu informatycznego, do korzystania z którego rolnicy zostaną zobligowani odpowiednimi przepisami. Wszyscy. Narzędzie będzie gromadziło dane na temat poziomów aplikacji środków ochrony roślin, które to dane rolnicy sami będą musieli wprowadzać do rejestru. Oczyma wyobraźni możemy zobaczyć, jak ochoczo z tego rozwiązania korzystać będą szczególnie najstarsi z nich, prowadzący swoje gospodarstwa na 1, 2 czy 3 hektarach. Mówiąc wprost – nowe narzędzie znacznie utrudni prace kilku milionom ludzi. To dodatkowa biurokracja, kolejne koszty oraz poważne niebezpieczeństwo, ponieważ dostęp do rejestru mają zyskać organizacje pozarządowe, które zasłynęły szeregiem manipulacji wykorzystywanych w ideologicznej walce z rolnikami. Będzie „zabawnie”.

Niesprawiedliwe ograniczenie

Dyrektywa SUD wprowadza także sztywną metodę redukcji użycia środków ochrony roślin. Otóż państwa członkowskie UE do 2030 roku zobligowane są do ograniczenia poziomów stosowania środków ochrony roślin o 50 procent. Co to w zasadzie oznacza? Zarówno kraj zużywający niewielką ilość substancji czynnych jak i ten, który środków ochrony roślin zużywa sporo, będą musiały zredukować ich wykorzystanie o połowę. Efekt będzie taki, że Polska, jako kraj o niskim poziomie chemizacji rolnictwa, będzie mogła wykorzystywać bardzo niewielkie ich ilości, a na przykład Holandia, po dokonaniu zgodnej z przepisami redukcji, będzie mogła wykorzystywać większe ilości substancji czynnej niż Polska dziś. Ten absurdalny problem dotyczy wielu krajów, więc nie jesteśmy tu odosobnieni, niemniej lobbing największych gospodarek starej Unii może w tym przypadku wygrać z logiką i sprawiedliwością. Wskaźnik poziomu redukcji nie uwzględnia także warunków geograficznych, społeczno-gospodarczych czy szeregu innych czynników, które powinny być wzięte pod uwagę przy projektowaniu nowego, skrajnie restrykcyjnego, prawa.

Przedstawiciele polskich organizacji rolniczych wskazują, że w odniesieniu do naszego kraju już ograniczenie na poziomie 30 procent może poważnie zagrozić bezpieczeństwu upraw, a co za tym idzie także sektorowi hodowlanemu (większość zbóż uprawianych w Polsce to rośliny produkowane na potrzeby przemysłu paszowego, a więc wykorzystywane do skarmiania zwierząt). Mówiąc wprost: jeśli unijne ograniczenie wejdzie w życie nasze pola staną się pożywką dla roślin grzybowych i szkodników.

Dwa lata na opamiętanie się

Komisja Europejska założyła sobie, że nowe prawo ma wejść w życie wraz z początkiem 2025 roku. Dla urzędników nie ma znaczenia, że decyzja o dobrowolnym wprowadzeniu zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego ponad 450 mln osób, nie została poparta żadnym szczegółowym dokumentem prezentującym ocenę skutków regulacji nowych przepisów. Cała nadzieja w tym, że państwa członkowskie UE wypracują wspólny front w celu zablokowania szkodliwej inicjatywy legislacyjnej. Znając upór unijnych dygnitarzy będzie to jednak szalenie trudne, bo nie o ekologię chodzi tu przecież politykom.

Poprzedni artykułZnowu wyłudzili unijne dotacje
Następny artykułGruzja pomaga Rosji unikać sankcji