Niespodziewanym dla wielu może być fakt, że w 2019 roku w prestiżowym rankingu Doing Business, który analizuje łatwość prowadzenia firmy na wielu płaszczyznach, Białoruś wyprzedziła pod tym względem m.in. Szwajcarię i Japonię…

W ostatnim czasie nasz wschodni sąsiad jest głównym tematem mediów nie tylko polskich, ale i europejskich. Autorytarne rządy są tym, co definiuje Białoruś w debacie publicznej, przez co zapominamy, że za wschodnią granicą również są przedsiębiorcy. Niespodziewanym dla wielu może być fakt, że w 2019 roku w prestiżowym rankingu Doing Business, który analizuje łatwość prowadzenia firmy na wielu płaszczyznach, kraj ten zajął 37. miejsce. Wyprzedził pod tym względem m.in. Szwajcarię oraz Japonię i znalazł się tylko pięć miejsc za Polską.

37. miejsce w tak wielowektorowym rankingu jest naprawdę imponującym osiągnięciem. Jak to jednak często z różnego rodzaju klasyfikacjami bywa, nie oddają one w pełni specyfiki gospodarki i środowiska biznesowego całego kraju. Gospodarka Białorusi może być zdefiniowana przez jedną główną cechę, jaką jest zależność od Rosji. Żeby ją zrozumieć, trzeba przyjrzeć się strategii reżimu skupionego w osobie Aleksandra Łukaszenki.

Trzy lata od uzyskania autonomii do zdobycia władzy przez aktualnego prezydenta były wyjątkowo ciężkie pod względem gospodarczym na Białorusi, tak jak we wszystkich krajach postkomunistycznych. Łukaszenka w 1994 roku zwyciężył wraz ze swoimi hasłami nawiązującymi do gospodarki centralnie planowanej. Nie zmieniło to jednak potrzeby uzyskania wpływów do budżetu, które szczególnie w krajach o charakterze autorytarnym są kluczowe do utrzymania się przy władzy. Rozwiązaniem, które dało i wciąż daje mu wpływy, są bardzo korzystne ceny gazu z Rosji. Moskwa korzysta na tym dzięki głębokiej integracji rosyjsko-białoruskiej, dającej jej w tym kraju ogromne wpływy. Relacja ta często słusznie jest porównywana do państw marionetkowych czy kolonialnych.

Takie kolesiostwo daje duże możliwości w utrzymaniu rządów twardą ręką, ale budzi też wiele zagrożeń. Wahania cen gazu na rynkach światowych prowadzą do wahań PKB per capita Białorusi. Dodatkowo po 2010 roku i geopolitycznym zamieszaniu na Krymie Łukaszenka zreflektował się, że Rosja zapewnia mu renty, dzięki którym ma on co prawda swój własny kraj, lecz przy takiej integracji w każdym momencie może mu to państwo zabrać poprzez kolejną aneksję. Jedyną drogą, jaką prezydent Białorusi mógł obrać w celu zapewnienia przysłowiowego chleba swoim poddanym, był rozwój. Rozwój poprzez liberalizację gospodarki – dodajmy.

Te próby otworzenia dostępu do ryku gospodarczego były (i są) zagrożeniem dla uzależnionego od aparatu państwa społeczeństwa, żyjącego w ładzie przypominający autorytaryzm. Całkiem zabawnie próby te przypadają prawie idealne na lata gorszych relacji między Mińskiem, a Moskwą. Pierwszym bodźcem było ucięcie subsydiowania dostaw gazu przez Rosję w 2006 roku oraz wycofanie się z wcześniej praktycznie bezzwrotnych pożyczek. Konieczne były inne bodźce stymulujące gospodarkę. Ulgi podatkowe, ułatwienia dla inwestorów, a w 2009 roku ujednolicony został nawet podatek dochodowy do poziomu 12 proc.! Wszystko to spotęgowane zostało aneksją Krymu, kiedy to Łukaszenka zaczął starać się o zbudowanie jeszcze większej autonomii, uchylając nawet rynek polityczny, co mogło wyglądać na lekką demokratyzację. Cała ta piękna historia zakończyła się ok. 2015 roku. Rok wcześniej Łukaszenka wrócił do integracji z Rosją, a co za tym idzie – korzystnych cen gazu zapewniających mu możliwość utrzymania większości gospodarczej działalności w rękach państwa. Znamienitym punktem zwrotnym, który to obrazuje, jest zawiązanie Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej.

Mimo to zaistniał na Białorusi rozwój gospodarczy w wersji liberalnej, a trzeba chyba przyznać, że państwu temy bliżej do kapitalizmu niż komunizmu. Według organów rządowych, aż 80 proc. PKB wytwarzane jest przez sektor prywatny! Jest to oczywiście rozbieżne z analizami zewnętrznych organizacji, mówiących o  poziomie co najwyżej 25 proc. Jak więc wygląda to naprawdę? Bardzo dużo mówi o tym publikacja o znamienitym tytule „It is Better to Remain Small and Invisible”. Zakładanie firm i prowadzenie ich jest na Białorusi jak najbardziej możliwe i rząd stara się zachęcić obywateli do takiego działania. Jednak wszystko musi odbywać się w ramach „bezpiecznych” dla status quo.

Rząd jak może stara się wykorzystać nowo powstające inicjatywy do powiększania swoich rent. Aby założyć firmę, w większości branży należy liczyć się z kontrolami, które nie wychodzą bez przyjęcia określonej sumy. Te pieniądze są wpisane nawet w budżet samorządów, a nawet wyższych organów. Na Białorusi istnieje także wypaczona „społeczna odpowiedzialność biznesu”, polegająca na zmuszaniu firm do nieodpłatnego wykonywania zadań publicznych, takich jak budowa dróg czy szkół.

Oczywiście mechanizmów tego pokroju jest dużo więcej. Z drugiej strony na ogromne przywileje mogą liczyć największe przedsiębiorstwa państwowe, które zapewniają stabilność elit, ale także są źródłem utrzymania dla 60 proc. społeczeństwa. Często są nieefektywne, a nawet nierentowne i utrzymują się jedynie dzięki pomocy państwa. Reżim wpadł na genialny (a raczej szatański) pomysł, aby mimo to utrzymać duży przychód z firm sektora publicznego. Przejmuje on najlepsze firmy prywatne dzięki wprowadzonej zasadzie złotej akcji. Umożliwia ona taką nacjonalizację, jeśli biznes ma lub kiedyś był w jakikolwiek sposób finansowany przez rząd.

Wszystkie te zabiegi pomagają trzymać nie tylko życie polityczne, ale też gospodarcze w rękach obecnego reżimu i wykształcają specyficzne zachowania przedsiębiorców. Co za wszelką cenę starają się pozostać mali i niewidoczni dla systemu. Po pierwsze, wybierają prowadzenie działalności w branżach niestrategicznych oraz niekonkurencyjnych dla sektora państwowego. Kamuflują także swoje przychody i zaniżają wartość prowadzonych firm, a większość pieniędzy przekazywanych jest pod stołem. Porzucają oni także ekspansje i inwestycje, a cały rozwój, który mógłby napędzić wzrost gospodarczy, jest przez nich trzymany na wodzy. Wszystko dlatego, aby nie oddać dorobku często całego życia w ręce rządowych elit.

W takim wypadku nie można się dziwić wrażeniu, że na Białorusi nie ma przedsiębiorców. Jest jednak branża, która przez swoją specyfikę wymyka się systemowi. Mowa tu o IT prężnie rozwijającej się u naszych wschodnich sąsiadów. W głównej mierze zawdzięcza ona swoją większą wolność przestarzałej nomenklaturze, mogącej tak łatwo wyłudzać łapówek, czy konfiskować dóbr, które często są dla urzędników zwykłymi bezużytecznymi ciągami znaków.