Polski rynek pracy jest dziś uzależniony od obcokrajowców. Od czasu naszego wejścia do Unii Europejskiej napływ pracowników spoza granic naszego kraju osiągnął niespotykaną dotąd skalę. Efektem tego stanu rzeczy jest fakt istnienia sektorów gospodarki, które bez cudzoziemców tracą rację bytu. Problem stał się szczególnie jaskrawy w przypadku przedsiębiorstw rolnych – szczególnie gospodarstw sadowniczych i trudniących się przetwórstwem, które wyjątkowo silnie odczuwają niedobory pracowników sezonowych.

Mimo pandemii koronawirusa, zagraniczni pracownicy nadal licznie przyjeżdżają do naszego kraju. Zakład Ubezpieczeń Społecznych informuje, że rok 2020 był kolejnym, w którym padł rekord ich napływu. Same tylko ubezpieczenia emerytalne i rentowe notują przeszło 725 tysięcy zarejestrowanych pracowników spoza granic Polski. To aż 11-procentowy wzrost względem końca roku 2019, w którym w analogicznym okresie ZUS informował o liczbie 651 tysięcy zatrudnionych.
Gdy skorelujemy liczbę zagranicznych rąk do pracy ze stosunkowo niskim wskaźnikiem bezrobocia, zauważymy pewien pozytyw w postaci starań o utrzymanie miejsc pracy mimo pandemii.
Trudno dziś rozstrzygać, czy jest to efekt rządowych programów wsparcia covidowego zwanych popularnie tarczami, czy dalekowzroczności polskich przedsiębiorców, którzy – nawet ponosząc wysokie koszty – dokładają wszelkich starań dla utrzymania dzisiejszej pozycji rynkowej swoich firm.

Wprowadzono ułatwienia

Nietrudno zauważyć, że najbardziej liczną grupę napływowych pracowników stanowią Ukraińcy, których ZUS rejestruje dziś w liczbie 532 tysięcy. Co ciekawe; aż 21 tysięcy z nich prowadzi działalność gospodarczą. Reszta zatrudniona jest „na etacie”.

Dane, które podaje ZUS to, rzecz jasna, informacje oficjalne. Szacunki wskazują na liczbę kilku milionów osób, które – z uwzględnieniem szarej strefy – podjęły pracę w naszym kraju w ostatniej dekadzie. Poza Ukraińcami, liczną grupę stanowią tu osoby pochodzące z Azji.

Rząd podjął w ubiegłym roku inicjatywę związaną z przedłużaniem pozwoleń na pracę pracownikom z Ukrainy, zwiększył nabór z krajów azjatyckich i uelastycznił zasady czasu pracy. Zdjął też z niektórych pracodawców konieczność uiszczania składek na ZUS. Miało to na celu ratowanie gospodarstw rolnych, które bez pracowników napływowych nie mogły sobie poradzić z trudnościami wywołanymi pandemią. Polscy rolnicy w sezonie zatrudniają bowiem ponad 120 tysięcy pracowników najemnych. Oficjalnie.

Czy w rolnictwie znów zabraknie pracowników?

Eksperci rynków rolnych twierdzą, że ubiegłoroczne doświadczenia nauczyły zarówno przedsiębiorców jak i rządzących wypracowywania mechanizmów wychodzących naprzeciw problemom niedoboru pracowników. Utrudnienia oczywiście wystąpią, ale nie będą one spotęgowane negatywnymi skutkami pandemii koronawirusa.

Ważną informacją dla polskich pracodawców powinien być wzrost bezrobocia na Ukrainie. Sytuacja powinna przełożyć się na zwiększenie napływu pracowników ze Wschodu – tym bardziej, że Ukraińcy nie chcą już – ze względu na niskie płace – pracować w tamtejszym sektorze rolnym. Doświadczeni obcokrajowcy mogą zatem trafić do gospodarstw swego zachodniego sąsiada.

Nie bez znaczenia pozostaje tu także wzrost płacy minimalnej w naszym kraju, który jest kuszący zarówno dla Ukraińców jak i Białorusinów, czy osób z kontynentu azjatyckiego.

Przedsiębiorcy mają już doświadczenie w kwestii zabezpieczania pozwoleń na pracę. Należy wiedzieć, że pracownika sezonowego legalnie zatrudnić można tylko na 9 miesięcy w roku. Urzędnicy radzą, aby kwestiami formalnymi zająć się już dziś – w okresie przedsezonowym po to, aby uniknąć problemów związanych z kolejkami i ewentualnymi utrudnieniami spowodowanymi kolejnymi falami pandemii koronawirusa.

Można prognozować, że rolnicy – o ile przepisy się nie zmienią – nadal korzystać będą z instytucji „pracownika na kwarantannę”. Nawet mimo wyższych kosztów utrzymania ten rodzaj zatrudnienia może okazać się ratunkiem w kluczowych okresach sezonu.

W 2021 roku spodziewać należy się też zwiększonego napływu pracowników z Białorusi. Nie bez znaczenia pozostaje tu niestabilna sytuacja polityczna w kraju za naszą wschodnią granicą. Dodatkowym atutem może być tu realizowany przez rząd program Poland. Business Harbour, który zapewni Białorusinom preferencyjne warunki zatrudnienia. Skorzystać na tym mogą pracownicy IT, pielęgniarki czy tamtejsi lekarze.

Dziś trudno jednak wyrokować, czy pracownicy z tego kraju zasilą także polskie rolnictwo – sami gospodarze pozostają sceptyczni względem hurraoptymizmu. Ewentualne zradykalizowanie się sytuacji na Białorusi może jednak uczynić sytuację wyjątkowo dynamiczną.

Polacy nie chcą obcokrajowców na rynku pracy?

Interesujące wnioski niesie analiza raportu UCE RESEARCH i SYNO Poland, z którego wynika, że Polacy opowiadają się za ograniczeniem przyjazdów zarobkowych nad Wisłę. Takiego zdania jest aż 48 procent badanych Polaków. Z drugiej strony 39 procent respondentów opowiada się za niezaostrzaniem obecnej sytuacji. Grupy najzagorzalszych przeciwników napływu pracowników z zagranicy stanowią osoby z podstawowym wykształceniem oraz mieszkańcy miast zamieszkanych przez 20-100 tysięcy osób.

Preferencje te najpewniej przegrają tu jednak z rachunkiem ekonomicznym, który w obecnej sytuacji każe pielęgnować system zatrudniania obcokrajowców w Polsce. Bez nich gospodarka może sobie nie poradzić.