W tej całej wybuchowej mieszance zwanej naszą polską wirusową kołomyją ciągle spotykamy się z hipokryzją – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Od ponad 20 miesięcy możemy obserwować w mediach starcie dwóch obozów, których utarczki słowne zaostrzają się zazwyczaj wraz z pikującą falą zakażeń i wezwań do wdrożenia restrykcji.

Pierwsze ekstremum – obawiam się, że jednak dominujące w Europie – stanowią ludzie, którzy uważają, że w sprawie przeciwdziałania szerzenia się infekcji koronawirusowej cel uświęca absolutnie wszelkie środki. W ich opinii można więc ludzi długotrwale trzymać w domach, nawet jeśli są zupełnie zdrowi. Bezprawnie zamykać im firmy. Śledzić aplikacjami cyfrowymi i wymagać legitymowania się elektronicznymi dokumentami przy dostępie do usług. W dość nieprzyjemny i przymusowy sposób testować per nasum, albo odcinać obywatelom dostęp do miejsc publicznych, jeśli nie podporządkują się któremuś z wymogów sanitarnych. W większości krajów dotyczy to zresztą obowiązującego tylko de facto, a rzadziej de iure obowiązku szczepień. Nie przejmują się specjalnie tym, że stosowane przez nich środki są sprzeczne z niektórymi zasadami prawa, że w długim terminie spowodują prawdopodobnie całkowitą erozję mechanizmów, jakie w liberalnej demokracji miały nas chronić przed bezprawiem i nadużyciami władzy, ani tym, że brakuje twardych dowodów na skuteczność niektórych rozwiązań. Względnie, że mogą one przynieść więcej szkód niż pożytku. Nie mają też problemu z tym, że policjanci na całym globie leją czasem pałami po głowach ludzi za wyrażanie swoich poglądów, zaglądają ludziom do siatek z zakupami, czy aby na pewno nie kupili zbytecznego alkoholu i tak generalnie organizujemy sobie państwo policyjne na własne życzenie.

Druga strona to ekstremalna opozycja. Jej członkowie uważają, że nie powinno się wdrażać żadnych środków ostrożności, że szczepienia są albo całkowicie szkodliwe, albo w ogóle nieskuteczne. Cała sprawa to – ich zdaniem – spisek elit spod znaku Światowego Forum Ekonomicznego wespół z firmami farmaceutycznymi. Członkowie tego plemienia wolą się leczyć środkami, które tylko oni i paru kontrowersyjnych lekarzy uznają za stosowne. Nic sobie nie robią z tego, że ich praktyki mogą spowodować przeciążenie szpitali i windują nadmierną śmiertelność. Zdarza im się podpalić jakiś punkt szczepień, grozić ministrowi zdrowia szubienicą albo przesyłać hejt do lekarzy, którzy często należą do pierwszej grupy.

Większość z nas znajduje się prawdopodobnie w innym niż ten skrajny punkcie covidowego spektrum. Jedni popierają pewne ograniczenia niefarmakologiczne, „bo do kina i do szkoły przecież i tak nie chodzą”, ale za bardzo nie ufają producentom szczepionek. Inni, wręcz przeciwnie – uważają, że daleko idące restrykcje to nadużycie władzy i niszczenie takich wartość jak edukacja publiczna, ale szczepienia mogą nam pozwolić zminimalizować skutki kryzysu. Są tacy, którzy sądzą, że szczepić, to i owszem należy, ale nie wszystkich jednakowo albo nie chcą, aby odbywało się to przymusowo. Mamy też takie głosy, że ostrożnym jak najbardziej należy być, ale nie każde ludzkie zachowanie – na przykład to, ile osób można zaprosić do prywatnego mieszkania – wypada regulować przepisami prawa i kontrolować policyjnie.

W tej całej wybuchowej mieszance ciągle spotykamy się z hipokryzją. Okazuje się na przykład, że zwolennicy noszenia maseczek sami przychodzą do studia telewizyjnego i w zamkniętym pomieszczeniu z odkrytymi twarzami z przejęciem dyskutują o doniosłości covidowych restrykcji. Nierzadko to zresztą lekarze. Na portalach społecznościowych ogłaszają, że w końcu ktoś sprawdził im certyfikat covidowy w restauracji albo teatrze, chociaż w myśl ich poglądów wszystkie te przybytki w okresie fali zakażeń powinny pozostać zamknięte. Ani jedzenie w knajpie, ani kultura nie są w końcu do życia niezbędnie potrzebne. Zdarza się, że gardłują się w studio radiowym przeciwko „szwedzkiemu modelowi”, a potem wyciekają do mediów zdjęcia z imprezy z kolegami dziennikarzami i politykami, która w Szwecji prawdopodobnie byłaby w tamtym czasie sprzeczna z rekomendacjami. Inni z kolei, jak na przykład politycy Konfederacji, są notorycznie nagabywani przez dziennikarzy, czy zaszczepili się przeciwko COVID-19. Do tego prawicowi politycy nie chcą się wcale przyznać, być może w obawie przed utratą głosu skrajnie antyszczepionkowego elektoratu. Kiedy chorują, korzystają oczywiście ze szpitali i nie zamierzają umrzeć na ulicy. Nie chcą stanu nadzwyczajnego w sprawach epidemicznych, ale chwalą rząd za wprowadzenie go na wschodniej granicy kraju.

Jeśli ktoś chce mnie zatem przekonać, że w sprawie COVID-19 wszystko jest jasne, to mu się to nie uda. Niezależnie zresztą, czy będzie mnie próbował namówić do uwierzenia, że wszystko dawno ukartował już Bill Gates, czy do tego, że bez dwustudniowej kwarantanny i przymusowego szczepienia nawet noworodków nie zakończymy epidemii. Ot, takie to i moje przemyślenia o naszej polskiej, wirusowej kołomyi.

Poprzedni artykułPrzedsiębiorcy ucierpią od segregacji sanitarnej. Tak jak w Ameryce
Następny artykułUSA uderzają w chińskich producentów dronów i chipów