Obok tego, że postępowe dotychczas poglądy przyczyniły się do zadeptania edukacji publicznej, swobody przemieszczania się i być może pogorszenia sytuacji materialnej klasy pracującej, w związku z pandemią na cenzurowanym najwyraźniej znalazła się największa zdobycz sił postępu:  wolna miłość – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

 

 

uprzedmiotowienie obywateli pandemią - Michał Góra felieton - grafika wpisu

Już w marcu 2020 r. pomyślałem sobie, że kilkanaście najbliższych miesięcy będzie ciekawe. Po tym, jak z dnia na dzień zamknięto nas w domach na podstawie niejasnego i najpewniej nielegalnego rozporządzenia ministra zdrowia, domyślałem się, że to nie był tylko wypadek przy pracy, a raczej preludium do nowego rozdziału w kontaktach Europejczyków z władzą. Należało się zatem spodziewać, że będzie coraz gorzej.

Od początku odrzucałem również taki sposób myślenia, który sugerował, że mierzymy się z czymś zupełnie nowym, niespotykanym. Po pierwsze, choroby zakaźne towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów, pandemie zawsze przynoszą znaczącą śmiertelność – zazwyczaj większą niż wojny – a także problemy humanitarne, które wykraczają poza zagadnienia ściśle biologiczne. Niczym nadzwyczajnym nie jest próba osiągnięcia kompromisu przy zwalczaniu bezpośrednich i pośrednich skutków epidemii, czy trudność w pogodzeniu pozasądowej izolacji i kwarantanny z prawami człowieka. Po drugie, swego rodzaju przesunięcie standardów stanowienia prawa w kierunku bardziej autorytarnym, to znaczy pomijającym znaczenie kontroli parlamentarnej nad władzą wykonawczą, dało się zaobserwować jako trend kiełkujący jeszcze przed pandemią. Ludzie są coraz bardziej chętni, aby władza ingerowała w ich sferę osobistą i kontrolowała zachowania współobywateli, głównie po to, aby poczuć bezpieczeństwo – związane z przestępczością, sprawami socjalnymi, czy ostatnio sanitarnymi. W tych uwagach nie chodzi zresztą o to, żeby negować powagę zasadniczego problemu, niezależnie od tego, czy jest to terroryzm, podział dóbr czy w końcu problemy biomedyczne. Rzecz raczej w tym, że wielu ulega fiksacji na jednym zagadnieniu i łatwo mogą nam umknąć sprawy bardziej „lateralne”.

Przede wszystkim w ramach nowej rzeczywistości głównym zadaniem każdego człowieka miało stać się unikanie zakażenia i dystansowanie się od innych ludzi, co doprowadziło do licznych absurdów i niespójności systemu prawnego. Najlepszym przykładem tego zjawiska niech będzie obowiązujący na początku zeszłego roku stan prawny, w ramach którego rozporządzeniem blankietowo zakazano obywatelom poruszania się po terytorium Rzeczypospolitej. Pomijając problemy związane z interpretacją i legalnością szeregu podobnych aktów prawnych, agendy rządowe w mediach próbowały nam tłumaczyć – zresztą ciągle zmieniając zdanie – czy pod pojęcie „zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego” podpada chociażby krótki, relaksacyjny spacer. W tym samym czasie obowiązywał jednak przepis art. 112 kodeksu karnego wykonawczego, zgodnie z którym skazanemu przysługiwało prawo do co najmniej godzinnego spaceru. Nie można interpretować tego problemu inaczej niż w ten sposób, że więcej praw, zabezpieczonych zresztą aktem prawnym wyższej rangi, przysługiwało wówczas osobie pozbawionej wolności prawomocnym wyrokiem niż tym osobom, które rzekomo pozostawały na wolności. Takich absurdów występowało jeszcze wiele i zupełnie nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że są to sprawy „drobne”, ustępujące powadze zagrożenia sanitarnego. Kwestia tego, gdzie możemy wychodzić i z kim się spotykać, to są sprawy zasadnicze i nie wypada ich regulować metodami, które wprowadziłyby chaos nawet przy określeniu zasad ewidencji sprzedaży na kasie fiskalnej.

W absurdach nie jesteśmy zresztą odosobnieni. Rząd brytyjski przesunął ostatnio o miesiąc termin otwarcia społeczeństwa, czyli zniesienia wszelkich restrykcji związanych z aktualnym kryzysem. Wcześniej jednak rząd Jej Królewskiej Mości wydawał poddanym różne zalecenia, na przykład takie, aby niezbyt długo i tylko ostrożnie przytulali się do swoich bliskich. Zapewne przy największym aplauzie sił postępowych przez pewien czas w Zjednoczonym Królestwie de facto zakazano stosunków intymnych w związkach nieformalnych, jeśli partnerzy nie zamieszkiwali stale ze sobą. Przepisów takiego rodzaju nie wprowadzono prawdopodobnie nawet przy okazji wybuchu pandemii AIDS. Nie słyszałem także, aby dotychczas rządy zachęcały obywateli do chwalenia się swoim statusem medycznym w ogłoszeniach matrymonialnych. Tymczasem tak się stało w przypadku aplikacji randkowych, które udostępniły specjalne funkcje umożliwiające pochwalenie się faktem zaszczepienia przeciwko COVID-19. Obok więc tego, że postępowe dotychczas poglądy przyczyniły się do zadeptania edukacji publicznej, swobody przemieszczania się i być może pogorszenia sytuacji materialnej klasy pracującej, w związku z pandemią na cenzurowanym najwyraźniej znalazła się największa zdobycz sił postępu – wolna miłość.

Niedogodności, o których wyżej mowa, zauważył parlament brytyjski, instytucja o utrwalonym historycznie znaczeniu i powadze. Przynajmniej tak było dotychczas. Komisja konstytucyjna Izby Lordów wydała bowiem dokument zatytułowany „COVID-19 and the use and scrutiny of emergency powers”, dotyczący stosowania i kontroli nadzwyczajnych uprawnień rządowych w trakcie kryzysu sanitarnego. Stwierdza się w nim, że wprawdzie „nadzwyczajne środki były niezbędne w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa i zapewnienia bezpieczeństwa społeczeństwu”, jednakże „nadzór parlamentarny nad tymi istotnymi decyzjami politycznymi był ekstremalnie ograniczony”*. To samo zapewne można odnieść do sposobu zarządzania społeczeństwem w wielu krajach europejskich, w tym w Polsce. Zresztą odpowiednik naszego marszałka sejmu – sir Lindsay Hoyle – wyraził swoje oburzenie, ponieważ rząd Jej Królewskiej Mości potraktował parlament lekceważąco i planował ogłoszenie przedłużenia okresu obowiązywania restrykcji sanitarnych najpierw na konferencji prasowej, a nie wobec przedstawicieli narodu. Jest to zarazem przejaw szerszego zjawiska w ramach dwóch dziedzin, które zaczęto uprawiać głównie za pomocą mediów społecznościowych i konferencji prasowych – mowa o stanowieniu prawa i uprawianiu nauki.

Nie od rzeczy jest chyba podsumowująca uwaga, że wirus spowodował uprzedmiotowienie obywateli i ich reprezentantów. Z podmiotów, a więc czynnych aktorów życia politycznego, staliśmy się zaledwie pionkami w rękach rządów, którym wszystko uchodzi na sucho. Trudno powiedzieć, czy to wszystko wynika z kontynuacji złych nawyków, czy jest to zwykła koincydencja. Może po prostu zajęte zwalczeniem kryzysu rządy nie mają czasu na traktowanie obywateli i ich przedstawicieli z należną godnością? W każdym razie przykro się obserwuje nie tyle samą tę gorszącą degradację praw i obyczajów, ale także lekceważący stosunek tych, którym zależy na rozwiązaniu tylko jednego problemu za wszelką cenę.

*Contains Parliamentary information licensed under the Open Parliament Licence v3.0.