To pytanie wraca jak mantra niemal od samego początku trwania pandemii. Choć zazwyczaj przynosi ono zapewnienia, że Polska jest krajem niemal samowystarczalnym pod względem produkcji żywności, krajem nadwyżkowym, który – mimo obecnych utrudnień – potrafi utrzymywać wysokie wskaźniki eksportowe, nie można przejść obojętnie wobec tegorocznych trudnych doświadczeń państw takich jak Włochy czy Hiszpania oraz wobec inicjatyw realizowanych przez przedstawicieli organizacji antyhodowlanych.

Sami rolnicy twierdzą – i nie ma powodu, aby im nie wierzyć – że ich przedsiębiorstwa znalazły się w trudnej sytuacji spowodowanej przede wszystkim pandemią koronawirusa. Potwierdzają to zresztą wskaźniki, które pokazują, że wiele branż dotkliwie odczuło skutki kolejnych obostrzeń, lockdownu, utrudnień w sprawnym projektowaniu łańcucha dostaw czy nowych inicjatyw legislacyjnych mających ograniczyć krajową produkcję rolną. Niemniej dane dotyczące produkcji i salda handlu zagranicznego każą patrzeć na sektor rolno-spożywczy jako na byt wciąż stabilny.

W jakiej sytuacji jest polskie rolnictwo?

Trzeba tu jednak nadmienić, że niepokojem powinny napawać nas problemy polskiego drobiarstwa – flagowej krajowej branży hodowlanej – które, zamiast otrzymywać pomoc ze strony państwa musi borykać się ze skutkami wciąż nie znowelizowanej ustawy o paszach (może ona zabić rentowność gospodarstw drobiarskich poprzez utrudnienie dostępu do pasz wysokobiałkowych), z haniebną Piątką dla zwierząt likwidującą intratny biznes oparty na eksporcie mięsa halal i koszer czy kolejnymi kampaniami antyhodowlanymi. Nie bez znaczenia pozostaje tu także wpływ, który już za kilka chwil zacznie wywierać ptasia grypa, atakująca kolejne gospodarstwa za naszą zachodnią granicą

Należy także pamiętać o problemach z jakimi boryka się krajowy sektor produkcji wieprzowiny, który w zasadzie sam radzić musi sobie ze skutkami afrykańskiego pomoru świń. Ten już zniszczył rewelacyjne – jeszcze przed kilkoma laty – wskaźniki eksportowe branży i może zachwiać w posadach krajową produkcją przeznaczoną na rynek wewnętrzny. Pozostawieni samopas rolnicy znaleźli się w patowej sytuacji odkąd pod znakiem zapytania stanęła realizacja jedynej możliwości walki z wirusem ASF, czyli sanitarny odstrzał dzików. Nowy minister rolnictwa (nie rolników – jak zgodnie zauważają gospodarze) zapowiedział bowiem, że depopulacja dzików powinna być prowadzona w oparciu o kompromis z organizacjami antyłowieckimi i antyhodowlanymi i w sposób… wyważony. W tym samym czasie w niemieckiej Brandenburgii rozpoczęto akcję niwelującą populację dzików do absolutnego zera. W Polsce natomiast pomysłem na walkę z wirusem ma być postawienie płotu na granicy województw świętokrzyskiego i mazowieckiego. Po co? Tego nie wie chyba nikt, ponieważ ani Mazowsze, ani Ziemia Świętokrzyska nie są szczególnie istotnymi ogniskami zapalnymi wirusa.

Dodatkowo minister rolnictwa zapowiedział powstanie inspekcji ds. ochrony zwierząt, która niejako usankcjonować ma dotychczasowe działania organizacji antyhodowlanych nękających polskich rolników.

Problemy występujące na rynku krajowym można mnożyć. Stawiają one pod wielkim znakiem zapytania przyszłość funkcjonowania kluczowych branż hodowlanych, a co za tym idzie, także sektora produkcji roślinnej, który funkcjonuje przede wszystkim dzięki produkcji roślin na potrzeby paszowe. A co słychać na rynku unijnym?

Zagrożenie zza miedzy

W Europie bez zmian. Unia Europejska wciąż negocjuje potencjalnie fatalną w skutkach umowę UE-Mercosur, która doprowadzić może do zalania Europy przez tanie i niskiej jakości mięso z Brazylii i Argentyny. Zwiększony i w zasadzie nieskrępowany import z Ameryki Południowej wykończyłby ledwo dyszących unijnych producentów drobiu i wołowiny.

Rolnikom zapewne nie pomoże też złożona do KE petycja europejskich (w tym polskich lub imitujących polskie) organizacji antyhodowlanych, mająca na celu likwidację wszelkich przejawów hodowli i chowu w systemach klatkowych. Zwolennicy projektu, tacy jak europoseł Sylwia Spurek – co samo w sobie jest już symptomatyczne – wcale nie mówią (choć bardzo by chcieli), że chodzi tu o ustawowe wprowadzenie wegetarianizmu. Nie mówią też, że większość unijnej produkcji mięsa odbywa się właśnie w systemie klatkowym. Możliwości są tu dwie. Albo zwolennicy projektu są zwyczajnie głupi i nie widzą, że skazują obywateli UE na importowe tsunami, albo są niezwykle przebiegli i liczą na wymierne korzyści ideologiczne lub – co gorsza – finansowe. Działają przecież wprost na szkodę europejskiego interesu gospodarczego.

Ci sami ludzie wymyślili już w ubiegłym roku przebiegły pomysł dodatkowego opodatkowania mięsa na terenie Unii Europejskiej. Miałby on doprowadzić do podwyżek cen wołowiny o 20 zł/kg, wieprzowiny o 15 zł/kg i drobiu o 7,3 zł/kg. Sektor produkcji mięsnej jest równoprawnym elementem unijnej gospodarki rolnej. Wobec tego nie ma podstaw do uprzywilejowanego traktowania rolników zajmujących się wyłącznie produkcją roślinną. Dodatkowo także sektor upraw pośrednio ucierpiałby z powodu tak znacznego uderzenia w sektor produkcji zwierzęcej, ze względu na fakt przeznaczania znacznej części produkcji roślinnej na potrzeby prowadzenia chowu i hodowli zwierząt. Ograniczenie spożycia oraz produkcji żywności odzwierzęcej przyczyniłoby się także do zwiększenia importu tejże z krajów pozaunijnych przy jednoczesnym osłabieniu pozycji europejskich rolników.

Czy zabraknie nam żywności?

W bliskiej perspektywie nie – nie zabraknie. Dzieje się tak jednak tylko dlatego, że rolnicy w Polsce wypracowali szereg mechanizmów obronnych, które pozwalają na zapewnienie resztek stabilności. Biorąc jednak pod uwagę potężny, idący z zachodu, lewicowy front ideologiczny, który za nic ma ciężką pracę polskiej wsi, należy zdawać sobie sprawę, że z każdym rokiem sytuacja rolników będzie stawała się tylko trudniejsza. To – co widać już dziś – zacznie odbijać się na wskaźnikach produkcyjnych i eksportowych.

W zamian jednak nowi – dotąd miejscy – mieszkańcy wsi, nie będą musieli borykać się z zapachem świń, krów czy drobiu. Zwierzęta będą szczęśliwe, a lodówki i portfele puste.