Kiedy dzisiaj politycy epatują nas wizjami „zielonej gospodarki”, w której całe branże będą się tuczyć na sutkach obowiązkowej polityki klimatycznej, tak naprawdę przedstawiają wizję pogrążenia naszego ładu gospodarczego w głębokim socjalizmie, gdzie o powodzeniu i sukcesie będzie decydowała nie potrzeba konsumentów i faktyczny sukces rynkowy danego rozwiązania, lecz umiejętność wyczuwania urzędniczych preferencji oraz pasożytowania na odgórnie narzucanych wymogach i normach – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Około tygodnia temu Parlament Europejski uzgodnił z Radą UE wprowadzenie nowego, szeroko sięgającego systemu ETS. Ten nowy system uprawnień do emisji CO2 ma objąć między innymi transport lądowy, morski i lotniczy oraz budownictwo. To część pakietu Fit For 55, na którym Polska zgodziła się dwa lata temu, w grudniu 2020 r. W komunikatach, w których oznajmiono osiągnięcie porozumienia, pojawia się słowo klucz: „ambitny”. Tym określeniem w żargonie unijnym określa się zwykle plany całkowicie oderwane od rzeczywistości, niemożliwe w praktyce do zrealizowania oraz nakładające na Europejczyków gigantyczne koszty.

Nie inaczej jest i tym razem. Już sama lektura listy obciążeń, jakie spadną w związku z ETS II w ciągu najbliższych lat na budownictwo, obejmując nie tylko budynki nowe, ale też istniejące, sprawia, że włosy stają na głowie. Wprowadzenie obowiązkowych świadectw energetycznych w przypadku sprzedaży czy wynajęcia budynku albo mieszkania, obowiązkowe stacje ładowania dla aut elektrycznych w każdym nowym budynku, obowiązkowe okablowanie na przynajmniej 50 proc. miejsc parkingowych, panele fotowoltaiczne na każdym nowym budynku i wiele innych rozwiązań.

Koszt dostosowania nieruchomości do nowych wymogów będzie gigantyczny. Wystarczy sobie wyobrazić, o ile ceny mieszkań podniosą same tylko wymogi dotyczące infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych. Pomijając już pytanie, czy nie jest to odgórne tworzenie infrastruktury pod technologię, która nie przetrwa (samochody na baterię są porażająco niepraktyczne). Jednym ze skutków nieuchronnie będzie drastyczny wzrost cen nieruchomości, co w polskich warunkach będzie oznaczało, że jeszcze więcej osób zostanie pozbawionych nie tylko szansy na kupno, ale nawet na wynajęcie mieszkania.

Unijni ideolodzy nie wydają się tym przesadnie przejmować. Natomiast polski rząd poprzestaje na stwierdzeniu, że się „nie zgadza” (tak napisała pani minister Moskwa na Twitterze), ale co mianowicie ma z tej niezgody wyniknąć i jakie mamy realne możliwości przeciwstawienia się już uzgodnionemu rozwiązaniu – nikt Polakom nie mówi.

Jednym z najciekawszych wątków tej i innych podobnych zmian czy planów jest reakcja części publiczności. Są ludzie, którzy bronią takich rozwiązań, twierdząc, że to cywilizacyjny postęp, a ci, którzy go krytykują, to jacyś współcześni luddyści. Skoro o luddystach mowa – zatrzymajmy się przy tym przykładzie, bo on świetnie pokazuje, dlaczego nie mają racji. Luddyści w Anglii, na początku XIX w., pod przywództwem najpewniej fikcyjnego Nedda Ludda, zajmowali się atakami na warsztaty tkackie, w których zainstalowano krosna, czyli pierwszą prostą i jeszcze wówczas ręcznie napędzaną maszynę do produkcji tkanin. Rekrutowali się spośród przedstawicieli zawodów, którym takie proste na razie uprzemysłowienie tkactwa mogło zaszkodzić. Do dzisiaj są symbolem bezsensownej walki z postępem. Echa luddyzmu odzywały się później jeszcze nawet w latach 60. XIX w. w miastach stających się prężnymi ośrodkami przemysłu tkackiego, w tym w mojej rodzinnej Łodzi.

Jest jednak zasadnicza różnica między tym, z czym walczyli luddyści, a krytyką przyjmowanych obecnie w UE rozwiązań. To, że w warsztatach tkackich pojawiały się na początku XIX w. krosna, dając początek późniejszym większym manufakturom, a na koniec fabrykom, nie było spowodowane żadnym odgórnym zarządzeniem. Nie było żadnego urzędnika, który siedząc za biurkiem, uznał, że słuszne i postępowe będzie zastąpienie najprostszych metod wytwarzania tkanin automatyzującym ten proces w dużej mierze krosnem, wydał odpowiednie regulacje, ustalił kary za ich nieprzestrzeganie i narzucił właścicielom warsztatów tkackich konieczność wypełnienia zaleceń w ciągu trzech lat, tym samym nakładając na nich rujnujące koszty. Nie – krosna i następujące po nich metody automatyzacji produkcji tkanin zostały przyjęte przez rzemieślników dlatego, że okazały się efektywniejsze, akceptowalne cenowo oraz pozwoliły na takie zwiększenie wydajności, które dało szansę na większy zarobek. Krosno i jego kolejne ulepszenia wygrały na wolnym rynku i może się o tym przekonać każdy, kto odwiedzi muzeum pokazujące rozwój tej gałęzi przemysłu – w Łodzi, Bielsku-Białej czy Manchesterze.

Na tym właśnie polega właściwy i prawdziwy postęp cywilizacyjny i technologiczny: powstaje rozwiązanie, które musi konkurować na rynku z już istniejącymi i jeżeli jest wystarczająco dopracowane, konkurencyjne cenowo, przemyślane – wygrywa w wolnorynkowej konkurencji, z czasem wypierając rozwiązania dotychczasowe. W przeszłości dopiero na tym etapie mogło się pojawiać jakieś wsparcie w postaci instytucjonalnej – jako konsekwencja wolnorynkowej wygranej określonej technologii. Tak zawojowały ludzkość wszystkie wielkie wynalazki i technologie: silnik parowy, kolej, elektryczność, silnik spalinowy, samochód, komputer, telefonia komórkowa.

W przypadku zielonej komuny, którą tworzy dzisiaj UE, jest dokładnie odwrotnie. Najpierw zostały przyjęte założenia ideologiczne, na podstawie tych założeń urzędnicy zaczęli wymyślać obowiązkowe rozwiązania, sięgając po technologie, które nie są ani konkurencyjne, ani dopracowane i na wolnym rynku by się nie obroniły jako oferta uniwersalna, przydatna dla każdego. Urzędnicy odbierają ludziom wybór i nakazują te technologię przyjmować, niezależnie od tego, czy ma to w danym miejscu sens i uzasadnienie. Tym samym – tu kłaniają się klasycy liberalizmu, w tym Frédéric Bastiat – obywatele muszą przymusowo przekierowywać znaczną część swoich pieniędzy na coś, czego nie chcą i nie potrzebują, a więc te pieniądze nie trafią do miejsc, producentów, usługodawców, którzy są faktycznie konkurencyjni, których produkcja jest potrzebniejsza i ma większe znaczenie. Mówiąc obrazowo: jeżeli urzędnik zmusi Kowalskiego, żeby ten wydał ogromne pieniądze na nieruchomość, w której zainstalowany będzie system ładowania samochodów elektrycznych, ale Kowalski ani samochodu elektrycznego nie ma, ani nie chce go mieć – to Kowalski nie wyda już tych pieniędzy nawet na dobrze upieczony chleb albo na podróż, w którą chciał wyjechać. Zarobi producent okablowania, ale tylko dlatego, że pracuje w dziedzinie, która jest preferowana przez urzędników. Nie muszę chyba tłumaczyć, do jakiego stopnia wykoślawia to rynek, ale też jakie tworzy możliwości korupcyjne.

Kiedy dzisiaj politycy epatują nas wizjami „zielonej gospodarki”, w której całe branże będą się tuczyć na sutkach obowiązkowej polityki klimatycznej, tak naprawdę przedstawiają wizję pogrążenia naszego ładu gospodarczego w głębokim socjalizmie, gdzie o powodzeniu i sukcesie będzie decydowała nie potrzeba konsumentów i faktyczny sukces rynkowy danego rozwiązania, lecz umiejętność wyczuwania urzędniczych preferencji oraz pasożytowania na odgórnie narzucanych wymogach i normach. Mimo pozorów, nie ma to już nic wspólnego z wolnym rynkiem.

Wszystko to oczywiście nie znaczy, że zeroemisyjne budynki, wyposażone w parkingi dla rowerów i stacje do ładowania, w ogóle by nie istniały, gdyby nie było unijnych norm. Ale byłaby to wolna decyzja dewelopera, który swoją ofertę dostosowywałby do preferencji klientów. Kto miałby kaprys zapłacić więcej za mieszkanie w takim budynku – płaciłby, o ile byłoby go na to stać.

Postępu cywilizacyjnego i technologicznego się nie zarządza i nie wprowadza ustawami czy dyrektywami. On jest procesem naturalnym. Jeśli dany proces naturalny nie jest, to nie jest postępem cywilizacyjnym, ale urzędniczą sklerozą, budowaną na ideologicznych podstawach.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułGoogle przerażone potencjałem nowego konkurenta. Czym jest ChatGPT?
Następny artykułPłacimy gigantyczne pieniądze na ETS!