Rosnące koszty energii elektrycznej dobijają znane na cały świat angielskie puby. Rachunki za prąd potrafią być teraz nawet 300 proc. wyższe niż zaledwie trzy lata temu. Przedsiębiorcy prowadzący puby, które pozwalają nie tylko napić się naprawdę dobrego piwa, ale są także przybytkami socjalizacji mieszkańców oraz turystyczną atrakcją, alarmują: jeśli tak dalej będzie, będą musieli zwijać interesy.

Pub Red Lion w Hernhill, czynny od 1362 r. (fot.1209/Pixabay)

Przed zbliżającym się armagedonem ostrzegają brytyjscy szefowie browarów i pubów. Wydaje się to być niemożliwe, by angielskie puby upadały, bo niektóre istnieją nieprzerwanie – i często w tych samych miejscach – nawet od VIII wieku naszej ery; serwowały piwo podczas najazdów Wikingów, epidemii Czarnej Śmierci i w czasie II wojny światowej. Teraz ich dalszy los jest bardzo niepewny.

Borisie Johnsonie, pomóż!

Liderzy sześciu największych browarów i pubów w kraju, zrzeszonych w British Beer and Pub Association (BBPA), w liście otwartym zaapelowali do rządu, aby podjął natychmiastowe działania w związku z gwałtownie rosnącymi cenami. Browarnicy narzekają zwłaszcza na podwojenie się kosztów słodu oraz CO2 potrzebnych przy produkcji piwa, a wszyscy – na podwyżki cen gazu i energii elektrycznej, które od 2019 roku wzrosły w Wielkiej Brytanii już ponadtrzykrotnie.
Paul Davies, dyrektor generalny Carlsberg Marston’s, wydał z tej okazji nawet oświadczenie do mediów, w którym ocenia obecny kryzys jako „nawet znacznie poważniejszy niż ten, z którym mieliśmy do czynienia podczas lockdownów związanych z COVID-19”.
Potwierdza to Emma McClarkin, dyrektorka BBPA: „Ten wzrost kosztów energii spowoduje więcej szkód w naszym przemyśle niż pandemia” – oświadczyła.
Z kolei Nick Mackenzie, szef Greene King, jednej z największych sieci pubów w Wielkiej Brytanii (prowadzącej 3100 restauracji) oświadczył, że puby stają w obliczu „niemożności opłacenia rachunków, utraty miejsc pracy i będą zmuszone zamknąć swoje drzwi na zawsze przed mieszkańcami, a cała dobra praca, która została wykonana w celu utrzymania otwartych lokali podczas pandemii, może teraz zostać zmarnowana”.

Przedsiębiorcy mają przy tym związane ręce, bo nie są już w stanie dłużej przerzucać swoich kosztów na klientów. Oczekują więc od premiera i rządu pilnego przyjęcia pakietu wsparcia, który powinien przede wszystkim ograniczyć ceny energii dla przedsiębiorstw.

Od rządu te podwyżki nie zależą

Problem w tym, że Boris Johnson jest już „na wylocie” i nie bardzo zależy mu na dobrym publicity. Ustami swojego rzecznika broni się twierdząc, że „żaden rząd nie może kontrolować globalnych czynników podnoszących ceny energii i inne koszty prowadzenia działalności gospodarczej”. Niemniej obiecuje, że rząd nadal będzie wspierać sektor hotelarski i restauracyjny poprzez znaczące ulgi w podatku dochodowym oraz zamrażanie stawek celnych na alkohol – na piwo, cydr, wino i napoje spirytusowe.
Czy to wystarczy, czas pokaże. Czas pokaże też, jak z podobnym problemem będą radzić sobie polscy przedsiębiorcy.

Poprzedni artykułPolskie bezrobocie znacznie niższe niż w strefie euro
Następny artykułApel Polskiej Izby Handlu do premiera Morawieckiego