Od pewnego czasu bombarduje się polską opinię publiczną narracją w rodzaju: „Unia chce nam dać tyle pieniędzy, a w zamian domaga się tylko przestrzegania prawa”. To bzdura! Unia nic nam nie daje za darmo.

Fot. Pixabay

Kluczową rolę w Unii Europejskiej odgrywają traktaty europejskie, stanowiące niejako fundament procesu integracji. Najważniejsze są dwa z nich: Traktat o Unii Europejskiej (TUE) oraz Traktat o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE). Ogólnie tzw. prawo pierwotne wyznacza kompetencje organom Unii, których tym w żadnym razie nie wolno przekraczać.

Instytucje UE działają w oparciu o zasadę kompetencji powierzonych, polega ona na tym, że Unia może być aktywna w tych obszarach, które zostały jej przekazane przez państwa członkowskie w prawie traktatowym. W artykule 5 TUE przeczytać można „Zgodnie z zasadą przyznania Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych jej przez Państwa Członkowskie w Traktatach do osiągnięcia określonych w nich celów. Wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich”.

Nie trzeba być filozofem prawa, żeby wiedzieć, iż przepis ten chroni państwa członkowskie przed samowolą unijnych urzędników i zlokalizowanych w Brukseli instytucji. Tak aby nie okazało się, że wchodząc do UE ,oddaje tej organizacji wszystkie możliwe uprawnienia, jakie dotąd należały do poszczególnych państw tworzących wspólnotę. Wydaje się, że ta zasada to bezpiecznik w procesie integracji, chroniący interesy suwerennych państw członkowskich wspólnoty przed zewnętrznym dyktatem. Interpretacja tego przepisu nie może mieć zatem charakteru rozszerzającego, ponieważ wtedy trudno byłoby wyznaczyć jej rozsądną granicę. Najpewniej byłoby nią efektywne utworzenie federacji, która dysponowałaby gigantyczną przewagą kompetencyjną nad poszczególnymi, tworzącymi ją częściami (poszczególne kraje należące do wspólnoty).

Faktyczne zanegowanie art. 5 TUE to zatem prosta droga do przekształcenia Unii w państwo. I nie ma w tym żadnej przesady. Można to zrobić metodą faktów dokonanych, stopniowo, acz systematycznie gotować żabę, zanim ta zorientuje się, że woda zaczyna już bulgotać. Taki proces ma miejsce obecnie w UE, wprowadza się kolejne precedensy i liczy na to, że w sumie nikt się nie zorientuje, co w praktyce z nich wynika. Od lat w Unii obowiązuje np. doktryna podparta orzecznictwem TSUE, że prawo UE ma pierwszeństwo przed konstytucjami państw członkowskich. To absurdalne założenie zastosowane w praktyce oznacza, że jeśli we wspólnocie zostanie przyjęta jakaś regulacja, to nawet krajowy sąd konstytucyjny nie może zawiesić jej obowiązywania. Z poglądem tym jakiś czas temu rozprawiał się już Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe. Podobnie orzekał także nasz Trybunał, ale eurokraci nic sobie z tego nie robią. Na jakiej podstawie? Trudno orzec.

Kolejnym krokiem do wysadzenia w powietrze idei państw narodowych jest tzw. kontrola praworządności. Chodzi o rozporządzenie przyjęte przez Parlament Europejski i obecnie czekające na zatwierdzenie w Radzie UE. Jeśli wejdzie ono w życie, a najpewniej wejdzie, państwa unijne będą poddane permanentnemu szantażowi. Albo zgodzą się na dyktat Unii, albo nie dostaną pieniędzy. Proste? Aż za bardzo! To o tyle bulwersujące, że aby osiągnąć ten cel, wykorzystuje się desperację wielu członków UE, którzy w związku z pandemią mają bardzo poważne problemy gospodarcze. Fakt, że Polska się na to nie godzi, oznacza tylko tyle, że mamy odwagę mówić o tym, o czym inni najpewniej wiedzą, ale są tak zdeterminowani, że wolą udawać, że nie wiedzą.

Prawo staje się zatem poręcznym narzędziem politycznej woli. Mamy tutaj typowy przypadek prymatu polityki nad regułami. Traktaty w żadnym miejscu nawet nie sugerują, że można ograniczać przyznawanie środków budżetowych według procedury, która obecnie jest istotą sporu miedzy UE a Polską i Węgrami. To kwestia tak istotna, że trudno sobie wyobrazić, aby prawo pierwotne jasno jej nie regulowało. A skoro nie reguluje, to znaczy, że żadna instytucja UE nie ma możliwości, aby przyjąć i wdrożyć przedmiotowe rozporządzenie.

Od pewnego czasu bombarduje się polską opinię publiczną narracją w rodzaju: „Unia chce nam dać tyle pieniędzy, a w zamian domaga się tylko przestrzegania prawa”. To bzdura!

Po pierwsze, Unia nam nic nie daje za darmo. Większość przyznanych w ramach Funduszu Odbudowy środków to pożyczki, są one denominowane w euro, co zwiększa ryzyko, jeśli chodzi o zarządzanie finansami państwa. Musimy bowiem euro mieć, żeby je oddać. Im droższa będzie ta waluta, tym więcej trzeba będzie zwrócić. Po co nam taki dług? Po drugie, przyznane nam środki będziemy mogli wydać tylko na to, na co zgodzi się Unia, nie będzie tutaj zbyt dużego pola manewru. I po trzecie, skoro sam mechanizm wprowadzania tzw. kontroli praworządności jest bezprawny, to jak podmiot go wprowadzający może kontrolować praworządność u innych? Przecież to nonsens sam w sobie.

Niemniej urabianie ludzi trwa w najlepsze, gra się na różnego rodzaju lękach i kompleksach, okraszając to stekiem półprawd i zwykłych bzdur. Prawdziwą stawką nie jest jednak praworządność, ale prawo suwerennych państw do samostanowienia. Pamiętajmy o tym!