Czołowa pozycja autorstwa Erika von Kuehnelta-Leddihna „Demokracja – opium dla ludu” nabiera szczególnego i rosnącego znaczenia właśnie w dzisiejszych czasach. Czasach, w których w imię dbałości o bezpieczeństwo ludzi i deklarowanej opieki nad „stadem” rządzący z tzw. mandatu demokratycznego ulegają różnym patologiom.

Powiedzmy sobie wprost to, co przecież jest wiadome, ale o czym w głównym nurcie myśli politycznej tylko czasem się „przebąkuje”: demokracja, w której żyjemy, to porażka. Porażka tak wielka, że skutecznie blokuje i blokować będzie jakiekolwiek zmiany gospodarcze o charakterze państwowotwórczym.

Kto waży się wypowiadać takie „herezje”? Erik von Kuehnelt-Leddihn; monarchista, legitymista, historyk idei i jedna z najważniejszych postaci myśli konserwatywnej XX wieku. Ten erudyta i poliglota posiada dogłębną orientację w historii doktryn politycznych, ekonomii, religii i filozofii. Jego krytyka sprowadzanej ostatnimi czasy niemal do roli fetyszu demokracji liberalnej jest bezkompromisowa i wszechstronna. Pozbawia nas złudzeń, że żyjemy w najlepszym z wymyślonych przez człowieka ustrojów. W stu dziewięćdziesięciu krótkich i zwięzłych paragrafach austriacki myśliciel nokautuje system tzw. demokracji większościowej, wieszcząc jej kres i przekształcenie się z czasem w formę tyranii. Tyranii legitymizowanej wolą większej części wyborców.
Żyjemy w przekonaniu, że jako „suweren” mamy jakikolwiek wpływ na rządzących. Nic bardziej błędnego. Ta naznaczona fatalnymi wadami forma rządów, której jedną z pierwszych ofiar był sam wielki Sokrates, została ponownie implementowana przez krwawą, plebejską Rewolucję Francuską. Od tamtego czasu faszeruje się nas poprawnymi politycznie hasłami o wolności, równości i braterstwie; tymi wszystkimi ulubionymi frazesami liberałów, chętnie podchwytywanymi także przez lewicę.

„Demokrację i socjalizm łączą mania równości, państwo opiekuńcze, a przede wszystkim wspólne korzenie, czyli Rewolucja Francuska, która zaczęła się od egzekucji „bogaczy””.

Erik von Kuehnelt-Leddihn punktuje po kolei wszystkie wady i zagrożenia ustroju demokratycznego. Także te, których nie jesteśmy świadomi. Przede wszystkim: możemy być albo wolni, albo równi. Egalitaryzm, próba zunifikowania ludzi jest czymś sprzecznym z naturą i prowadzi do nadużyć, konfliktów, a nawet użycia siły – uważa autor.

„Gdyby wszyscy ludzie mieliby być równi pod względem intelektualnym, wszystkich głupich i leniwych trzeba by zmusić do wysiłku umysłowego, a mądrych ogłupić” – czytamy.

W innym miejscu autor tak konstatuje: „wolność i równość jako czynniki wykluczające się nawzajem mogą stać się przyczynami prawdziwego rozdarcia (…) równość i identyczność można stworzyć tylko dzięki ingerencji z zewnątrz ograniczając wolność i stosując przemoc”.

Wraz z Erikiem von Kuehneltem-Leddihnem jesteśmy przekonani, że „ludzie nie są identyczni. Wbrew ideologii demokratycznej nie są równi ani umysłowo, ani fizycznie. Nawet Nowy Testament nigdzie nie mówi o „równości”, za to często wspomina o wolności (eleutheria)”.
Przy uczestnictwie w wyborach, zarówno tym biernym, jak i czynnym „wiedza, doświadczenie i wynikająca z nich mądrość nie mają kompletnie żadnego znaczenia”.
Ćwierć i półinteligenci z edukacyjnego awansu społecznego („niewiedza wyborców nie jest większa od niewiedzy wybranych”) wybierają sobie podobnych. Tak wybrani, w systemie demokracji liberalnej grupują się albo w partie rozdawnictwa (tzw. partie Świętego Mikołaja), albo w partie „zaciskania pasa”. Te tylko „wchodzą do gry”, na zmianę. Tracący władzę z reguły nie ponoszą też żadnej odpowiedzialności, poświęcając się jakiś czas życiu rodzinnemu, by w domowym zaciszu przeczekać falę krytyki swoich rządów.

Siła pojedynczego wyborcy jest mikroskopijna. Po wyborach – już żadna.
Demokracja jest bezwzględną, nie idącą na kompromisy władzą większości (czasem procentowo niewielkiej) nad mniejszością, a „przynależność do grona „rządzących” czy „rządzonych” to dzieło czystego przypadku. Mało tego: w systemie demokracji liberalnej wyborca nigdy nie wie, jak zachowa się jego partia po wyborach ani z kim wejdzie w koalicję.

„Demokracja nigdy nie obiera dobrych rządów (czyli starających się budować państwo i pomnażać dobrostan obywateli – przyp. red.), a jedynie rządy pożądane w swoim zazwyczaj ograniczonym wyborze przez większość”.

Kolejną ogromną wadą demokracji liberalnej jest jej korupcjogenność. Zaczyna się od tego, że zwycięska partia obsadza swoimi ludźmi wszystkie stanowiska.
„Trybunały najwyższe, trybunały konstytucyjne, administracyjne i obrachunkowe są dalekie od zachowania „neutralności”. Niemal wszędzie obsadza się je prawnikami mianowanymi i kontrolowanymi przez partie polityczne”.
Erik von Kuehnelt-Leddihn jest przekonany, że „korupcja w formie przekupstwa to jedna z najgorszych cech demokracji. Kupuje się przede wszystkim głosy. Potem „posłowie i politycy sprzedają się lobbystom i potężnym grupom interesu”. Wszechobecne są „korupcja, trzymanie się stołków i przedkładanie interesów partii ponad interes państwa” i dobro ludzi oraz „przyznawanie synekur z partyjnego rozdzielnika”.

Liberalne demokracje dają swobodę realizowania niecnych celów rządzących. Pod płaszczykiem egalitaryzmu, dbałości o obywateli i socjalnego wsparcia, mogą oni dążyć do tyranii, a system takich rządów coraz bardziej oddala się od wolności. Wszystko jednak się „trzyma kupy”, bo rządzący manipulują na bieżąco nastrojami społecznymi, oddziałując na społeczeństwo instrumentami dobranymi na podstawie wyników bieżących sondaży.

Jeśli więc demokracja jest tak fatalnym ustrojem, to co mamy w zamian innego? Wydaje się, że niewiele, a nawet – na razie – nic. Erik von Kuehnelt-Leddihn daje nam jednak wskazówkę do poszukiwań:

„(…) prawdziwą alternatywą dla demokracji byłaby taka forma rządów, która stawiałaby na miłość, wiedzę, doświadczenie i mądrość, a nie niewiedzę, oszczerstwa, głupie sentymenty”.

Może więc powinniśmy się uczyć od chińskich mandarynów?

Erik von Kuehnelt-Leddihin, „Demokracja – opium dla ludu”, Wyd. Prohibita, 2012