Co robią nasi dobroczyńcy? To jasne – przychylają nam nieba – i nawet sami w to wierzą, przynajmniej niektórzy… Zapraszamy na najnowszy felieton Stanisława Michalkiewicza.

Nie da się ukryć, że Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Wybitny Klasyk Demokracji, czyli Józef Stalin, wszystko przedwidział. Najlepszym dowodem jego przenikliwości było zwrócenie uwagi na językoznawstwo, któremu poświęcił nawet spiżową publikację. Trafności jego spostrzeżeń doświadczyłem nawet osobiście i to w wieku 5 lat, kiedy to rozbolał mnie ząb i matka zaprowadziła mnie do dentysty. Nasłuchałem się opowieści dorosłych o dantejskjch scenach, jakie rozgrywają się w dentystycznych gabinetach, toteż zanim usiadłem w fotelu, przezwyciężając onieśmielenie, zapytałem dentystę, czy przypadkiem mi tego zęba nie wyrwie. – W żadnym wypadku – odparł stomatolog. – Ja go tylko usunę. Uspokojony usiadłem w fotelu, a on mi tego zęba WYRWAŁ. Od tamtej pory zwracam uwagę na sformułowania i staram się dociec, co się za nimi kryje naprawdę.

Tym skwapliwiej się staram, że te same zjawiska dotyczą też spraw międzynarodowych. Kiedyś do Radia Erewań zadzwonił zaniepokojony słuchacz z zapytaniem, czy będzie wojna. – Żadnej wojny oczywiście nie będzie – odpowiedziało Radio Erewań. – Natomiast rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

I rzeczywiście – ostatnią wojną była wojna w Wietnamie. Potem wojny się skończyły, jak ręką odjął, a zamiast nich pojawiły się operacje pokojowe, misje stabilizacyjne, walki o pokój i inne takie wynalazki.

Wprawdzie Beniamin Franklin powiedział, że na tym świecie pełnym niepewności tylko dwie rzeczy są pewne: śmierć i podatki, ale nie możemy mieć do niego pretensji, bo przecież nie mógł zapoznać się ze spiżową publikacją Ojca Narodów o językoznawstwie, więc poczciwie myślał, że podatki, to podatki. Tymczasem nie jest to wcale takie oczywiste i dlatego Prawo i Sprawiedliwość podczas kampanii wyborczych w latach 2015 i w 2019 mogło obiecać swoim wyznawcom, że nie tylko nie będzie wprowadzać żadnych nowych podatków, ale nawet – podwyższać już istniejących. Dlatego zamiast podatków pojawiły się rozmaite „opłaty”, które wprawdzie też mają charakter przymusowy, ale zdecydowanie różnią się od podatków przede wszystkim nazwą.

Ta różnica jest brzemienna w skutki, bo pozwala utrzymywać obywateli, zwłaszcza ogladających rządową telewizję, w przekonaniu, że w Polsce są najniższe podatki w całej Unii Europejskiej i z tego powodu cały świat nas podziwia. Nawiasem mówiąc, z telewizyjnej stacji TVN wynika coś zupełnie innego – że mianowicie cały świat nie tylko nas nie podziwia, tylko spogląda na nas ze zgorszeniem i zgrozą – no ale na tym właśnie polega rzetelna i obiektywna informacja.

Wróćmy jednak do dawnych, koszmarnych czasów, kiedy ludzkość jeszcze nie przyswoiła sobie spiżowych spostrzeżeń Chorążego Pokoju. Wtedy za najbardziej fiskalne państwo na świecie uchodziło Cesarstwo Austro-Węgierskie pod panowaniem Najjaśniejszego Pana. I oto w tym najbardziej fiskalnym państwie dzień wolności podatkowej np. dla wiejskiego kowala, czy innego prowincjonalnego rzemieślnika przypadał na przełomie stycznia i lutego. Dzień wolności podatkowej to moment, kiedy obywatel zarobił już na wszystkie podatki dla państwa i odtąd zarabia wyłącznie dla siebie. Tymczasem w Polsce, zgodnie z wyliczeniami Centrum im. Adama Smitha, dzień wolności podatkowej na rok 2021 przypadł 22 czerwca. Wynika z tego, że na podatki musimy pracować już pół roku, 12 dni dłużej niż w roku ubiegłym, a tylko pół roku dla siebie.

Przypomina to pańszczyznę w zaawansowanym wymiarze, a z pewnością nie jest to jeszcze ostatnie slowo. Również dlatego, że nie ma pewności, czy to wyliczenie obejmuje tylko przymusowe świadczenia nazywane „podatkami”, czy również inne, dla zmylenia przeciwnika nazywane „opłatami” albo „składkami”.

Wspominam o tym dlatego, że Centrum im. Adama Smitha w roku 1995 przeprowadziło badanie, jaką część dochodów rodziny pracowników najemnych zatrudnionych poza rolnictwem państwo jej konfiskuje – z tym, że wliczone zostały tu nie tylko „podatki”, ale wszystkie świadczenia ściągane pod przymusem. Okazało się, że państwo takiej rodzinie zabiera 83 procent jej dochodu! Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że część tych pieniędzy do tej rodziny wraca w postaci tzw. konsumpcji zbiorowej, jak np. ochrona zdrowia, edukacja itd. – ale nigdy w tej samej wysokości, tylko znacznie mniejszej. Dlaczego mniejszej?

Pewne światło na tę sprawę rzuca następująca okoliczność. W roku 1990 w administracji centralnej pracowało 45 tysięcy urzędników. W roku 1995 – już 112 tysięcy. Prawdziwa eksplozja nastąpiła jednak w roku 1997, kiedy to premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek. Wprowadził on cztery wiekopomne reformy, których deklarowanym celem było przychylenie nam nieba. Ale przy reformach realizowane są również inne cele, czyli cele rzeczywiste. Różnią się one od deklarowanych tym, że o ile deklarowane mogą się pojawić, albo nie – i zazwyczaj się nie pojawiają – o tyle cele rzeczywiste muszą się pojawić i to już na samym początku reformy. Tak też było w przypadku owych czterech wiekopomnych reform; do nieba nadal jest tak samo daleko, jak było przed ich wprowadzeniem, natomiast skokowo wzrosła liczba synekur w sektorze publicznym oraz wzrosły koszty funkcjonowania państwa – też skokowo, o 100 miliardów złotych. Krótko mówiąc, rozrosła się armia naszych dobroczyńców, no i co za tym idzie – wzrosły koszty jej utrzymania.

Co robią nasi dobroczyńcy? To jasne – przychylają nam nieba – i nawet sami w to wierzą, przynajmniej niektórzy. Na przykład pani Elżbieta Jakubiak, w swoim czasie piastująca stanowisko ministra sportu i turystyki w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, w wywiadzie dla pana red. Mazurka powiedziała zupełnie serio, że jej praca jest konieczna, bo gdyby tak pan red. Mazurek nie dostał od niej stosownego zaświadczenia, to nie tylko nie mógłby prowadzić działalności gospodarczej, ale w ogóle wykonywać żadnej pracy. Krótko mówiąc, bez zaświadczenia nie mógłby podkuwać koni, szyć ubrań ani nawet uprawiać ziemi. Dzięki temu szczeremu wyznaniu lepiej rozumiemy, że rosnąca armia naszych dobroczyńców utrzymuje się z utrudniania życia współobywatelom – a nie robi tego za darmo, bo – jak w podsłuchanej w restauracji „Sowa i przyjaciele” rozmowie z panem Pawłem Wojtunikiem, szefem CBA, powiedziała pani Elżbieta Bieńkowska, ongiś nawet komisarz Unii Europejskiej – za 6 tysięcy złotych to pracuje albo idiota, albo złodziej. Jestem przekonany, że pani Bieńkowska wie, co mówi – i dlatego dzień wolności podatkowej coraz bardziej się przesuwa – ale to wszystko dla naszego dobra, nieprawdaż?

Stanisław Michalkiewicz