Korzeni popularności Wiktora Orbana możemy doszukiwać się w początkach jego politycznej drogi, kiedy to przedstawił węgierskiemu społeczeństwu program wyjścia z pułapki zadłużenia, w którą wpędził Węgry socjalistyczny premier Gyurcsany. Każdy rozsądny człowiek rozumie, że państwo po uszy zadłużone, które siedzi u lichwiarzy w kieszeni, może co najwyżej groźnie kiwać palcem w bucie – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

W ubiegłą niedzielę na Węgrzech odbyły się wybory parlamentarne, w których zwyciężył Fidesz kierowany przez premiera Wiktora Orbana, uzyskując po raz czwarty z rzędu większość konstytucyjną. Wystarcza ona nie tylko do samodzielnego utworzenia rządu, ale nawet do zmiany konstytucji. Przez ostatnie 31 lat żadnemu z naszych Umiłowanych Przywódców taka sztuka się nie udała. Również w przypadku Wiktora Orbana, gdyby to był sukces jednorazowy, nie musiałoby to o niczym specjalnie świadczyć, natomiast uzyskanie takiego wyniku już po raz czwarty z rzędu dowodzi, że zdecydowana większość Węgrów popiera zarówno Fidesz, jak i Wiktora Orbana osobiście.  Warto postawić pytanie, skąd bierze się taka stałość, skoro demokracja w ogóle – niczym łaska pańska – na pstrym koniu jeździ, a społeczeństwo często zakochuje się w jasnych idolach jednego sezonu, jak np. biłgorajski filozof Janusz Palikot, czy uwielbiany przez obydwie Joanny: Joannę Schmidt oraz początkowo również przez moją faworytę Joannę Scheuring-Wielgus, pan Ryszard Petru? Poza tym Wiktor Orban jest nieustannie krytykowany nie tylko przez środowiska nieugięcie stojące na nieubłaganym gruncie wszelakiego postępu, ale i niemieckich owczarków w Unii Europejskiej.

Korzeni tej popularności możemy doszukiwać się w początkach politycznej drogi Wiktora Orbana, kiedy to przedstawił węgierskiemu społeczeństwu program wyjścia z pułapki zadłużenia, w którą wpędził Węgry socjalistyczny premier Gyurcsany. Wymagało to przykręcenia obywatelom śruby, więc w tej sytuacji takie poparcie dla Wiktora Orbana byłoby dziwne. Byłoby – gdyby Wiktor Orban nie wyjaśnił, dlaczego to robi. Zresztą każdy rozsądny człowiek rozumie, że państwo po uszy zadłużone, które siedzi u lichwiarzy w kieszeni, może co najwyżej groźnie kiwać palcem w bucie, więc nie miał z tym specjalnych trudności. Ale wyjaśnił również coś innego, chociaż nie tak bezpośrednio. Otóż w preambule nowej węgierskiej konstytucji jest wzmianka o „koronie św. Stefana”. W Polsce to nic nie mówi, natomiast na Węgrzech – bardzo wiele. Korona św. Stefana to inna nazwa terytorium Węgier sprzed  traktatu w Trianon, podpisanego 4 czerwca 1920 roku. Była to kara za uczestnictwo Węgier w I wojnie światowej po niewłaściwej stronie. W rezultacie Węgry utraciły 2/3 terytorium państwowego. Węgrzy najwyraźniej intencję Wiktora Orbana zrozumieli, no i stąd to niezmienne poparcie, dzięki któremu będzie sprawował samodzielną władzę czwartą z kolei kadencję. Oczywiście siły nieubłaganego postępu wydały z siebie jęk zawodu, a przewodniczący Volksdeutsche Partei Donald Tusk powiedział nawet, że demokracja została „zgwałcona”. Najwyraźniej Donald Tusk uważa, że demokracja zachowuje cnotę tylko wtedy, gdy wybory wygrywają folksdojcze. Jeśli folksdojcze przegrywają, to demokracja cierpi niewymowne katiusze, no i traumy – jak to po gwałcie.

Wiktor Orban naraził się nie tylko folksdojczom. Naraził się również ukraińskiemu prezydentowi Zełeńskiemu, że nie chce odgadywać wszystkich  jego życzeń ani wykonywać jego poleceń. Z tego powodu naraził się również na pryncypialną krytykę naszych Umiłowanych Przywódców tworzących rząd „dobrej zmiany”, z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim na czele. Naczelnik Państwa początkowo zamroził wszelkie kontakty z Wiktorem Orbanem, w następstwie czego planowane wcześniej spotkanie Grupy Wyszehradzkiej zostało odwołane. Wyobrażam sobie, jak wiadomość o rozpoczęciu rozpadu Grupy Wyszehradzkiej musiała ucieszyć niemieckiego kanclerza Olafa Scholza. Myślę, że i Naczelnikowi Państwa też mogła taka myśl przyjść do głowy, bo zaraz zaczął się ze swego pryncypialnego potępienia wycofywać, że w gruncie rzeczy nic się nie stało, że – jak powiadają gitowcy – „wszystko gra i koliduje”.

Domyślam się tedy, że prezydent Biden nie kazał nam zrywać stosunków z Wiktorem Orbanem, a początkowe radykalne decyzje wzięły się z porywu serca gorejącego pana premiera Mateusza Morawieckiego, który wyrasta nam na największego wojennego jastrzębia w Europie. Czyni gorzkie wyrzuty i prezydentowi Macronowi, i niemieckiemu kanclerzowi, i w ogóle – całej zgniłej Europie Zachodniej, że nie słucha się prezydenta Zełeńskiego – a ona mu na to wyrozumiale pozwala – ale jednocześnie Polskę poddusza, blokując nie tylko Fundusz Odbudowy, ale i subwencję budżetową.

Węgry zresztą też i właśnie 6 kwietnia odbędzie się w Parlamencie Europejskim dintojra, podczas której folksdojcze będą się namawiały, co by tu jeszcze Polsce i Węgrom zrobić.  Pretekstem będą oczywiście praworządność i demokracja, ale tak naprawdę chodzi o to, by wybić wszystkim państwom Europy Środkowej, a zwłaszcza Polsce i Węgrom, wszelkie mrzonki o Trójmorzu, bo bez tych dwóch państw ten projekt nie ma racji bytu. A Niemcom, które właśnie budowę „państwa o strukturze federacyjnej”, czyli IV Rzeszy, właśnie wpisały do umowy koalicyjnej trzech partii tworzących aktualny niemiecki rząd, projekt Trójmorza jest nienawistny, bo godzi w trzy ważne niemieckie interesy, toteż zrobią one wszystko, żeby to niebezpieczeństwo już nigdy się nie pojawiło. Dlatego od stycznia 2016 roku prowadzą przeciwko Polsce i Węgrom wojnę hybrydową.

Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, zamiast poprosić prezydenta Bidena, że jeśli chce wzmocnić wschodnią flankę NATO, to niech Ameryka sfinansuje uzbrojenie dodatkowych 200 tys. żołnierzy, o których, zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny, ma być powiększona nasza niezwyciężona armia, no i żeby nacisnęła na Niemcy, by zakończyły hybrydową wojnę i odblokowały Polsce wszystkie pieniądze. Niestety podczas spotkania z prezydentem Bidenem na Zamku Królewskim w Warszawie cała para poszła w gwizdek, to znaczy – w komplementy, których amerykański gość nam nie szczędził, jako że one nic nie kosztują.

W dodatku pan premier Morawiecki postanowił, że „jeszcze do końca bieżącego roku” skasuje wszelki import z Rosji ropy, gazu i węgla – bo skoro prezydent Biden to ogłosił, to polski premier nie może być gorszy, to chyba jasne. Tymczasem Wiktor Orban postępuje odwrotnie: nie poświęca dla Ukrainy interesów państwowych Węgier, tylko dba przede wszystkim o nie, nie przejmując się specjalnie, co myśli o nim gorliwy rzecznik prezydenta Zełeńskiego, premier Mateusz Morawiecki. Toteż właśnie wygrał po raz czwarty z rzędu wybory z większością konstytucyjną, podczas gdy w przypadku pana premiera Morawieckiego, podobnie jak w przypadku Naczelnika Państwa, nic nie jest pewne.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułOlbrzymi wzrost opodatkowania Amerykanów
Następny artykułRząd będzie wspierał konkurencyjność