Rolnicy w Holandii kontynuują protesty przeciwko narzucanej im przez rząd i Unię Europejską polityce rolnej. Jej efektem będzie znaczne obniżenie wskaźników produkcji i eksportu sektora oraz niechybne bankructwa tysięcy gospodarstw rolnych. Co ciekawe, wiadomo nawet – w przybliżeniu – ile z nich powinno nie wytrzymać tej politycznej presji.

Protest holenderskich rolników/Fot. PAP/EPA.

Aby rządowe plany dotyczące ograniczenia wpływu azotu na środowisko mogły się ziścić, zlikwidowanych powinno zostać dokładnie 11,2 tys. gospodarstw rolnych, a 17,6 tys. nawet o połowę zredukować obecne pogłowie zwierząt utrzymywanych na fermach. Liczby są relatywnie dokładne, bo wyliczeń dokonało holenderskie Ministerstwo Finansów.

Problem w tym, że dane te nie miały ujrzeć światła dziennego, bo władze obawiały się następstw ich publikacji, czyli… protestów rolniczych. Posiadanie twardych wyliczeń nie przeszkodziło politykom przekonywać, że nowa polityka rolna nie uderzy w holenderski sektor produkcji rolnej i że gospodarze mogą spać spokojnie. Pokazuje to pogardę wobec tego środowiska i fakt jego instrumentalnego wykorzystywania celem realizacji swoich politycznych interesów.

Historia szaleństwa

Gdy niemal 10 lat temu w Polsce pojawiać zaczęły się pierwsze pomysły dotyczące likwidacji intratnego sektora uboju zwierząt na potrzeby wspólnot religijnych czy wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt na futra, wywoływało to salwy śmiechu. Nikt nie traktował wówczas poważnie aktywistów, który rozpoczynali swoją antyrolniczą krucjatę, której ofiarami już w najbliższych latach stać się mieli rolnicy. Długo trwało bagatelizowanie problemu.

Tymczasem już wówczas zza oceanu napływały do Europy pomysły organizacji takich jak ALF czy ELF. To wtedy w Polsce prężnie działać zaczynały oficjalnie prozwierzęce, a faktycznie antyhodowlane stowarzyszenia i fundacje. Podobnie było także w innych krajach na kontynencie.

Gdy wielu z nas wciąż nie traktowało ich poważnie, organizacje te rosły w siłę budując silne skrzydła sektora NGO w kolejnych krajach. I tak, w zaciszu biur budowanych za pieniądze niewiadomego pochodzenia, powstawać zaczęły inicjatywy znane dziś każdemu rolnikowi w Unii Europejskiej. Nie wywołują one już śmiechu, a rozgoryczenie i złość.

Dostaliśmy zatem m.in.:
– zakaz hodowli zwierząt na futra obowiązujący w części państw Wspólnoty,
– zakaz produkcji foie gras,
– inicjatywę Koniec Epoki Klatkowej,
– inicjatywę Koniec Epoki Rzezi,
– pomysł dodatkowego opodatkowania mięsa,
– zakusy ku likwidacji wędkarstwa,
– szereg ataków sektorowych (realizowanych z sukcesami) na branżę drobiarską czy sektory produkcji mleka, jaj, wołowiny, wieprzowiny i inne.

Wiele z tych pomysłów jest w fazie wdrażania. Na niektóre w części zgodziły się już organy Unii Europejskiej. Inne, choć nie znalazły aprobaty w Brukseli, stały się oczkiem w głowie ugrupowań rządzących w wielu krajach na kontynencie. Ofiarami aktywistów padły te kraje i te rządy, w których branża rolnicza jest silna. Wśród nich znajdują się właśnie Holandia i Polska.

Kostka domina

Właśnie dlatego wsparcie dla holenderskich rolników jest dziś tak ważne. Holandia, jako pierwsza w ciągu ostatnich kilku lat, tak zdecydowanie postawiła się antyrolniczym planom polityków natchnionych przez aktywistów. Sytuacja Holandii jest paralelna względem tego, co działo się w Polsce. Tam także początkiem inwazji „ekologów” stały się ataki wymierzone w hodowle zwierząt futerkowych. Także tam atakowano później kolejne sektory produkcji zwierzęcej.

Jeśli holenderski bastion ugnie się pod rządową polityką, która znacząco wykracza nawet poza ramy lansowane w Europejskim Zielonym Ładzie, będzie to oznaczało, że podobne działania realizować będzie można także w innych krajach UE. Pamiętać należy, że na czele unijnej polityki rolnej stoi Janusz Wojciechowski uważany powszechnie za jednego z najbardziej zagorzałych krzewicieli zielonej utopii. Z pewnością z wypiekami na twarzy komisarz obserwuje to, co dzieje się obecnie w Holandii.

Porażka rolników z Królestwa Niderlandów otworzy niebezpieczną furtkę, która szybko przerodzić się może w nowy polityczny trend. Będzie to moda, na ołtarzyku której poświęcone zostaną europejskie gospodarstwa rolne oraz unijne wskaźniki produkcji i eksportu żywności. W zamian dostać możemy zwiększenie importu żywności z szeregu kierunków pozaunijnych oraz drastyczny wzrost jej cen.

Szkoda, że dorobek lat pracy gospodarzy tak łatwo jest dziś przehandlować za kilka umów międzynarodowych, na których fortunę zbije tylko wąska grupa beneficjentów. A to wszystko w myśl fałszywej tezy, jakoby rynek poruszał się w próżni. Europejscy politycy zachowują się bowiem tak, jak gdyby naprawdę wierzyli, że ograniczenie skali unijnej produkcji rolnej nie spowoduje jej rozkwitu w innych częściach świata.
A może tak właśnie miało to wyglądać?

 

Poprzedni artykułŻycie na Maksa
Następny artykuł102. rocznica Bitwy Warszawskiej. Rosjanie potwierdzili cudowną interwencję?