W ramach Polskiego Ładu rząd zrobił wszystko, co było możliwe, aby jak najwięcej podatników wybrało w 2022 roku jako formę opodatkowania działalności gospodarczej ryczałt. Dla budżetu centralnego to bardzo dobre rozwiązanie. Bowiem w przeciwieństwie do PIT, dochodami z ryczałtu rząd nie musi się bowiem dzielić z samorządami.

Podatkowy tzw. Polski Ład zacznie komplikować życie podatników już od 1 stycznia 2022 roku. Dla sporej grupy przedsiębiorców może okazać się jednak całkiem niezłym prezentem. Wszystko za sprawą zmian, które mają uatrakcyjnić opodatkowanie ryczałtem i poprzez ekonomiczny przymus zmusić małe firmy, które mają w miarę wysokie dochody, do przechodzenia z opodatkowania podatkiem liniowym i skalą na ryczałt od przychodów ewidencjonowanych.

Prawda jest też taka, że wiele osób w ogóle nie myślało do tej pory o ryczałcie jako możliwej dla nich formie opodatkowania, spokojnie opłacając podatek liniowy, który i tak wydawał się im w miarę opłacalny. Tymczasem już od ubiegłego roku, po tym jak rząd podniósł czterokrotnie limit przychodów, który uprawnia do korzystania z tej formy opodatkowania, oraz poszerzył listę zawodów, które mogą z niej korzystać, ryczałt był formą najbardziej opłacalną dla wielu małych firm jednoosobowych. Potrzeba było jednak wstrząsu wywołanego planami wprowadzenia Polskiego Ładu i intensywnej kampanii promującej ryczałt ze strony rządu z udziałem premiera włącznie, by ogół podatników zaczął ryczałtem mocniej się interesować.

Dobrym przykładem są w tym przypadku osoby związane z rynkiem oprogramowania. Już w ubiegłym roku mogły one korzystać z opodatkowania ryczałtem albo według stawki 15 proc. (ściśle określone rodzaje działalności), albo nawet 8,5 proc. (jeśli nie zaliczali się do usług objętych stawką 15 proc., ich działalność zaliczana była do działalności usługowej objętej niższą stawką, dotyczy to np. testerów oprogramowania, czy projekt menadżerów). Teraz wyższa stawka spadła nawet do 12 proc. Prawdziwym odkryciem dla wielu osób stało się jednak to, że mogą płacić nie 12, ale 8,5 proc. podatku, mimo że w tym zakresie nic się praktycznie od ubiegłego roku nie zmieniło. I to przy niższych niż zakłada Polski Ład dla podatku liniowego składkach zdrowotnych.

Tym, co wiele takich osób dziwi, jest to, jaki interes ma w tym rząd. Stąd przyglądają się tym rozwiązaniom z dużą podejrzliwością. W ich przypadku przejście na ryczałt oznaczało będzie bowiem nie tylko to, że rząd nie zarobi na nich dodatkowych pieniędzy z Polskiego Ładu, ale wręcz „zedrze z nich” mniej niż w latach poprzednich. I tak rzeczywiście będzie.

Co więcej, przy opodatkowaniu podatkiem liniowym czy według skali, przedsiębiorcy zarabiający powyżej 1 mln zł (a na ryczałcie mogą być podatnicy o rocznych przychodach przekraczających obecnie 9 mln zł) zobligowani są do opłacania dodatkowo daniny solidarnościowej, czyli dodatkowego podatku w wysokości 4 proc. dochodu powyżej 1 mln zł. A ryczałtowców danina ta nie obowiązuje, bo przychody objęte ryczałtem nie są liczone do podstawy obliczenia daniny solidarnościowej.

Wydaje się zatem, że rząd zrobił podatnikom nieoczekiwany prezent. Stąd wiele osób jest przekonanych, że ktoś się w tym wszystkim pomylił, i że rząd za chwilę te przepisy uszczelni.

Nic bardziej mylnego. W rozważaniach o skutkach Polskiego Ładu ciągle zapominamy o dwóch podstawowych – moim zdaniem – rzeczach. Po pierwsze, rząd zlikwidował wszystkim podatnikom możliwość odliczania składki zdrowotnej (którą dodatkowo podniósł przedsiębiorcom). Już sama ta operacja dała mu dodatkowo około 70 mld zł w budżecie centralnym. I to głównie te pieniądze sfinansowały koszty podniesienia kwoty wolnej do 30 tys. zł i drugiego progu podatkowego do 120 tys. zł. Jednym słowem to, co rząd nam dał, wyjął wcześniej z naszej kieszeni i odliczenie składki zdrowotnej zastąpił innymi, dobrze brzmiącymi medialnie preferencjami. Preferencjami, które trudno było przecież krytykować.

Po drugie, tworząc dodatkowe zachęty do przechodzenia podatników na ryczałt, rząd ma szansę zwiększyć znacząco liczbę osób rozliczających się w tej formie (dziś jest ich ok. 2 mln, na grubo ponad 26 mln podatników). A w przeciwieństwie do PIT, ryczałtem rząd nie musi dzielić się z samorządami. Dla budżetu państwa to czysty zysk.

W przypadku PIT z każdych 100 zł podatku 38,23 zł trafiało w 2021 r. do gminy. Swój udział w PIT miały też powiaty i województwa. Do budżetu państwa trafiało mniej niż 50 zł. W przypadku ryczałtu z każdych 100 zł do budżetu trafia 100 zł, a do samorządów 0. Każda osoba przechodząca na ryczałt to zatem dla budżetu państwa 50-procentowy zysk. A przy tym nie da się rządzącym postawić prostego zarzutu, że likwidują udział samorządów we wpływach podatkowych. Decyzja leży przecież po stronie podatników. To oni wybierają, w jakiej formie chcą płacić podatki.

W tym kontekście trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co dzieje się w ostatnich latach wokół ryczałtu, służy przede wszystkim cichemu odbieraniu dochodów krnąbrnym samorządom, które nie zawsze chcą działać ramię w ramię z obecnym rządem.

Już na etapie dyskusji w parlamencie zwracali na to zresztą uwagę eksperci. „Kolejny przykład błędu systemowego, to niedzielenie się̨ z JST wpływami z ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Moim zdaniem istotnym, a może i głównym powodem tak istotnego preferowania w ustawie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych jest właśnie chęć przejęcia części dochodów JST. Podatnik prowadzący działalność gospodarczą, który wyliczy, że bardziej opłaca mu się przejść z podatku dochodowego na ryczałt, zapłaci niższy podatek, który w całości trafi do budżetu państwa. Z punktu widzenia budżetu państwa lepiej mieć całość niższego podatku niż̇ 50 proc. wyższego” – napisał w opinii przygotowanej dla Senatu dr Jarosław Neneman, adiunkt w Instytucie Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego i trzykrotny wiceminister finansów, odpowiedzialny za politykę i legislację podatkową w rządach Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego oraz Ewy Kopacz.

Uatrakcyjnienie ryczałtu to nie jedyne działanie rządu dokonane w ramach tzw. Polskiego Ładu, które uderzy w dochody samorządów. Drugim jest praktyczna likwidacja karty podatkowej, wpływy z której stanowią dochód własny gmin. Nie jest to co prawda likwidacja całkowita, bo z tej formy opodatkowania nadal można będzie w najbliższych latach korzystać, i to przy stosunkowo niskiej, bo wynoszącej zaledwie 270,90 zł składce zdrowotnej (wysokość w 2022 r.). Jednak forma ta pozostawiona została tylko dla tych podatników, którzy już z niej korzystają. Tym samym od 2022 roku żaden podatnik karty podatkowej jako formy opodatkowania już nie wybierze. A to oznacza, że liczba podatników korzystających z karty będzie w najbliższych latach systematycznie spadać i ostatecznie (o ile ustawodawca w kolejnych latach nie zmieni zdania) zniknie zupełnie. A wraz z nią jedna z pozycji przychodowych w samorządach.