Przedsiębiorcy są widziani jedynie jako ten segment elektoratu, którego nie da się kupić, ale który można za to wycisnąć jak cytrynę, żeby opłacić wyborców potencjalnie dostępnych – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

„Tak naprawdę to nie mamy nic do stracenia, a z politycznego punktu widzenia lepiej zadowolić pod tym względem związki zawodowe, niż schlebiać przedsiębiorcom, którzy i tak nie są naszym elektoratem” – przeczytałem te słowa na portalu Money.pl. Miał je wygłosić anonimowy polityk Prawa i Sprawiedliwości, komentując plan radykalnego, kolejnego podniesienia płacy minimalnej tuż przed wyborami. To słowa absolutnie wstrząsające, a zarazem pokazujące sposób myślenia rządzących. Wynika z nich bowiem, że przedsiębiorcy nie są postrzegani jako siła napędowa polskiej gospodarki i ludzie, którym trzeba stworzyć dobre warunki do pracy, żeby generowali przychód fiskusa, miejsca pracy i ogólnie – bogactwo narodu. A przypomnę, że bogactwem narodu nie jest budżet napchany pieniędzmi ludzi, ale zamożność samych obywateli. Przedsiębiorcy są widziani jedynie jako ten segment elektoratu, którego nie da się kupić, ale który można za to wycisnąć jak cytrynę, żeby opłacić wyborców potencjalnie dostępnych.

Wynika z tego również, że państwo nie jest przez polityków obozu władzy widziane jako organizm, w którym funkcjonowanie jednej części jest zależne od drugiej. Możliwości, jakie ma władza – na przykład arbitralnie ustalanie minimalnej stawki wynagrodzenia za pracę – służą jedynie zdobywaniu sobie poparcia sondażowego i wyborczego. Ich skutki dla gospodarki są nieistotne. Ogromna część publiczności nie rozumie, jakie one mogą być w przypadku podnoszenia wynagrodzenia minimalnego przez rząd. (Przypominam, że w tej sprawie od dawna nie ma porozumienia w Radzie Dialogu Społecznego, co oznacza, że decyzja podejmowana jest po prostu w formie rozporządzenia.)

O negatywnych konsekwencjach podnoszenia wynagrodzeń minimalnych bez opamiętania mówi od dawna Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców. Pierwszy, dosyć oczywisty skutek, to nakręcanie inflacji. Dolna granica, jaką wyznacza minimalne wynagrodzenie, wymusza na pracodawcach podnoszenie wynagrodzeń pracownikom głównie nie dlatego, że zarabiają poniżej tej granicy – choć im bardziej podnoszona jest pensja minimalna, tym więcej i takich osób się znajdzie – ale dlatego, że to ogólne zwiększenie presji płacowej. Skoro podnosi się dolna granica, ci, którzy zarabiają trochę powyżej niej, powinni mieć wynagrodzenia proporcjonalnie podniesione. Na to zaś trzeba skądś wziąć pieniądze, następuje więc podnoszenie cen. Ostatecznie owszem, pracownicy zarabiają więcej, ale ich pieniądz ma coraz mniejszą siłę nabywczą. Na tym właśnie polega inflacja.

Drugi, mniej jasny dla wielu skutek, to spłaszczanie hierarchii wynagrodzeń. Pracodawcy muszą podnosić wynagrodzenia pracownikom gorzej wykwalifikowanym, ale nie mają już środków, żeby w podobnym stopniu podnosić te z zasady wyższe, wypłacane pracownikom o wyższych kwalifikacjach. Skutek jest taki, że pensja specjalisty, który poświęcił czas i wysiłek, aby zarabiać więcej, zbliża się coraz bardziej do pensji pracownika z podstawowymi kompetencjami. To z kolei ma dwojaki skutek: zniechęca do podnoszenia swoich kwalifikacji oraz zachęca tych lepiej wykształconych do emigracji.

Trzecia sprawa, którą szczególnie mocno podkreśla Adam Abramowicz, to stosowanie jednej miary dla całego kraju. A przecież przeciętne wynagrodzenia na poziomie nawet województw mocno się różnią. Tak naprawdę należałoby je różnicować na jeszcze niższym poziomie – najlepiej powiatów. Absurdem jest używanie jednej wielkości dla Warszawy i małego miasta na Podlasiu.

Niestety, wszystkie te kwestie wydają się rządzącym umykać. Albo po prostu ich nie interesują, a część posłów i ministrów, nie tylko zresztą obozu władzy, najpewniej ich najzwyczajniej nie rozumie.

Weźmy teraz inny, najświeższy przykład takiego podejścia. Sejm dopiero co przegłosował ustawę sądową (zmieniającą zasady działania wymiaru sprawiedliwości nie tylko w Sądzie Najwyższym, ale we wszystkich polskich sądach). Jednym z oczywistych skutków będzie niepewność orzeczeń oraz znaczące wydłużenie czasu oczekiwania na nie – bo przecież sędziowie bez wątpienia zaczną wzajemnie kwestionować swój status, na co ustawa pozwala, a to oznacza przeprowadzanie testu niezawisłości, a zatem kolejne miesiące oczekiwania na wyrok. To będzie mieć ogromny wpływ na obrót gospodarczy, który zależy od funkcjonowania sądownictwa cywilnego. O tym skutku prawie nikt nie pomyślał – ani obóz władzy, ani większość opozycji. Pojawiają się jedynie pojedyncze głosy wskazujące na ten problem.

Takie widzenie państwa i jego mechanizmów musi w dłuższym okresie okazać się dla gospodarki fatalne – tak jakbyśmy mieli z nią za mało problemów.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułChiny zamierzają zdystansować się od Rosji?
Następny artykułOdkryto wielkie złoża metali ziem rzadkich