„Kto nie chce pracować, ten niech nie je” – te słowa Apostoła Pawła mogą za jakiś czas przestać dla wielu cokolwiek znaczyć. Także do Polski dotarł już eksperyment z tzw. GDP lub BDP, czyli gwarantowanym albo bezwarunkowym dochodem podstawowym. Pomysł kosztowny, niesprawiedliwy i demoralizujący, który doskonale wiadomo, czym się skończy. I nie będzie to nic dobrego.

Jedni mieliby się lenić i wegetować za podarowane od państwa, czyli od nas wszystkich, pieniądze. Inni, zapewne ci należący do finansowo-politycznej elity, zdobędą wreszcie – poprzez wykorzystanie aparatu państwowego przymusu – absolutną władzę i kontrolę nad życiem milionów ludzi. Fantastyka? Niekoniecznie.

Oczywiście wprowadzenie na szerszą skalę BDP (bezwarunkowego dochodu podstawowego) zaczęłoby się od podwyższenia podatków i innych danin na rzecz państwa. Dalszy wzrost gospodarczy i poprawa dobrostanu życia w krajach zachodnich Europy przeszłyby ostatecznie do historii, znanej z czasem tylko z podręczników. BDP szybko zdewastowałby rynek pracy, demoralizując całe społeczeństwa. Te same społeczeństwa, które przez całe lata rozmiękczane były konsumeryzmem, stylem życia jałowym, promowanym przede wszystkim na kredyt.

Ile to kosztuje?

Polski eksperyment z BDP już jest. Realizować go będzie Stowarzyszenie Warmińsko-Mazurskich Gmin Pogranicza przy współpracy neokomunistycznej Partii Razem. Mieszkańcy wytypowanych gmin Warmii i Mazur mają dostawać po 1300 zł miesięcznie. Obojętne, czy ktoś chciałby i mógłby dopracować, pieniądze dostanie.
– Mowa jest tu o „zaledwie” 78 mln zł rocznie w wersji minimum eksperymentu, czyli na razie dla pięciu tysięcy osób – komentuje Arkadiusz Sieroń z Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa. Ekonomista policzył, że w skali tak dużego jak Polska kraju przejście z wynagrodzenia za pracę na BDP kosztowałoby budżet 359 mld zł rocznie, czyli ok. 71 proc. całych wydatków państwa oraz 13,7 proc. PKB z 2021 r.

– Tak naprawdę ta kwota powinna być wyższa, bo byłoby to około 483 mld zł w przypadku BDP dla wszystkich osób dorosłych pracujących, a 593 mld zł dla wszystkich Polaków. Ale założyliśmy, za twórcami eksperymentu, że wypłaty będą przeznaczane wyłącznie dla osób w wieku produkcyjnym, które to ograniczenie od razu zaprzeczałoby zresztą samej idei programu – dodaje Sieroń.

Liczby szokują. A zaraz za nimi pojawia się pytanie, kto miałby za to wszystko zapłacić? Lewicowi entuzjaści wprowadzenia w Polsce BDP mają na to prostą odpowiedź: podatki powinny wzrosnąć do poziomu Francji, Finlandii, czy niektórych krajów skandynawskich, szczególnie – dla najbogatszych.

Sieroń policzył więc, że chcąc sfinansować BDP dla wszystkich dorosłych Polaków, stawki podatkowe musiałyby się potroić. Oznacza to, że górny próg PIT wyniósłby 96 proc. Koresponduje to z programem gospodarczym skrajnej lewicy, która uważa, że elity o najwyższych dochodach powinny składać się na wszystkich innych. Tylko czy elity się tym pomysłem przejmą?

Może więc zamiast tego zwiększyć deficyt finansów publicznych? Instytut Misesa policzył, że budżet wytrzymałby jednorazowy wzrost deficytu o niecałe 14 proc. PKB. Wszystko ponad to oznaczałoby prawdziwą katastrofę dla finansów publicznych!

Dewastacja rynku pracy

Wprowadzenie BDP na szerszą skalę zachwiałoby także rynkiem pracy, szczególnie po stronie podaży. Socjologowie już dawno wykazali, że im ktoś uzyskuje więcej dochodów w postaci bonusów pozapłacowych, tym trudniej skłonić go do pracy. Motywacja do zarabiania spada czasem nawet do zera. – Po co mam robić dla tej jego firmy za marne obecnie 150 zł dniówki, wystając na dachach i parapetach, skoro mam 500 plus i różne dopłaty socjalne, paczki na święta, a wakacje dla mojej Ilonki nic mnie nie kosztują – zwierzył mi się Boguś, znajomy.
Tak to właśnie działa. A raczej – nie działa. Systematyczny przypływ darmowych pieniędzy sprawia, że ludzie nie pracują (bo po co?) lub podejmują się mniej wymagających i niżej płatnych prac, aby tylko nie marnować na nie czasu wolnego.

– Taka sytuacja, przyznawania stałego dochodu, na dłuższy dystans uderza także w młodych, którzy dopiero budują swoje życie zawodowe – komentują badacze z National Bureau of Economic Research.

W czasie wygenerowanego w ostatnich latach koronakryzysu hojne zasiłki dla bezrobotnych w USA zdeformowały tamtejszy rynek pracy. Gdy w czerwcu 2021 r. ucięto wreszcie w niektórych stanach pandemiczne wypłaty, odnotowano o 14 proc. wyższy wzrost przepływu ludzi z bezrobocia do pracy – w porównaniu do tych stanów, które taki socjał utrzymały.

We wrześniu zeszłego roku kanadyjski premier Justin Trudeau przemawiał w ONZ na temat dążenia do promowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne Wielkiego Resetu. Mówił z przekonaniem, że przedsięwzięcie w postaci dochodu gwarantowanego wykroczyło już poza akademickie postulaty i znalazło się w potencjalnej rzeczywistości legislacyjnej wielu krajów. Na czele z Kanadą właśnie. Dzięki programowi Canada Recovery Benefit, Kanada przechodzi właśnie coś, co jest rodzajem eksperymentu mającego charakter programu BDP.

Władze Barbadosu z kolei ogłosiły właśnie, że program bezwarunkowego dochodu obejmie wszystkich dorosłych mieszkańców. Nie zastąpi jednak socjału, bo utrzymane zostaną m.in. bezpłatne szkolnictwo wyższe oraz czasowe zasiłki dla poszkodowanych przedsiębiorców.

Homo labor

Co tu dużo mówić – dotychczasowe eksperymenty na świecie z BDP nie przekonują, że ma on jakikolwiek sens. Wsparcie dla programów, w których wypłacane są pieniądze obywatelom bez żadnych wymagań lub ograniczeń, pojawia się od czasu do czasu w USA. Popierają je – co ciekawe – biznesowe elity, m.in. Mark Zuckerberg, Elon Musk, Richard Branson oraz uczeni, tacy jak np. Charles Murray z American Enterprise Institute, którzy postrzegają BDP jako alternatywę dla wciąż rozrastającego się biurokratycznego państwa opiekuńczego. Z kolei liderzy związkowi, tacy jak Andy Stern (były szef Międzynarodowego Związku Pracowników) uważają, że wprowadzenie BDP złagodziłoby skutki zwolnień w tych sektorach i branżach, gdzie wkracza już na dobre automatyzacja.

Sam problem jest oczywiście realny, bo człowiek jest – jak dawno już stwierdzono – homo labor. Pracy potrzebuje choćby po to, by z bezczynności nie zwariował. Dostarczanie mu jednak środków do życia w postaci comiesięcznego, całkiem wartego uwagi przelewu na konto, przypomina raczej hodowanie ludzi. Wizję zbliżoną do tej z „Wehikułu Czasu” H. G. Wellsa, gdzie stechnicyzowane elity Morloków stale dostarczają pożywienia pławiącym się w nieróbstwie Elojom. Robią to jednak, jak się okazuje, w bardzo określonym i egoistycznym celu.

Eksperyment z Minneapolis (miasto przez 18 miesięcy wypłacało po 500 dolarów miesięcznie 150 mieszkańcom o niskich dochodach) ostatecznie niczego nie dowiódł. Trwał za krótko. Wiele mniejszych tego typu projektów prowadzonych jest w USA w poszczególnych stanach oraz lokalnie.

Z BDP eksperymentowały – bądź eksperymentują – także Brazylia, Indie, Kenia i Uganda. Niektórzy eksperci uważają Stały Fundusz Alaski za przykład udanej jego implementacji. Alaska, gdzie od 1982 r. mieszkańcy otrzymują comiesięczny dochód bez żadnych dodatkowych warunków, może sobie jednak na to pozwolić – jest zamożnym regionem obfitującym w różne złoża.

Z kolei eksperyment indyjski trudno przełożyć na realia krajów rozwiniętych. W niemieckim biorą udział zaledwie 122 osoby, jak tu więc mówić o reprezentatywności takiego badania? W fińskim programie, realizowanym w latach 2017-2018, płatności trafiały wyłącznie do bezrobotnych, a więc został on w określony sposób uwarunkowany. W 2017 r. przeprowadzono też eksperyment z BDB w Barcelonie. I znowu – do udziału w programie, w drodze losowania, trafiły wyłącznie najuboższe rodziny w mieście. Zatem tacy ludzie, którym długotrwałe przebywanie w biedzie mogło już w określony sposób ukształtować świadomość.

Jaki w tym sens?

We wspomnianym badaniu National Bureau of Economic Research przyjęto jeszcze inną perspektywę, jeśli chodzi o ocenę dobrodziejstw płynących z BDP. Ekonomiści przyjrzeli się zachowaniu osób, które wygrały w loteriach. Średnia wygrana wyniosła 7800 dolarów rocznie – czyli wartość środków wypłacanych w ramach BDP. W efekcie zamiast odblokowania kreatywności, motywacji i przedsiębiorczości „szczęściarze” trwonili pieniądze licząc na to, że te nigdy się nie skończą. Zauważono i odnotowano też, że zwycięzcy loterii pracowali mniej od innych i byli skłonni zmienić swoją pracę na mniej ambitną, która wiązała się z niższym wynagrodzeniem.

Najnowszy raport pod nazwą „Universal Basic Income: A Union Perspective” puentuje sprawę BDP: „nie ma dowodów na to, że BDP osiągnął trwałą poprawę samopoczucia wszędzie, gdzie został wypróbowany”. Po co więc to robić?

Poprzedni artykułOpowieść o dwóch miastach
Następny artykułPolska chce oclić rosyjską ropę