Likwidacja hodowli zwierząt futerkowych i kolejna próba zniszczenia silnej gałęzi eksportu, jaką jest produkcja mięsa pozyskiwanego w systemach halal i koszer, to dopiero początek. Dla rolników od dawna jasne było, że „Piątka dla zwierząt” stanowi tylko pierwszą kostkę domina, i że już dziś poważnie zagrożone są także inne sektory gospodarki rolnej. W tym przypadku nie można mówić, że atak był nieoczekiwany, ponieważ w najlepsze trwa już od kilku lat.

Gdy cofniemy się pamięcią o kilka lat i przeanalizujemy jak postępował proces, którego punktem kulminacyjnym ma być likwidacja hodowli zwierząt na futra, bez trudu zauważymy, że identyczny model działania jest dziś wykorzystywany do uderzenia w szereg innych branż rolnych utrzymujących żywy inwentarz.

Zaczyna się od sondowania odporności kolejnych branż na ataki medialne, potem na kampanie pojawiające się w przestrzeni publicznej, później pojawiają się nieprzychylne wypowiedzi polityków i pseudoekspertów. Na końcu jest ustawa likwidacyjna. Tak przebiegały ataki, które dziś pod znakiem zapytania stawiają przyszłość dwóch silnych sektorów rolnictwa, ale nie jest to sytuacja odosobniona.

Z podobnymi problemami już dziś borykają się producenci jaj, mleka oraz wszelkich gatunków mięsa, które mają jakiekolwiek znaczenie dla rodzimego rolnictwa. Czy i one powinny spodziewać się ustawy delegalizacyjnej? To nie jest wykluczone.

Co już się stało

W ubiegłych latach, w największych miastach Polski, pojawiały się bilbordy nawołujące do zaprzestania spożycia mleka. Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva! w 2019 roku realizowała kampanię zatytułowaną “Prawdziwa cena mleka”, która ukazywała rzekomo niewłaściwe warunki, w których trzymane są krowy mleczne. Inicjatywa – rzecz jasna – zbiegła się w czasie z sukcesami rodzimego rynku mleczarskiego. Analitycy IFCN prognozują, że do roku 2030 światowy popyt na produkty mleczarskie wzrośnie o około jedną trzecią (czyli przeszło 300 mln ton), co znajduje uzasadnienie w przewidywanym wzroście liczebności populacji ludzkiej o 1,2 mld oraz wzroście konsumpcji mleka szacowanym na 16 procent. Polska może nie otrzymać tu swojego kawałka tortu, jeśli nadal przyzwalać będzie na nadużycia pseudoekologów.

Aktywiści antyhodowlani z Polski sięgają po sprawdzone wzorce zza oceanu. Podobnie jak w Polsce kampania „Pij mleko, będziesz wielki”, tak i w Stanach Zjednoczonych akcja “Got Milk” odniosła swego czasu niemały sukces. Z jednej strony znacznie zwiększyła zapotrzebowanie na mleko płynne i produkty mleczarskie, z drugiej pozytywnie odbiła się na zdrowiu najmłodszych. Aktywiści amerykańskiej organizacji PETA postanowili jednak sparodiować kampanię – i tak narodziło się hasło “Got Beer” (w wolnym tłumaczeniu: pij piwo), które zyskało ogromną popularność wśród najmłodszych. PETA postanowiła zatem propagować je w szkolnych gazetkach, informując jednocześnie o rzekomo niszczącym wpływie mleka na organizm. Tak oto krowie mleko miało powodować trądzik, udary mózgu, otyłość czy nowotwory. Piwo natomiast miało mieć zbawienny wpływ na zdrowie dorastających dzieci. Sam proces pozyskiwania mleka autorzy akcji uznali za gwałt, proponując w zamian spożywanie „mleka” sojowego, kokosowego czy migdałowego. Projekt spotkał się z ostrym sprzeciwem innej organizacji – Matki Przeciwko Pijanym Kierowcom, która zarzuciła aktywistom promowanie alkoholizmu wśród dzieci.

Czy argument dotyczący rzekomych „gwałtów” na krowach nie brzmi znajomo?

Polskie ramię PETy

Polscy aktywiści wykazują przywiązanie, lub nawet przynależność, do zagranicznych organizacji „ekologicznych”. W 2007 roku PETA zainicjowała szereg demonstracji odbywających się pod sklepami firmy Burberry. Celem manifestacji miało być zmuszenie sklepów do zaprzestania korzystania z naturalnych futer na rzecz sztucznych zamienników. Relację z tego wydarzenia w Warszawie przeprowadził portal gazeta.pl, który podał, że członkiem organizacji PETA był wówczas Cezary Wyszyński – dziś prezes Międzynarodowego Ruchu na Rzecz Zwierząt Viva! Działaczem PETA Deutschland był natomiast Andrzej Pazgan – jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Otwarte Klatki, aktywnie działającego na rzecz promowania wegetarianizmu.

To właśnie Stowarzyszenie Otwarte Klatki jesienią 2018 roku otrzymało grant w wysokości 0,5 mln USD przeznaczony między innymi na „[…] wzmocnienie całej struktury organizacyjnej Otwartych Klatek, by powiększyć możliwości, np. przez zatrudnienie nowych pracowników, działania na rzecz walki o kury hodowane i zabijane na mięso”. Pieniądze popłynęły z Doliny Krzemowej, a dokładniej z Silicon Valley Community Foundation wspieranej przez Facebook. Więcej pieniędzy dla aktywistów oznacza większe zagrożenie. Takie też przyszło.

Uruchomiona została nowa witryna internetowa o wdzięcznej nazwie frankenkurczak, która poza treściami ukazującymi rzekome znęcanie się nad kurami w polskich hodowlach, zawiera także e-petycję skierowaną do ministra rolnictwa i rozwoju wsi w sprawie „poprawy warunków życia kurczaków”. Potencjalne nałożenie na polskich producentów drobiu kolejnych obostrzeń poskutkować może spadkiem rentowności produkcji i zapewne upadkiem najmniejszych hodowców, który w kontekście “Piątki dla zwierząt” byłby nieunikniony.

Sojusznik z piekła rodem

Rzeczona “Piątka dla zwierząt”, której gorącym zwolennikiem jest obecny minister rolnictwa Grzegorz Puda, oraz szereg innych inicjatyw forsowanych przez organizacje antyhodowlane, zyskały sojusznika w postaci europoseł Sylwii Spurek. Feministka, zwolenniczka ideologii LGBT, osoba opowiadająca się za liberalizacją prawa aborcyjnego jawnie wspiera inicjatywę… ministra rolnictwa z nadania Prawa i Sprawiedliwości. Nie umknęło to uwadze rolników, którzy zgodnie podkreślają, że Grzegorz Puda jest dziś ministrem rolnictwa, ale nie samych rolników – ci domagają się natomiast powrotu Jana Krzysztofa Ardanowskiego na piastowane wcześniej stanowisko.

Sylwia Spurek wspierała już tak zwany podatek od mięsa, który postawiłby nad przepaścią wszelkie europejskie sektory produkcji zwierzęcej oraz inicjatywę “Koniec epoki klatkowej”, która ma na celu likwidację wszystkich największych hodowli zwierzęcych w Unii Europejskiej.

Z Grzegorzem Pudą u steru resortu rolnictwa, silną reprezentacją lewicy w Sejmie RP, nadaktywną europoseł Spurek, wsparciem lewicowych i centrolewicowych mediów i niebezpiecznym komunizującym trendzie idącym do nas z tak zwanego Zachodu, żaden rolnik nie może czuć się w Polsce bezpiecznie.

Rolnicy zdają sobie sprawę, że uderzenie w jedną branżę rolną pociąga za sobą osłabienie całego sektora, który stanowi system naczyń połączonych. Jest to także szczególna grupa zawodowa, którą cechuje iście słoniowa pamięć. Wspomnienia – z całą pewnością – nie wyparują ot tak, do czasu kolejnego wyborczego maratonu. Czego wówczas będzie mogło spodziewać się Prawo i Sprawiedliwość? W tej kwestii wieś jest dziś zgodna.