Pewną specyfiką elit – nie tylko politycznych, ale także na przykład akademickich – jest to, że są one święcie przekonane, iż robią dla ludzkości coś tak wspaniałego i doniosłego, że żadna krytyka, ani wewnętrzna, ani zewnętrzna, jest po prostu nie do pomyślenia – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Polityków czasami udaje się przyłapać na spontanicznych zachowaniach lub wypowiedziach, których potem najpewniej żałują. Przeciętnemu zjadaczowi chleba może i by podobne zajście uszło na sucho. Każdy z nas w pewnym momencie swojego życia zapewne imprezował, ale dla fińskiej premierki mogło się to skończyć wezwaniami do dymisji. Wszyscy czasem narzekamy sobie na posłów, biurokratów i „ten kraj”, ale to Donald Tusk ostatnio pozwolił sobie na chwilę niebezpiecznej szczerości. Spodziewając się zapewne, że nie słyszą go widzowie TVN24 i dedykowanej aplikacji, miał powiedzieć: „Demotywuje mnie świadomość, że będę musiał kandydować. (…) To jest tak upiorna myśl, że ja będę tam z powrotem siedział… na tej Wiejskiej”.

Wielu polityków obozu rządzącego, choćby premier, oskarżyło lidera opozycji o to, że temu drugiemu brakuje szacunku dla trudnej służby publicznej w interesie Polaków. W mojej ocenie, jest to tylko takie urzędowe, oficjalne wytłumaczenie całego zamieszania, przedstawione zresztą w pedagogiczno-moralizatorskim tonie. Pewną specyfiką elit – nie tylko politycznych, ale także na przykład akademickich – jest zresztą to, że są one święcie przekonane, iż robią dla ludzkości coś tak wspaniałego i doniosłego, że żadna krytyka, ani wewnętrzna, ani zewnętrzna, jest po prostu nie do pomyślenia.

Mi natomiast wydaje się, chociaż to tylko spekulacje domorosłego analityka, że wypowiedź Donalda Tuska wynikała psychologicznie jednak z czegoś innego. Mianowicie, poza szczerością, także z jego własnego narcyzmu i megalomanii. Być może, w zawoalowany sposób, chciał dać do zrozumienia, że jest już „ponad to”. Nie dziwie się, przecież to rzeczywiście udręka znowu siedzieć obok mądrych-inaczej i słuchać notorycznych głupot albo pyskówek partyjnych. Myśli tak zresztą pewnie o naszych instytucjach z dziewięćdziesiąt procent Polaków. Nikt się jednak do tego publicznie nie przyzna. Po pierwsze dlatego, że znieważenie lub poniżenie konstytucyjnego organu państwa jest karalne na mocy art. 226 § 3 k.k., co zresztą jest kompletną głupotą w liberalnej demokracji. Po drugie, zaraz „temu komuś” zarzucono by, że jest anty-patriotą, szkodnikiem i może postraszono go utratą pracy. Tak, jak kiedyś „skancelowano” Mirosława Drzewieckiego za wypowiedziane w przypływie szczerości słowa o tym, że „Polska to dziki kraj”.

Od razu to wszystko skojarzyło mi się z często powtarzaną przez Slavoja Żiżka anegdotą. Żiżek twierdzi bowiem, że nasze społeczeństwo opiera się na wierze w rzeczy, w które tak naprawdę nikt „pierwszoosobowo” nie wierzy. Żiżek posługuje się tutaj metaforą wiary w św. Mikołaja, którą szczegółowo przytoczyła „Krytyka Polityczna”.

Jak widać, my również zdajemy sobie sprawę z tego, że naszym wybrańcami często są melepeci, utracjusze albo wszetecznicy. Że sejmowa debata to zazwyczaj tylko karczmiana przepychanka i pokaz taniego politykierstwa. Jednak, ze względu na dobre wychowanie, odebrane wykształcenie, swego rodzaju urobienie społeczne i chyba wstyd przed samymi sobą, rzeczy takie mówimy tylko po cichu, przy fińskiej wódeczce, a nie na głos i na serio. Na poważnie to mówimy o „Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej”, świątyni i podstawie demokratycznego państwa prawnego. Gdybyśmy przestali używać takich formułek, czar by bowiem prysnął i okazałoby się, że wszystkie nasze instytucje oparte są właściwie na micie. Ich autorytet może runąć bez jednego wystrzału, po prostu za sprawą chwili namysłu. Dobrze obrazuje to bezautorski internetowy mem, który ostatnio przesłał mi znajomy. Zdjęcie przedstawia zupełnie pustą muzealną gablotę, a podpis głosi, w języku angielskim, że eksponatem jest tutaj oryginalny egzemplarz „umowy społecznej”. I rzeczywiście, podstawowym zarzutem zgłaszanym w literaturze względem teorii umowy społecznej jest po prostu to, że nikt, w żadnym momencie historii i z nikim takiej umowy nie podpisał. Jeśli więc w miejsce mitu „pomazania bożego” wprowadzamy mit „umowy społecznej”, to zamieniamy siekierkę na kijek i dalej się oszukujemy, tylko nieco bardziej elegancko. Innymi słowy, jest to najzwyczajniej słabe uzasadnienie legitymacji władzy pochodzącej z wyboru, demokratycznej, liberalnej i tak dalej. Podobnie jak heretyk kwestionujący pochodzenie władzy królewskiej od Boga, ja też mogę krzyknąć, że żadnego kontraktu z nikim nie zawierałem i wykpić władze ludu. Oczywiście przedstawiciele władzy ludowej zagrożą mi wtedy policyjną pałką, ale to pozytywistyczne uzasadnienie władzy również jest niesatysfakcjonujące i w wynaturzonej formie mogłoby usprawiedliwić nawet hitleryzm.

Nie brnijmy jednak tak daleko w anarchizm, bo to proszenie się o niezamówione budzenie o szóstej rano przez smutnych panów w kominiarkach. Wróćmy do wypowiedzi Donalda Tuska. Otóż, chciałbym zaproponować jeszcze jedno psychologiczne wytłumaczenie jego słów. Być może lider opozycji naprawdę jest już zmęczony i znudzony polityką. Jednak to nie wróży dobrze propagatorom hasła „Tusku, musisz!”. Jeśli bowiem na białym koniu z zachodu przybył ziewający i rozkojarzony eks-eurokrata, to morale obozu demokratyczno-postępowego na pewno na tym ucierpi.

Michał Góra

Poprzedni artykułRynek piwa w tarapatach
Następny artykułFirmy technologiczne otrzymają pieniądze na rozwój