Przekonanie, że aby zakończyć dany kryzys, wystarczy podłączyć do gospodarki pompę z pieniędzmi, może mieć opłakane konsekwencje. Przekonują się o tym coraz bardziej w USA. Inflacja poszybowała tam do niewidzianych od trzech dekad poziomów (6,2 proc. r/r). I chociaż zwykli Amerykanie zaczynają coraz bardziej obawiać się o zawartość swoich portfeli, to jednak rząd federalny ani myśli przyhamować z ekspansją fiskalną.

Prezydent Biden ma coraz gorsze notowania, za które odpowiada między innymi wzrost cen, a mimo to wciąż lansuje swój kosztowny program Build Back Better. Wart niemal dwa biliony dolarów pakiet stymulacyjny, którego istotnym elementem mają być nakłady na odnawialne źródła energii, ma zostać niebawem przyjęty przez Izbę Reprezentantów i musi zostać zaakceptowany przez Senat. Problemem na drodze do jego przyjęcia może być jednak gwałtowny wzrost cen. Inflacja, wbrew zapewnieniom Fed, może nie mieć charakteru przejściowego. Miały za nią odpowiadać negatywne czynniki po stronie podażowej. Wydaje się jednak, że gigantyczne pakiety stymulacji fiskalnej i monetarnej także przyczyniły się do kłopotliwej dla amerykańskiego prezydenta sytuacji.

W tym kontekście, przyjęcie kolejnego potężnego pakietu fiskalnego budzi poważne zastrzeżenia i pytania o to, czy efektem nie będzie jeszcze szybszy wzrost inflacji.

Biden wciąż rozważa także, komu powierzyć misję kierowania Fedem na najbliższe lata. W lutym kończy się kadencja obecnego szefa tej instytucji, republikanina Jeroma Powella. Powell jest obwiniany przez część komentatorów za zbyt luźną politykę monetarną, która mogła przyczynić się do rekordowych odczytów wskaźnika CPI. Co ciekawe jednak, konkurencją dla tej kandydatury wcale nie jest ktoś z bardziej jastrzębim usposobieniem. Spore szanse na nominację ma bowiem Lael Brainard, popierana przez progresywne skrzydło Partii Demokratycznej. Jej podejście do polityki pieniężnej, wydaje się jeszcze bardziej gołębie niż to, które prezentuje Powell. Dodatkowo, jako szefowa Fed, mogłaby kłaść większy nacisk na finansowanie przez amerykańskie banki transformacji energetycznej. Już te dwie rzecz zwiastują poważne wyzwania dla utrzymania inflacji w ryzach pod jej rządami.

Warto zwrócić uwagę, że obecna reakcja na kryzys do złudzenia przypomina działania, jakie miały miejsce przy okazji poprzedniego załamania w gospodarce w 2008 roku. Komentatorzy w USA zwracają jednak uwagę, że wtedy rzeczywiście popyt kulał i luźna polityka np. w odniesieniu do ekspansji monetarnej miała sens. Teraz jednak problemem, i to coraz większym, jest podaż. Napędzając popyt, za którym nie może nadążyć produkcja, wzmacnia się jeszcze problem inflacji, zamiast wyjść mu naprzeciw. Co więcej, pakiety fiskalne związane z kryzysem pandemicznym i tak są większe od tych sprzed parunastu lat, kiedy światem wstrząsnął upadek Lehman Brothers. W połączeniu z ekspansywną polityką pieniężną i zatorami podażowymi dzieje się to, co się dzieje. A zamiast ten pożar gasić, obecna administracja próbuje jeszcze podtrzymać ogień, dosypując do niego kolejne biliony dolarów.

Jeśli ten kierunek zostanie utrzymany, niemal pewne jest odkotwiczenie się oczekiwań inflacyjnych w amerykańskiej gospodarce, a co za tym idzie uruchomienie spirali cenowo- płacowej. Już teraz różne pakiety wsparcia zniechęcają wielu Amerykanów do powrotu na rynek pracy. To oznacza, że nie ma zwyczajnie komu pracować i to po coraz wyższych pensjach. Plany Bidena jedynie tę sytuację wzmocnią. Stąd jego Build Back Better może spotkać się z oporem w Senacie. Wysokie ceny mogą być dla obecnego prezydenta i jego partii poważnym problemem w przyszłorocznych wyborach do Kongresu. Jeśli do tego czasu inflacja nie zelżeje, Partia Demokratyczna może przegrać je z kretesem.