Polacy jako bohater zbiorowy „Opowieści wigilijnej” to nie tylko dowód na to, że tradycje bożonarodzeniowe doskonale się przenikają, ale też zachęta do spojrzenia na siebie i innych jako podmiot, a nie przedmiot polityki. I powalczenia o bardziej zamożne przyszłe święta.

Paradoks Bożego Narodzenia polega na tym, że są jednocześnie nasze, rodzinne, jak i wspólne, bo obchodzone przez innych i obudowane różnymi kontekstami, krzyżującymi się tradycjami. Kolędy mieszają się więc z Last Christmas zespołu Wham! i All I Want For Christmas Is You śpiewaną przez Mariah Carey. Wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi, przekraczają granice geograficzne i czasowe. I choć w oczywisty sposób znaczenie Bożego Narodzenia jest już zawarte w jego nazwie, to wierzący mogą w nim znaleźć też i inne wartości, a dla tych, którzy świętują siłą rozpędu tradycji i bez metafizyki – też coś powinno się znaleźć pod choinką z kontekstami. Tym czymś może być „Opowieść wigilijna” Karola Dickensa. Książka, której nigdy nie czytałem i której nie znam ani jednego czytelnika (choć na pewno gdzieś są i tacy). Wszyscy za to doskonale znają jej treść i przekaz.

W historii znanej przez wszystkich, a przeczytanej przez mało kogo, groteskowy samotnik i sknera Ebenezer Scrooge nawiedzany jest przez ducha swojego zmarłego biznesowego partnera, a także przez duchy świąt pokazujące mu, jakie święta były, jakie są i jakie będą – jeśli nie zmieni on swojego postępowania. Ta prosta historia okazała się być hitem, pozwoliła swojemu autorowi spłacić długi, na stałe też weszła do kanonu bożonarodzeniowych skojarzeń. Jej konstrukcja i bycie, co tu dużo mówić, prostą historią pozwala również na liczne podróże przez współczesną popkulturę. Sknerus McKwacz na imię ma Scrooge i zaciera się ono w tłumaczeniu na polski – ale takie właśnie jest. „Opowieść wigilijną” przeżywali też Flintstonowie i Muppety. Jest ona plastyczna i przy jej pomocy można opowiadać też o polskich świętach.

Jakie były? Duch przeszłych świąt przeżywanych przez naszą narodową wspólnotę przychodzi skromnie ubrany. Pomarańcze i mandarynki były przecież przez lata luksusem. Własnym wysiłkiem podnieśliśmy jednak nasz komfort życia i w nowej gospodarce, takiej, w której nie trzeba stać w kolejce po najprostsze i codzienne produkty, mogliśmy też zacząć świętować bardziej wystawnie. Oczywiście dystrybucja zamożności nie jest i nigdy nie była równa. PRL był pod tym względem bardziej demokratyczny, ale też dużo trudniej było w nim coś osiągnąć – tym bardziej bez partyjnej legitymacji.

Duch teraźniejszych świąt jest wyraźnie bardziej zamożny. Ale też wystraszony, tak jak i świętujący Polacy, którzy – jak ogłasza tygodnikPolityka” – najbardziej boją się „inflacji, drożyzny, wysokich rat i kredytów”. W tej grupie jest aż 54 proc. z nas. Tegoroczne świętowanie, aby było równie wystawne co rok czy dwa lata temu, musiało być okupione większymi wydatkami. Bo wszystko zdrożało i nie tylko dlatego, że Putin wypowiedział otwartą wojnę Ukrainie. Także dlatego, że nasza polska polityka fiskalna i monetarna są bardzo złe, a koszty tego ponoszą wszyscy, choć błędne decyzje podejmuje niewielu.

Duch przyszłych świąt? Nie wierzę w to, aby dało się go jakoś zarysować, choćby grubą kreską. W oryginalnej opowieści widzimy zresztą nie przyszłość daną na pewno, ale przyszłość, która się ziści, jeśli główny bohater nic nie zmieni. Coś musi też zrobić bohater zbiorowy polskiej „Opowieści Wigilijnej”, my, Polacy. Przyszłość się zmienia, ma swoje warianty i nie wiadomo, do której z nich trafimy. Nic nie jest gwarantowane i przyszłe święta mogą być naprawdę udane – abstrahując oczywiście od zawsze osobistego kontekstu, świętowanie jest jakimś probierzem ogólnych nastrojów i zamożności społeczeństwa. Mogą też jednak być bardzo biedne, nasycone rozczarowaniem i karpiem po 200 zł za kilogram, co przy coraz śmielej sobie poczynającej dwucyfrowej (póki co) inflacji nie jest do końca takim znowu political fiction.

To wszystko oczywiście nie ma związku z jakże nieuchwytną ale ważną kategorią szczęścia, które może nas spotykać w Boże Narodzenie i Nowy Rok niezależnie od tego, co położymy pod choinką i na stole. Nie musimy jednak wybierać i nie ma żadnych przeszkód, aby być zamożnym i obchodzić święta wydając na nie tyle, ile chcemy, a nie tyle, ile możemy.

Jak będzie? To zależy od nas. Przyszły rok to rok wyborczy. O ile my jako pracownicy gospodarki może i okaleczonej etatyzmem, ale jednak kapitalistycznej, jesteśmy oceniani każdego dnia, o tyle polityków oceniamy tylko raz na kilka lat. Akurat będzie ku temu okazja, choć w pełni trzeba będzie też zrozumieć tych, którzy na politycznym rynku nie znajdą dla siebie żadnej opcji do wyboru. Polska scena polityczna to już temat na inny felieton, wymaga głębokiego przemodelowania, bo zwyczajnie nie nadąża za trendami i elektoratami, co powoduje, że przeważnie głosujemy przeciw komuś – a nie za kimś. Mimo to będziemy mogli wybrać. Nie tylko polityków, także to, czy będziemy obchodzili święta skromnie, czy na bogato. Bo niestety, polityka jest taką grą, w której ktoś może narzucić nam swoje wybory, spowodować, że pomimo przemyślności, oszczędności, przedsiębiorczości, zapobiegliwości – pomimo tych cnót mieszczańskich – wciąż będziemy ubożeć. I świętować biednie, licząc każdy przeżarty inflacją grosz. Oby taki duch świąt nigdy nie nadszedł. Wybierzmy sobie lepszego.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułW jaki sposób elity przygotowują nam świat bez gotówki?
Następny artykułPolskie firmy zmarnują 33 miliardy złotych