Oprawca rodziny Ulmów z Markowej dożył spokojnej starości w Dolnej Saksonii i umarł jako szanowany obywatel. Eilert Dieken dwukrotnie pozytywnie przeszedł postępowanie denazyfikacyjne i nigdy nie poniósł kary za swoją zbrodnię.

tablica upamiętniająca polską rodzinę ratującą żydów, rodzinę Ulmów z Markowej

Niemiecki zbrodniarz Eilert Dieken, który dowodził akcją w Markowej, gdzie za ukrywanie Żydów rozstrzelano rodzinę Ulmów, po wojnie wrócił w rodzinne strony nad Morzem Północnym. Nie niepokojony przez wymiar sprawiedliwości oprawca polskiej rodziny Ulmów dożył późnej starości w gronie najbliższych i umarł jako szanowany obywatel w 1960 roku. Instytut Pileckiego właśnie dotarł w Berlinie do prywatnego archiwum zbrodniarza.

Eilert Dieken osobiście wydał rozkaz rozstrzelania Józefa i Wiktorii Ulmów, ich sześciorga dzieci oraz ośmiorga ukrywanych przez tę rodzinę Żydów. Za swoją zbrodnię nigdy nie stanął przed sądem. Dzięki odnalezionemu przez Instytut Pileckiego w Berlinie archiwum oprawcy Polaków i Żydów wiemy, jakie były dalsze losy tego niemieckiego zbrodniarza. Niemiecki zbrodniarz (celowo powtarzam to sformułowanie) po wojnie wrócił  do rodziny i zamieszkał w Esens w Dolnej Saksonii, gdzie mundur niemieckiego żołnierza zamienił na mundur policyjny. Dieken kontynuował bowiem służbę w… policji zachodnioniemieckiej.

„Zwyczajny Niemiec”

W archiwum zbrodniarza, wśród poświadczeń awansów i przydziałów służbowych, znajdują się także dokumenty z czasu okupacji niemieckiej w Polsce, kiedy to Eilert Dieken służył w powiecie nowosądeckim Generalnego Gubernatorstwa, m.in. jako komendant posterunku żandarmerii w Łańcucie. Wkrótce po zbrodni w Markowej Dieken otrzymał awans na stopień porucznika, we wrześniu 1944 roku. Co ciekawe Eilert Dieken „formalnie” nie był nazistą, gdyż nie należał ani do NSDAP, ani do SS. Był – parafrazując tytuł głośnej książki amerykańskiego historyka Daniela Goldhagena – „zwyczajnym Niemcem” w mundurze niemieckiego żołnierza.

Dzięki znalezionemu archiwum wiemy dokładnie, jakie były powojenne losy Diekena. Co ciekawe – zbrodniarz dwukrotnie pozytywnie przeszedł postępowanie denazyfikacyjne; w 1946 i 1949 roku. Już pierwsze postępowanie, prowadzone przez komisję aliancką, zakończyło się stwierdzeniem „braku przeciwwskazań do służby w policji”. A świadectwo zatrudnienia z 1950 potwierdza przyznany mu w roku 1933 dożywotni status urzędnika. Przypadek Eilerta Diekena pokazuje, jak wyglądały postępowania denazyfikacyjne, które można przyrównać do rozgrzeszenia bez pokuty. Trzeba też podkreślić, że los niemieckich zbrodniarzy w RFN był o niebo lepszy od losu ich ofiar, które przeżyły okupację.
Trzeba pamiętać o losach ofiar niemieckich eksperymentów medycznych w obozach koncentracyjnych czy też o polskich robotnikach przymusowych zmuszanych do niewolniczej pracy.

Biografia zbrodniarza, który dożywał starości w gronie najbliższych, szanowany przez współobywateli i otoczony pamiątkami z życia zawodowego i prywatnego, radykalnie kontrastuje z losem jego ofiar. W przypadku rodziny Ulmów – podobnie jak w wielu innych historiach, które dokumentuje i upamiętnia IP – mamy do czynienia z całkowitym zniszczeniem rodziny i rozproszeniem jej materialnych śladów.

wiktoria ulma z dziećmi, zdjęcie historyczne
Mordując Polaków, którzy nieśli pomoc Żydom, Niemcy palili gospodarstwa, grabili dobytek i nawet zakazywali grzebać ciała ofiar. Po wielu zamordowanych nie zostało nic prócz pamięci – ani jedna pamiątka i ani jedno zdjęcie; tak że dziś nie znamy nawet ich twarzy.

Istotną sprawą, do dnia dzisiejszego, jest też milcząca niechęć niemieckiego wymiaru sprawiedliwości do ścigania i rozliczania NIEMIECKICH ZBRODNIARZY.
„Polskie świadectwa, co ciekawe, rzadko spotykały się z zaufaniem niemieckiej prokuratury, śledztwa prowadzone były niechętnie. Za każdą zbrodnią stali jednak konkretni ludzie, bardzo często tzw. zwykli Niemcy. Ten brak powojennej sprawiedliwości wobec polskich ofiar i ich potomków w psychologii określamy mianem podwójnej wiktymizacji. Dziś wyzwaniem dla polsko-niemieckich stosunków są więc także badania i przywracanie pamięci nie tylko o ofiarach, ale też o sprawcach. Instytut Pileckiego w Berlinie prowadzi na szeroką skalę kwerendę w archiwach i masową digitalizację źródeł. Staramy się też pozyskiwać prywatne zbiory i kolekcje rodzinne, które odsłaniają historie karier przedwojennych i powojennych byłych zbrodniarzy” – mówi PAP Hanna Radziejowska, szefowa filii Instytutu Pileckiego w Berlinie (to jej zespół dotarł do archiwum Diekena) i podkreśla, że: „Jednym z ważniejszych historycznych problemów w relacjach polsko-niemieckich jest praktyczny brak rozliczenia zbrodni popełnionych przez niemieckich okupantów w Polsce po wojnie. Zbrodnie popełnione na cywilnej ludności na wsiach i w małych miejscowościach pozostały w pamięci mieszkańców i były badane przez polską prokuraturę. Po przekazaniu materiałów śledczych do Niemiec Zachodnich, śledztwa te prawie zawsze kończyły się ich umorzeniem”.

Według pobieżnych szacunków historyk Teresy Prekerowej (odznaczonej medalem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata) w pomoc obywatelom żydowskim ukrywającym się w Polsce zaangażowanych było około 360 tysięcy Polaków. Dzięki ich pomocy piekło wojny przeżyło od 30 do nawet 60 tysięcy Żydów.

Zamiast puenty

Niemiecka państwowa telewizja ZDF oraz producent UFA Fiction wyprodukowały ostatnio serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym to serialu żołnierze AK fałszywie pokazani zostali jako zagorzali antysemici. Taka narracja wciąż jest na rękę Niemcom rozmywającym prawdę o zbrodniach wojennych. Na szczęście są ludzie, którzy potrafią upomnieć się o prawdę i takim człowiekiem jest 96-letni żołnierz AK Zbigniew Radłowski, który wraz ze Światowym Związkiem Żołnierzy AK wytoczył proces producentom wspomnianego wyżej filmu. Krakowski sąd apelacyjny właśnie orzekł, że producenci serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” mają zamieścić przeprosiny w telewizji polskiej i niemieckiej, ponieważ naruszyli oni dobra osobiste Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Wyrok jest prawomocny.
Wydaje się, że tylko w taki sposób można zadbać o prawdę historyczną. Jednak warto się przeciwstawiać kłamstwu. Jak mawiał Edmund Burke – „Aby zło zatryumfowało wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”.