Nie wiem, kto pracował nad ergonomią aplikacji e-Toll, ale nie waham się stwierdzić, że był idiotą… Zapraszamy na najnowszy felieton Łukasza Warzechy.

Fot. PAP/Artur Reszko

Już za momencik, od początku grudnia, na dwóch odcinkach autostrad kontrolowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad (A4 i A2) kierowcy indywidualni stracą możliwość korzystania z dotychczasowego sposobu płatności. Będą musieli korzystać z systemu e-Toll.

E-Toll, będący dzieckiem Krajowej Administracji Skarbowej, jest karykaturalnym wręcz przykładem skopania wszystkiego, co skopać się da. W wersji dla użytkowników prywatnych jedynym realnie dostępnym urządzeniem, jakie zapewni obsługę systemu, jest telefon komórkowy z aplikacją. Aplikacja zaś jest opracowana tak, jakby robił ją dwójkowy uczeń technikum informatycznego. Ma wszelkie możliwe wady.

Po pierwsze – cały system oparty jest na śledzeniu na bieżąco pozycji pojazdu, zamiast odnotowywania jedynie, że w danym miejscu wjechał na autostradę, a w innym z niej zjechał. Pomijając już fakt, że rodzi to ogromne obawy dotyczące prywatności, skutkuje również tym, że telefon musi mieć cały czas aplikację działającą „na wierzchu”, ta zaś nieustannie korzysta z GPS. To nie tylko drenuje baterię telefonu, ale też powoduje, że trzeba bardzo głęboko wejść w jego ustawienia, aby zapewnić nieprzerwane działanie aplikacji. System Android bowiem domyślnie wprowadza procedury oszczędzania energii. Kto nie zna Androida w miarę dobrze, nie ma szans poradzić sobie z tym problemem. Żeby było śmieszniej, aplikacja wyłącza się, gdy ktoś po prostu zadzwoni. Na dodatek GPS może się mylić i zdarza się, że nie odnotowuje wjazdu na autostradę. Nie jest jasne, czy wówczas kierowca może zostać ukarany za przejazd bez opłaty. Wiadomo – jest mnóstwo takich relacji w sieci – że e-Toll pobiera opłaty, jak chce, dość przypadkowo, z opóźnieniem. Albo nie pobiera w cale.

Po drugie – proces rejestracji w e-Toll jest skrajnie skomplikowany i wymaga dostępu do stacjonarnego komputera. Konieczne jest podanie mnóstwa dodatkowych informacji, co znów rodzi obawy o prywatność.

Po trzecie – aplikację trzeba uruchomić przed wjazdem na płatny odcinek, klikając – jak ktoś policzył – siedem razy. A to jest poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa. Nie wiem, kto pracował nad ergonomią aplikacji e-Toll, ale nie waham się stwierdzić, że był idiotą.

Po czwarte – nie da się po prostu podpiąć do aplikacji karty płatniczej. Trzeba robić przedpłatę na konto.

W sklepie Play (aplikacje na Androida) rządowy e-Toll ma 4 tys. recenzji i oszałamiającą średnią 1,3 w skali od 1 do 5. Recenzujący skarżą się na tyle rzeczy, że lista wad miałaby pewnie kilkadziesiąt punktów. M.in. nie da się zmienić obsługiwanego w danym momencie pojazdu z poziomu aplikacji, trzeba to robić z komputera; rejestracja to koszmar; drenowanie baterii; konieczność wielokrotnego klikania w ekran w czasie jazdy, żeby aplikację włączyć; i wiele, wiele innych problemów. Gdyby była to aplikacja komercyjna, poniosłaby druzgocącą porażkę.

Owszem – jest alternatywa: elektroniczne bilety. Tyle że do dziś nie wiadomo, jak miałyby być dystrybuowane. Dziennikarz motoryzacyjny z Interii Paweł Rygas dotarł do informacji, że za ich sprzedaż miałaby odpowiadać… druga, specjalnie opracowana aplikacja, której jeszcze nie ma. Podobnie jak kilka dni przed uruchomieniem systemu nie ma listy punktów, gdzie bilety będzie można kupić. Jakby tego było mało, kupując bilet, trzeba będzie podać czas przejazdu i jego trasę. A co, jeśli w trakcie podróży zmienimy jej plan? Nie wiadomo.

Powiedzieć o e-Toll, że to skandal, to nie powiedzieć nic. To jest jedna z największych hucp w historii podobnych projektów w całej III RP.

Bardzo słusznie tysiące wkurzonych kierowców pyta, dlaczego nie skorzystano z doświadczenia firm, które wdrożyły banalnie prosty system mobilnych płatności za koncesjonowane odcinki autostrad A1 i A4. W aplikacji Autopay wystarczy zarejestrować konto (zajmuje to dosłownie moment) i podpiąć do niego kartę. To wszystko. Nie trzeba nawet mieć przy sobie telefonu, o uruchamianiu aplikacji nie mówiąc. Kamery na wjeździe same rozpoznają numer rejestracyjny i szlaban się podnosi.

Można było spokojnie ten system zaadaptować do państwowych odcinków autostrad, nawet zakładając, że znikną bramki. Technologia rozpoznawania numerów rejestracyjnych jest przecież wystarczająco dopracowana. Ba, będzie wykorzystywana do kontrolowania wnoszenia przez kierowców opłat na odcinkach z e-Toll. W tej sytuacji można posłużyć się jedynie starym powiedzeniem: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze. Ktoś po prostu musiał zarobić kilkaset milionów na przygotowaniu beznadziejnego, skrajnie nieergonomicznego i uciążliwego dla użytkowników systemu. I można powiedzieć, że jest to alegoria tego, co państwowe: nieefektywne, kosztowne i nieprzyjazne dla obywateli.

Na szczęście w sukurs przychodzi prywatna inicjatywa, czyli wspomniana firma Autopay Mobility sp. z o.o. Ku uldze wielu użytkowników autostrad, Autopay ogłosiła niedawno, że od 1 grudnia będzie obsługiwać płatności e-Toll w sposób radykalnie mniej dla użytkowników uciążliwy. Jest tylko pytanie, po co w takim razie cała komedia z rządową aplikacją. No, ale na to pytanie już wyżej odpowiedziałem.

Poprzedni artykułUnijne przepisy hamują rozwój!
Następny artykułNastroje konsumenckie Polaków spadają