Mimo trwających od lat zabiegów i kolejnych argumentów wskazujących na konieczność ekonomicznego edukowania Polaków, tego typu przedmiotu w programie nauczania nie ma. Śmiem twierdzić, że to nie przypadek – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Niedawno młody fryzjer podziękował mi za wyjaśnienie mu sytuacji. Jak to często bywa u fryzjera (nawet jeśli fryzura jest, jak w moim przypadku, raczej mało skomplikowana i jej osiągnięcie trwa względnie krótko), rozmawialiśmy w trakcie strzyżenia. Fryzjer na oko może 26-letni pytał mnie, skąd się właściwie wzięła ta inflacja. Wyjaśniłem: najpierw kilka lat luźnej polityki monetarnej, czyli rozdawania ludziom pieniędzy na różne sposoby, które stworzyły podglebie; potem zamykanie biznesów w czasie pandemii, co z kolei skutkowało koniecznością stworzenia tarcz osłonowych, a to wlało na rynek kolejne 200-300 mld złotych; na koniec wynikające z działań Rosji podwyżki cen surowców.

Kiedy zaczynałem strzyc się w tym konkretnym miejscu na Ursynowie (będzie już chyba co najmniej osiem lat, jeśli nie więcej), usługa, z której korzystałem, kosztowała 35 zł. Dzisiaj – 60 zł. Nic wyjątkowego – mycie głowy, strzyżenie maszynką z cieniowaniem, ponowne mycie, oczywiście suszenie. Rozumiem jednak doskonale, skąd wziął się wzrost ceny. To nie tylko niezbędne fryzjerskie produkty (szampony, pomady itd.), ale też wzrost czynszu za lokal, kosztów wody, no i oczywiście prąd (maszynki do strzyżenia, oświetlenie, a przede wszystkim suszarki). Nie mam poczucia, że jestem okradany. Rozumiem sytuację.

– Wie pan, ale wielu ludzi tego nie rozumie. Nie wiedzą, skąd się wzięła drożyzna – powiedział do mnie fryzjer na pożegnanie. Zgodziliśmy się, że w szkołach zdecydowanie powinna się pojawić edukacja ekonomiczna, której dziś nie ma.

Polacy uczą się więc sami i jednak coś do nich zaczyna docierać. W przeciwnym wypadku w Działdowie uczestnik spotkania z panem premierem nie krzyczałby, że PiS nadrukował mnóstwo pieniędzy, znacznie więcej niż poprzednicy. Przypuszczam także, że jakaś część beneficjentów najnowszej łapówki w postaci 3 tys. złotych doskonale będzie sobie zdawać sprawę, że jakkolwiek dopływ pieniędzy zawsze cieszy, to w praktyce przełoży się na wzrost inflacji. Myślę, że doskonale pojmują to posiadacze kredytów złotówkowych, którzy drżą przed kolejnymi podwyżkami stóp procentowych, a te wydają się w takich okolicznościach nieuchronne mimo nieoficjalnych deklaracji Adama Glapińskiego.

To jednak wszystko raczej intuicyjne odkrywanie powiązań niż prawdziwa wiedza. Ta intuicyjność ma też swoje dobre cechy, ale powinna być podbudowana rzeczywistymi wiadomościami.

Kompetencje ekonomiczne Polaków sprawdza co jakiś czas NBP. To ciekawe badanie, bo ma i cechy sondażu, i testu. W ramach sondażu prosi się respondentów, aby sami ocenili swoją wiedzę ekonomiczną. Najnowsze takie badanie pokazywało stan rzeczy w latach 2012, 2015 i 2020. W samoocenach poprawa jest powolna, ale wyraźna. W sumie jako niską (suma odpowiedzi „bardzo mała” oraz „raczej mała”) swoją wiedzę ekonomiczną w kolejnych podanych latach oceniało 50, potem 51, a ostatnio 44 proc. Jako średnią – 39, 42 i 45 proc. W sumie jako dużą („bardzo duża” oraz „raczej duża”): 9, 5 i 8 proc. Widać, że najwyraźniejszy przyrost jest w grupie średniej samooceny. Natomiast maleńka jest grupa uważająca, że ma dużą wiedzę ekonomiczną.

Ciekawe, że z pytań testowych wynika, iż faktyczna wiedza jest wyższa, niż twierdzą sami respondenci. Niską miało w latach kolejnych badań w sumie dwa razy po 18 proc. i ostatnio 16 proc. Średnią – 45, 44 i 35 proc. Wzrósł natomiast mocno odsetek posiadających wiedzę względnie wysoką: 33, 35 i 44 proc. Mała jest jednak grupa ludzi, umiejących odpowiedzieć poprawnie na wszystkie pytania testowe: 4, 3 i 5 proc.

W ostatnim czasie program nauczania w szkołach był poszerzany w różnych sferach. Najnowsze zmiany to wprowadzenie do niego nowych wątków związanych z ekologią – bo to słuszne, modne i pewnie ucieszy Unię Europejską. Tymczasem, mimo trwających od lat zabiegów i kolejnych argumentów wskazujących na konieczność ekonomicznego edukowania Polaków, tego typu przedmiotu w programie nauczania nie ma. Śmiem twierdzić, że to nie przypadek. Gdyby taki przedmiot miał się pojawić, mielibyśmy najpierw kontrowersję, na jaki paradygmat ekonomiczny miałby zostać położony nacisk. Oczywiście można zaprezentować na zasadzie czysto informacyjnej poglądy Keynesa obok poglądów Hayeka, ale jestem pewien, że rządzące środowisko zwolenników magicznych wywodów Piketty’ego próbowałoby coś tutaj ugrać. Oczywiście zacząć się powinno od przedstawienia podstawowych reguł ekonomicznych, których nie kwestionuje żadna ze szkół ekonomicznych.

Przede wszystkim jednak władza nie chce ekonomii w szkołach z prostego powodu: ekonomicznie niewyedukowanym społeczeństwem łatwiej się manipuluje. Można na przykład wciskać ludziom, że walka z inflacją polega na rozdawaniu kasy. Albo że można w Polsce wprowadzić czterodniowy dzień pracy.

Dlatego nie jestem w tej sprawie optymistą. Im bardziej oczywista jest konieczność nauczania elementów ekonomii już od starszych klas szkoły podstawowej – nauczania z jak największą liczbą odwołań do konkretnych zjawisk i przykładów – tym bardziej tę oczywistość upierają się ignorować politycy, od których wprowadzenie takiego przedmiotu zależy.

A może to moment, żeby organizacje pozarządowe zajmujące się edukacją ekonomiczną – FPG, Fundacja im. Misesa, Forum Obywatelskiego Rozwoju i inne – połączyły siły ponad podziałami innego rodzaju (wiele z nich zresztą i tak ze sobą okazjonalnie współpracuje) i zaczęły wywierać presję na MEN? Bardzo bym takiemu przedsięwzięciu kibicował.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułRolnicy boją się ukraińskiego zboża
Następny artykułKonfederacja chce zdjęcia embarga