Od pewnego czasu, gdy śledzę w mediach dyskusje ekonomistów na temat inflacji – a w szczególności o tym, jak ją obniżyć i kiedy jej poziom znacząco spadnie – mam wrażenie, że rozmowy te toczą się w zakładzie zamkniętym. Więc pewnie ze mną jest coś nie tak? Aby każdy mógł samodzielnie ocenić poziom szaleństwa autora publikacji, przedstawię własny punkt widzenia.

Krzysztof Oppenheim

Inflacja dla zwykłego zjadacza chleba to wzrost cen. Ale nie jednego produktu, np. mieszkań, tylko niemal wszystkiego – w tym też kosztów utrzymania. I taką sytuację mamy teraz w Polsce. Oficjalne dane mówią o inflacji już blisko 20-proc., co oznacza wzrost cen o jedną piątą rok do roku. Najbardziej śmieszą mnie w związku z tym zapowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej o zduszeniu inflacji do poziomu 2,5 proc., co mamy osiągnąć przez kolejne podwyżki stóp procentowych. Zastanówmy się nad realnością takich prognoz – w odniesieniu do opisanych działań RPP.

Na początku była cena…

Skoro chcielibyśmy, aby ceny przestały rosnąć, chyba warto przyjrzeć się temu, co stanowi cenę danego produktu/usługi. W każdym przypadku mamy do czynienia z dwoma elementami:
– kosztem wytworzenia danego produktu /usługi,
– marżą sprzedawcy.

I tu mamy pierwszą oczywistą refleksję: skoro drożeją surowce, drożeje prąd, gaz, paliwo na Orlenie (również niestety na innych stacjach) i niespecjalnie widać, aby sytuacja ta miała ulec zmianie, to przecież muszą – w większości wypadków – znacząco wzrosnąć też koszty wytworzenia danego produktu/usługi. Co ma do tego stopa kredytu refinansowego ustalana przez NBP? Jeśli ta rośnie, to z całą pewnością nie zmniejszy to cen. Może je wyłącznie zwiększyć, co będzie miało miejsce, kiedy producent będzie musiał ponosić zwiększone koszty obsługi zobowiązań finansowych. Wtedy wzrostowi ulegnie – automatycznie – także pierwszy składnik tworzący cenę.

Co z tą marżą?

Przejdźmy do tematu drugiego składnika ceny, czyli marży. Czy podnoszenie stóp procentowych zachęci przedsiębiorców do obniżania marż? Czy może będzie dokładnie odwrotnie? Skoro ponoszę – jako przedsiębiorca – większe koszty własne (prowadzonej działalności, w tym np. transportu, wynagrodzeń czy też koszty osobiste), mogę sobie to odbić wyłącznie poprzez zwiększenie stosowanych marż.

Na czym więc prezes NBP Adam Glapiński opiera swoje przewidywania, że podnoszenie stóp procentowych spowoduje spadek cen? Spadną z tego powodu koszty wytworzenia? Marża danego producenta/sprzedawcy? Czy może nawet oba te składniki? Takie założenie to kompletny absurd!

Idźmy nieco dalej. Przecież sprzedawcami produktów/usług są nie tylko przedsiębiorcy. Są nimi także przedsiębiorstwa państwowe – giganty, które dostarczają nam paliwo do samochodów, energię elektryczną czy gaz. Pewnie myślisz, że te podmioty-molochy w tak trudnych czasach też mają pod górkę? Sprawdźmy po kolei:

1. Ceny paliwa
Z publikacji zamieszczonej na portalu bankier.pl dowiadujemy się o iście rewelacyjnych wynikach PKN Orlen. Jak to możliwe, skoro ceny surowców tak bardzo (co ponoć ma miejsce) poszły w górę? Okazuje się, że Orlen na swoich… nie oszczędza. Jednym ze składników paliwa, które kupujesz na stacji, jest tzw. modelowa marża rafineryjna. Zaglądamy więc na stronę Orlenu i znajdujemy tam interesujące dane: w styczniu br. „modelowa marża rafineryjna” wynosiła 3.7 USD/b, a w lutym jeszcze mniej, tj. 2.7 USD/b. Ale w czerwcu już 34.4 USD/b czyli prawie 13 razy więcej niż w lutym 2022! Pytanie zatem: czy tak wysoka cena za paliwo nie jest przede wszystkim związana z tak wysoką marżą państwowego Orlenu?
Przypadek? Idźmy dalej. Sprawdźmy, co się dzieje w firmach energetycznych.

2. Ceny energii elektrycznej
Może już tak bardzo się nie zdziwisz, jeśli powiem, że koncerny energetyczne także zarabiają – obecnie – krocie. W artykule zamieszczonym w „Rzeczpospolitej” czytamy, że stosowana marża we wrześniu br. osiągała czasem ponad 60 proc. ceny sprzedaży. A przed laty było to… kilka procent.

3. Ceny gazu
Teraz już nikogo nie zaskoczy informacja, że „nasz” PGNiG podwoił (link) w tym roku zysk w stosunku do roku poprzedniego… Czyżby Polacy rzucili się na gaz i kupują tenże w ilościach hurtowych? Czy może znowu jesteśmy naciągani na marżach tego monopolisty? Czy na podstawie tych danych, w pełni oficjalnych, nie widać, jak bardzo robi się z nas wariatów? Przecież narracja rządu jest zawsze w tym samym tonie: rząd robi, co może, aby zahamować wzrost cen, ale przecież nie jesteśmy winni skutkom pandemii czy wojny na Ukrainie…

Dlaczego jest wszystkim tak źle – jak donoszą nam mainstreamowe media – skoro jest tak wspaniale w spółkach państwowych, od których zależą bezpośrednio koszty życia każdego z nas?

Skąd się bierze inflacja?

Ale miało być o inflacji, więc wróćmy do jej bezpośrednich przyczyn. Oto te najbardziej powszechne i oczywiste:
– wzrost cen surowców,
– wzrost cen paliw, energii, gazu,
– dodruk pustego pieniądza.

Z punktu widzenia Kowalskiego (czy przedsiębiorcy Kowalskiego) pierwszy czynnik jest dla nas nie do końca odczuwalny wprost: bo przecież to nie my negocjujemy ceny ropy z Arabią Saudyjską, czy ceny gazu z Norwegią. Zwykle też nie bardzo się tą kwestią interesujemy. Jednak obowiązujące w danym kraju ceny paliw, energii i gazu – to główny czynnik cenotwórczy. Jeśli więc tutaj nie zapanujemy nad wzrostem cen, jeśli te nie wrócą do wcześniejszych poziomów, inflacja będzie rosnąć w nieskończoność.

Jak już dowiodłem wcześniej, państwowe spółki łupią nas niemiłosiernie na cenach (w znaczącym stopniu: na marżach) szczycąc się potem gigantycznymi zyskami. Czy na tym właśnie polega „heroiczna walka rządu z inflacją”? Czy może raczej jest to wojna wypowiedziana Polakom i naszej gospodarce?

Jest jeszcze trzeci czynnik, wywołujący inflację: dodruk pustego pieniądza. Czy rzucanie co miesiąc przez rząd Mateusza Morawieckiego po kilkadziesiąt miliardów złotych w postaci „plusów”, tarcz, dopłat do wszystkiego, 13-tek i 14-tek powstrzyma inflację? A może zahamuje ją ustanowienie „bezwarunkowego dochodu podstawowego”, który to projekt ruszy (a może już ruszył) na Warmii i Mazurach?

Wielka stopa = wielka wtopa

Wróćmy na koniec do stóp procentowych. Oto kilka wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej:
Dr Ludwik Kotecki, wypowiedź (dla rp.pl) z września 2022 r., tj. po 11-tej podwyżce stóp procentowych: „Obawiam się, że maleńkich podwyżek stóp będzie jeszcze 20”. „Inflacja przekroczy poziom 20 procent na początku przyszłego roku. Potem powinna nieco spaść”. „Hiperinflacja nas w najbliższym okresie nie czeka, bo wchodzimy w bardzo silne spowolnienie gospodarcze, środowisko dla wzrostu tej inflacji jest ograniczone”.

Prof. Joanna Tyrowicz: „Teraz są argumenty na rzecz podwyżki stóp procentowych w listopadzie o 1 pkt proc., do 7,75 proc.”. Tu warto zacytować jeszcze jedną wypowiedź tej członkini RRP: „Nie wiadomo, z czego wynika inflacja, bo w Polsce od 2019 roku nie prowadzimy analiz mechanizmów cenotwórczych”.
Cóż za rozbrajająca szczerość pani profesor! Argumentuje za kolejną, potężną podwyżką stóp procentowych kompletnie nie mając wiedzy, że powyższe w jakikolwiek sposób wpłynie na ceny!

Na koniec oddajmy głos prezesowi NBP. Oto, jak podsumował zasadność wysokich stóp procentowych: „Tempo wzrostu gospodarczego jest za wysokie z punktu widzenia inflacji. Konsumenci mają za dużo pieniędzy”.
Czyli prezes NBP upatruje wyjście z inflacji poprzez zatrzymanie wzrostu gospodarczego, a więc wejście w recesję. Nie wierzę wprost, że takie rozwiązanie problemu hiperinflacji padło z ust ekonomisty – i to obecnie najważniejszego w Polsce.

Bardzo niepokojąca jest także druga część wypowiedzi Adama Glapińskiego: „konsumenci mają za dużo pieniędzy”. Czyżby chodziło o pozbawienie Polaków oszczędności, a może też mieszkań, domów, samochodów?

Według mnie widać z całą jaskrawością, że nie mamy tu do czynienia z przypadkowymi, nieskoordynowanymi działaniami niekompetentnego rządu i banku centralnego. Wygląda to wszystko na dokładnie przemyślane i zaplanowane – co jasno wynika z cytowanej wypowiedzi Adama Glapińskiego. Tak, jakbyśmy mieli po prostu za dużo oszczędności/dochodów, więc Narodowy Bank Polski czyni wysiłki, aby Polaków pozbawić tych środków i nikt tego nawet przed nami nie ukrywa.

Wracając do początku tekstu: skoro wszyscy ekonomiści mówią jednym głosem (o wyjątkowo trudnych czasach, winie czynników zewnętrznych, konieczności podnoszenia stóp procentowych), a ty – na dodatek nie posiadając tytułu profesora ekonomii – twierdzisz zupełnie coś innego, to wszystko wskazuje na to, że oszalałeś.

Pozwolę sobie zakończyć tę publikację cytatem z Orwella: „Normalność nie jest kwestią statystyki”. A ty, Czytelniku, sam oceń działania rządu i banku centralnego w kwestii skuteczności metod tzw. walki z inflacją.


KRZYSZTOF OPPENHEIM
– ekspert finansowy oraz od rynku nieruchomości, specjalizujący się m.in. w kredytach hipotecznych, przedsiębiorca. Od lipca 2016 r. prowadzi także kancelarię antywindykacyjną o specjalnościach: upadłość konsumencka, pomoc zadłużonym przedsiębiorcom, spory „frankowe”. Członek Zespołu Roboczego ds. Restrukturyzacji i Upadłości w Radzie Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP. Więcej informacji na stronach: krzysztofoppeheim.pl i oppen-kredyt.pl.

 

 

Poprzedni artykułWe wrześniu Polska dopłaciła do Unii
Następny artykułCzy państwo powinno wesprzeć elektromobilność?