Przeciętnie aktywnie używamy naszych aut godzinę dziennie. Jeszcze rzadziej używamy narzędzi, które trzymamy w piwnicy. Nie chcemy ich sprzedawać, bo jednak się przydają i lubimy je „mieć pod ręką”. Co jednak, jeśli jest możliwość, żeby łatwo pomóc innym i zarobić gotówkę? Po co nasz sąsiad, kolega czy nawet nieznajomi mają je również kupić, skoro możemy skorzystać obaj? Z pomocą przychodzi sharing economy – ekonomia współdzielenia.

Według Nicolasa Voisina, założyciela TheAssets.co, „80 proc. rzeczy w naszych domach jest przez nas używanych rzadziej niż raz w miesiącu”. Efektem tego jest wzrost popularności w wynajmie schowków oraz piwnic jako składu nieużywanych przedmiotów. Tak jak w krajach o wyższym poziomie rozwoju gospodarczego, w Polsce również rośnie chęć do ograniczania odpadów. Mimo tego, jak pokazują badania GUS, śmieci produkujemy coraz więcej. Zatem jak możemy to ograniczyć?

Sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia, to model ekonomiczny, w którym można wynająć komuś lub od kogoś posiadane przez jednostki dobra, co na dodatek może przynieść zyski finansowe. W skrócie – przywołane na początku auto stojące cały dzień w garażu, poza godzinami wykorzystanymi na dojazd do sklepu, można wypożyczyć innym osobom i nie będzie potrzeby produkcji nowego samochodu i tak wielkiego wydatku. Co więcej, jadąc do pracy mamy często trzy miejsca wolne. Czemu mielibyśmy nie podwieźć (odpłatnie) osoby jadącej w tym samym kierunku?

Historia tego systemu społeczno-ekonomicznego jest jednak na tyle krótka, że pojęcie to nie jest do końca sprecyzowane. W przeszłości występował on w formie zwykłej pomocy i odnosił się w głównej mierze do rodziny, sąsiadów, znajomych. Dalsze połączenia wymagałyby poświęcenia ogromnych kosztów transakcyjnych, w postaci wydrukowania ogłoszenia o chęci pożyczenia kosiarki widocznego nie tylko wśród sąsiadów. Ponadto nie istniała możliwość weryfikacji tożsamości i systemu kontroli, który ograniczyłby możliwość kradzieży, czy też uszkodzenia przedmiotu. Technologia zmieniła tu reguły gry.

Za początek tego kwitnącego modelu biznesowego uznaje się rok 1995. Internet umożliwił przeniesienie popularnych w Stanach Zjednoczonych wyprzedaży garażowych na wyższy poziom. Platforma eBay umożliwiła połączenie indywidualnych jednostek, które chciały sprzedać lub kupić swoje rzeczy. Był to kamień milowy w rozpowszechnianiu się prosumentów, czyli konsumentów którzy jednoczenie są zaangażowani w współtworzenie i promowanie produktów i usług.

Portale aukcyjne są oczywiście jedynie zalążkiem tej wielkiej rewolucji. Pozwoliły one na budowę zaufania wobec transakcji z zupełnie nam nieznanymi osobami prywatnymi. Przedsiębiorstwa oparte na systemie ekonomii współdzielenia reprezentują pełen wachlarz branż. Największą popularnością cieszą się firmy związane z komunikacją takie jak Uber, czy Blabacar. Prawdziwych liderów znajdziemy również w turystyce, czego najlepszym przykładem jest AirBnb. Dużo inicjatyw jest mniejszych i działających lokalnie. Występują tu firmy, dzięki którym szybko wypożyczymy narzędzia od okolicznych mieszkańców, czy zarobimy na wypożyczaniu nieużywanego przez nas roweru.

Łatwa ścieżka do możliwości zarobienia paru złotych nie mogła przejść bez zatargów na linii opiekuńczego państwa – przedsiębiorczej jednostki. Najlepszym przykładem jest spór AirBnb z protegowaną branżą hotelarską. Wspomniana platforma pośredniczy w wynajmie nieruchomości od osób prywatnych. Można podnajmować, gdy mieszkanie stoi puste lub gdy któryś z pokoi jest zamieszkały. Taki stan mocno zachwiał rynkiem nieruchomości, gdzie w miastach turystycznych ucierpiały głównie hotele. Ich właściciele zareagowali bardzo efektywnym lobbyingiem, co zaowocowało w wielu miastach zakazem najmu krótkoterminowego poprzez platformę.

Państwo stara się jednak korzystać też z tych nowych wypracowanych przez rynek rozwiązań. Przykładowo szykuje zmiany w typowo prosumenckim sektorze energii słonecznej. Osoby posiadające panele fotowoltaiczne produkują zieloną energie, nie mogąc jej przechowywać, sprzedają do okolicznych firm zajmujących się handlem energią. W ramach wynagrodzenia dostają oni upust na prąd, gdy z powodów niedoboru potrzebują go kupić. Obecne zmiany mają być korzystne, ponieważ umożliwią agregacje energii i jej sprzedaż po ustalonej cenie. Ma to zwiększyć opłacalność i atrakcyjność produkcji zielonej energii. Znacznym minusem proponowanych zmian jest zakaz obecnego rodzaju transakcji działającej na zasadzie opustów. Umowy te są mniej zadowalające finansowo,  lecz są bardzo wygodne. Dodatkowo to one spowodowały wielką popularyzacje fotowoltaiki jako stabilnego i taniego źródła prądu w Polsce.

Wiele można znaleźć podobnych prób instytucjonalnego odgórnego uregulowania polskiego rynku. Mimo to ekonomia współdzielenia w Polsce ma się dobrze, czego najlepszym przykładem są sukcesy firmy wypożyczającej samochody Panek CarSharing. Jest to spore zaskoczenie, ponieważ kluczowym elementem sharing economy jest zaufanie, które w Polsce jest na bardzo niskim poziomie. Według danych CBOS, w 2020 roku jedynie 22 proc. Polaków zgodziło się z opinią: „Ogólnie rzecz biorąc, większości ludzi można ufać”. To jeden z gorszych wyników w Europie, który utrzymuje się w naszym kraju od lat 90.

Wiele możliwych przeciwności, od prawa legislacyjnego do instytucji zaufania społecznego, nie powinno w naszych oczach przekreślać tego modelu przedsiębiorstwa. Poza jego ogromnym potencjałem finansowym należy również pamiętać o korzyściach społecznej odpowiedzialności biznesu. Idee te świetnie współgrają, ponieważ sharing economy ma predyspozycje, aby wspomóc zrównoważony rozwój, a także zbudować społeczeństwo oparte na współpracy.