Skoro politycy sami nie są w stanie się powściągnąć – a nie są, bo taka jest natura współczesnej demokracji – to trzeba by im założyć wędzidło – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Demokracja ma wiele zalet – nawet w swojej obecnej formie, która jest bardzo daleka od ideału. Ma też jednak mnóstwo wad, pogłębiających zjawiska specyficzne dla dwóch ostatnich dekad, przede wszystkim te związane z rozwojem mediów, zwłaszcza społecznościowych. Zaczyna to trochę przypominać demokrację tak jak ją przedstawiał w swojej „Polityce” Arystoteles, uznając ją za jeden ze zwyrodniałych ustrojów. Dokładnie zaś – wynaturzenie politei, czyli dobrych rządów obywateli. W demokracji – wskazuje Stagiryta – władzę sprawują ubodzy, odwrotnie niż w oligarchii. Sprawują ją jednak w sposób niekorzystny dla państwa i dla ogółu, wyłącznie w interesie swojej grupy.

Spójrzmy na Polskę w obecnej sytuacji. Inflacja szaleje, a ludziom grozi ubóstwo energetyczne. W jakimś stopniu to drugie jest skutkiem polityki rządu, który wydaje się realizować dość konsekwentnie Arystotelesowską wizję demokracji jako przeciwieństwa politei: wiedząc doskonale, że dosypywanie pieniędzy do systemu oznacza wyższą inflację, dosypuje ich mimo to na potęgę w celu przypodobania się tym, w których inflacja uderza. Maskowane jest to opowieściami o konieczności ulżenia ludziom, ale przecież to tak jak z niegdysiejszymi metodami leczenia na przykład roztworami rtęci: mogły nawet pomagać na krótko, ale w dłuższym okresie skutki samej kuracji okazywały się tak samo fatalne albo nierzadko gorsze niż choroba.

Patrząc na to, co dzieje się w Sejmie, człowiek jako tako świadomy ekonomicznie może jedynie złapać się za głowę. A już szczególnie człowiek świadomy ekonomicznie, który ma jakieś oszczędności i nie chciałby, żeby ich wartość w ciągu roku spadła o ponad 20 proc. Pamiętna debata w Sejmie, poświęcona dodatkowi węglowemu, sprawiała wrażenie, jakby posłowie PO, SLD czy PSL wcześniej spożyli jakieś substancje zaciemniające ogląd rzeczywistości. Wychodzili bowiem na mównicę, pomstując na to, że dodatek węglowy wpłynie na wzrost inflacji, a następnie mówili, że trzeba go koniecznie rozszerzyć na inne grupy. Czyli zamiast 11 mld złotych dosypać do systemu – bo ja wiem? – 40, może 60 mld.

Poprawki Senatu poszły w tę właśnie stronę: rozdać więcej i wszystkim. Kiedy Sejm je odrzucił, senator Krzysztof Kwiatkowski napisał na Twitterze, że to skandal. Ja z kolei skomentowałem tę jego wypowiedź pisząc, że bardzo dobrze, iż poprawki zostały odrzucone, bo oznaczałoby to jeszcze wyższą inflację. Pan senator swój wpis wkrótce skasował.

Z tym że nie ma się z czego cieszyć – przecież Sejm nie odrzucił poprawek Senatu dlatego, że troszczy się o wzrost inflacji, ale po prostu dlatego, że pochodziły od opozycji. Za moment rząd przedstawi swój własny pakiet „pomocowy”, który będzie opierał się na tej samej zasadzie co senackie zmiany w ustawie o dodatku węglowym.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta: wyborcy bardzo mocno odczuwają skutki inflacji i jest to dla nich najpoważniejszy dzisiaj problem bytowy. I choć coraz większa część z nich zaczyna sobie zdawać sprawę z powiązania dosypywania pieniędzy do systemu ze spadkiem ich siły nabywczej – czyli właśnie wzrostem inflacji – to jednak rządzący, a także opozycja, wciąż liczą na to, że ta racjonalna część umysłu elektoratu przegra z prostym odruchem: płacę za wszystko więcej, ale „oni mi dali”, więc jest mi trochę lżej. Niemal wprost mówił o tym niedawno w wywiadzie dla Interii sam Jarosław Kaczyński, opowiadając, że rządzący balansują na linie, bo rozumieją, że więcej pieniędzy w gospodarce to wyższa inflacja, no ale ludziom trzeba jednak ulżyć.

Można pomstować na to, że rządy – bo przecież nie tylko polski – wykazują się ekonomicznym populizmem. Tylko co to zmieni? Taka po prostu jest natura demokracji. Zastosowanie faktycznie skutecznego środka wymagałoby przecież zrobienia czegoś, co się w krótkim okresie wyborcom naprawdę nie spodoba. Symptomatyczne było w tej mierze starcie pomiędzy posłem Tomaszem Lenzem z PO a Donaldem Tuskiem. Lenz ośmielił się w którymś z programów stwierdzić, że dla zwalczenia inflacji konieczne byłoby skasowanie czternastej emerytury – i dostał natychmiast burę od swojego szefa oraz zadeklarowano, że na pewno nie znajdzie się na listach PO w kolejnych wyborach. A zauważmy, że Lenz nie mówił przecież o którymś z absolutnie fundamentalnych programów socjalnych. Ba, nie mówił nawet o trzynastej emeryturze. Mówił o czternastej, czyli o specjalnym dodatku natury socjalnej, będącym już naprawdę ekstrawagancją, który nawet nie stał się jeszcze świadczeniem permanentnym.

Wziąwszy wszystko to pod uwagę, dobrze byłoby, żeby kiedyś – gdy będą sprzyjające okoliczności polityczne (wiem, to może nastąpić za wiele lat albo nigdy, ale zawsze można pomarzyć czy może raczej: należy pokazywać dobry kierunek) – wprowadzić do naszego systemu trwałe ograniczenia dla takich poczynań. Dzisiaj tendencja jest raczej odwrotna – rządzący wspominali o zniesieniu reguły wydatkowej czy wykreśleniu z konstytucji progu ostrożnościowego dotyczącego wielkości zadłużenia w relacji do rocznego PKB (nie więcej niż 60 proc.). Jednak okazuje się, że zabezpieczenia, które obowiązują, są niewystarczające. Dlatego powinny pojawić się kolejne, dotyczące przynajmniej dwóch kwestii. Pierwsza to wyprowadzanie zadłużenia poza budżet, do różnego rodzaju funduszy, co obecnie rząd robi cały czas. Druga to dosypywanie pieniędzy poprzez zwiększanie wydatków socjalnych – ale nie tylko takich – w sytuacji galopującej inflacji. Można sobie doskonale wyobrazić zasadę, która będzie uzależniała możliwość kolejnych tego typu działań od wielkości inflacji właśnie.

Skoro politycy sami nie są w stanie się powściągnąć – a nie są, bo taka jest natura współczesnej demokracji – to trzeba by im założyć wędzidło. Być może kiedyś zacznie się na ten temat prawdziwa dyskusja, a wtedy na pewno warto będzie przypomnieć czas, w którym właśnie żyjemy.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułCzy Polacy są najbardziej zapracowani w Unii Europejskiej?
Następny artykułRosyjscy miliarderzy stracili potężne majątki