Czy naprawdę niewłaściwe jest postawienie sprawy w ten sposób: dlaczego odeszliśmy od bliskiego Europejczykom myślenia, które większą uwagę przydawało temu, jakie i czy na pewno etyczne stosujemy środki, na rzecz fiksacji na spodziewanym rezultacie? – pisze Michał Góra w kolejnym gościnnym felietonie.

Fot. Pixabay

Na początku wypada przeprosić Czytelników, że znowu o tym samym, ale w związku z sukcesem niektórych państw, głównie z regionu Azji, Australii i Oceanii, które przyjęły eliminacyjną strategię walki z nowym koronawirusem, część naukowców i polityków w Europie oraz Ameryce Północnej zaczęła sugerować, że jest to jedyna metoda walki z zagrożeniem. Precyzyjniej rzecz ujmując, po roku pandemii wróciliśmy do punktu wyjścia – sporu pomiędzy zwolennikami pozwolenia relatywnie niepodatnej na chorobę części społeczeństwa, aby przeszła naturalne zakażenie wirusem, oraz rzeczników polityki ściśle eliminacyjnej, nazywanej „Zero COVID”. Historia tej debaty jest szczególnie ciekawa w Wielkiej Brytanii, o czym informuje na przykład Financial Times. Wydaje się, że na naszym polskim poletku choćby prof. Horban (np. w wywiadzie udzielonym dziennikarzom Dziennika Gazety Prawnej) dopuścił możliwość budowania odporności populacyjnej drogą zakażeń, natomiast korzyści płynące z drugiej opcji przedstawiała ostatnio Maria Libura, w wywiadzie udzielonym Michałowi Sutowskiemu z Krytyki Politycznej.

Prawnicy nie są ekspertami od medycznych aspektów obu tych strategii i rozwiązań leżących pomiędzy skrajnościami, ale w debacie publicznej niedostatecznie podkreśla się to, co równie ważne. Mianowicie proponowane rozwiązania mają odmienny wpływ na inne niż zdrowie publiczne dziedziny życia, przede wszystkim na funkcjonowanie organizmów państwowych jako takich oraz nasze prawa obywatelskie.

Jakby na ten problem nie spojrzeć, strategia twardej supresji jest trudna do pogodzenia z wartościami wyznawanymi uprzednio przez otwarte społeczeństwa demokratyczne. Dotychczas można było przypuszczać, że podstawowe zasady indywidualizmu i liberalizmu są nawet przeceniane przez osoby związane z nauką i szkolnictwem wyższym. Obecnie nie jest chyba grzechem odnotować zagrożenie, jakie wiążę się z hołdowaniem wybuchowej mieszance prometeizmu i makiawelizmu, co daje ostatecznie antytezę tego, za co wielu dałoby się spalić na stosie jeszcze dwa lata temu. To wszystko podlane zostało scjentystycznym sosem, co oznacza, że społeczeństwo jest rządzone metodami właściwymi dla biologii, w oparciu o – jak to nazwał prof. Hinnerk Wissmann – „wieczne modelowanie rzeczywistości”, a także bombardowanie ludzi sprzecznymi bodźcami (otwieramy albo zamykamy; maski najpierw nie działają, teraz trzeba nosić dwie; nie gromadzimy się, ale na protest wolno iść itd.). Adam Smith już ponad 250 lat temu pisał w swojej „Teorii uczuć moralnych” o „człowieku systemu”, który w celu zrealizowania planu – jaki sam uznał za perfekcyjny – z determinacją próbuje sterować jednostkami tak, jak gracz przesuwa figury na szachownicy. Zdaniem Smitha, taki sposób zarządzania wolnymi społeczeństwami pomija jednak to, że w przeciwieństwie do martwych przedmiotów, każda jednostka może chcieć poruszyć się w przeciwnym kierunku, niż prowadzi ją ręka szachisty, a jeśli narzucona polityka jest radykalnie sprzeczna z jej własnymi motywacjami, nieuchronnie prowadzi to do nieładu. W praktyce skutki takiego chaosu widzieliśmy ostatnio na Krupówkach. Na to wszystko nakłada się coś, co nazwać można „epidemiologią karną” – preferowane są przymusowe rozwiązania, często oparte na kontrowersyjnych podstawach prawnych i zawstydzaniu osób, które choćby odważą się zadawać pytania. Da się także zauważyć założenie, że „one size fits all”. Skoro coś sprawdziło się w Azji i Oceanii, to dlaczego nie miałoby zadziałać w Europie?

Trzeba zatem zwrócić uwagę na to, że metoda eliminacyjna wiąże się albo ze ścisłą izolacją jednostek i całych obszarów geograficznych, jak w Australii i Nowej Zelandii, albo inwazyjnymi, naruszającymi prywatność metodami inwigilacji, z czym mieliśmy do czynienia na Tajwanie i w Korei Południowej. Możliwa jest oczywiście mieszanina wszystkich tych środków. Niedziwne zresztą, że zasada il fine giustifica i mezzi najsilniej objawiła się w Chinach, które obok izolacji regionów stosują także przymusowe kwarantannowanie jednostek oraz inwigilację cyfrową, a to wszystko w celu utrzymania środowiska względnie wolnego od wirusa. Strategie eliminacyjne nie działają bowiem w ten sposób, że wirus jest ostatecznie eradykowany i nigdy nie wraca. Wręcz przeciwnie, pomimo zamknięcia granic, konieczne są często niespodziewane lockdowny określonych obszarów, jeśli pojawi się nowe ognisko zakażeń.

Trudno powiedzieć, która ze strategii jest lepsza dla Europy i Polski, przy czym cały region z pewnością nie jest naturalnie izolowaną wyspą. Jedno jest pewne, a wspomina o tym R. Horton na łamach The Lancet – wybór powinien mieć charakter społeczno-polityczny, a nie ściśle naukowy. I czy naprawdę niewłaściwe jest postawienie sprawy w ten sposób: dlaczego odeszliśmy od bliskiego Europejczykom myślenia, które większą uwagę przydawało temu, jakie i czy na pewno etyczne stosujemy środki, na rzecz fiksacji na spodziewanym rezultacie?

A na koniec informacja najważniejsza. Na szczęście problemy z wdrożeniem strategii „Zero COVID” dostrzegła Światowa Organizacja Zdrowia, która – jak donosi H. Ellyatt z portalu CNBC – na razie nie zaleca jej dla Europy. Być może nasze życie nie będzie jak cola zero – pozornie zdrowsze, ale zupełnie bez smaku.