Rozmawiamy z dr. Ernestem Pytlarczykiem, głównym ekonomistą banku Pekao SA, m.in. o sytuacji finansów publicznych, prognozie dynamiki PKB na 2020 rok oraz kształcie pokryzysowego odbicia. Poruszamy również kwestię reakcji banków centralnych na koronakryzys. Czy mają one jeszcze jaką monetarną amunicję w swoim arsenale?

W niedawnym wywiadzie, jakiego naszemu portalowi udzielił minister finansów Tadeusz Kościński, padła informacja o tym, że spadek dynamiki PKB będzie w tym roku zbieżny z tym, co prognozowała Komisja Europejska, czyli mniej więcej minus 4 proc. To realna prognoza?

My szacujemy, że w tym roku PKB może spaść o 4,4 proc., więc to jest jak najbardziej spójne z tym, co prognozował minister. Jest to obecnie konsensus prognoz dla polskiej gospodarki. Oczywiście one pojawiały się w różnym horyzoncie czasowym, ale jeżeli mówimy o tym momencie, jest to taki właśnie konsensus. Analitycy ciągle obawiają się drugiej fali epidemii i jej ekonomicznych implikacji.

Pojawiła się nowelizacja ustawy o finansach publicznych i okresowe zawieszenie stabilizacyjnej reguły wydatkowej. To ma oczywiście związek w tym pakietem stymulacyjnym. Jak Pan oceniania te zmiany?

To oczywiście jest pozytywne, dlatego że w okresie kryzysu albo recesji, o czym się dowiedzieliśmy zresztą już w 2009 i 2010 roku, po europejskim kryzysie zadłużeniowym wszelkiego rodzaju austerity, czyli takie właśnie zbyt szybkie zacieśnienie fiskalne, może spotęgować negatywne efekty kryzysu, który dopiero co mieliśmy. A więc fakt, że to jest na przykład 4 lata, to wcale nie jest zbyt długo, dlatego że gospodarka musi mieć czas, by powrócić do trendu sprzed kryzysu. Zbyt szybkie zacieśnienie może mieć taki skutek, że po prostu wygenerujemy drugą fazę recesji. Celem rządów, powinna być redukcja relacji długu w stosunku do PKB poprzez wzrost mianownika. Tego nie osiągnie się w sytuacji ponownego wystąpienia recesji.

Czy Pańskim zdaniem realne jest ryzyko przekroczenia 60 proc. długu publicznego w relacji do PKB?

Oczywiście limit zadłużenia 60 proc. to według polskiej metodologii – jak wiemy z wydarzeń historycznych – może ulegać modyfikacjom. No oczywiście ciężko tutaj traktować te obecne warunki jako warunki normalne, a wzrost długu jako zawiniony przez nieodpowiedzialną politykę gospodarczą i fiskalną. Myślę, że w duchu tych zapisów nie było uniemożliwienie adekwatnej reakcji ze strony polityki fiskalnej, a więc tutaj jest oczywiście cały arsenał działań, łącznie ze zmianami ustaw, który spowoduje, że te środki, które zostały wykorzystane na walkę z epidemią, będą odpowiednio wyłączone z tych wyliczeń. I myślę że mamy już pewne zwiastuny tego, że tak właśnie się stanie.

Część ekonomistów domaga się ujednolicenia metodologii obliczania zadłużenia publicznego w Polsce z tą stosowaną przez Eurostat. Zgadza się Pan z tym postulatem?

Każdy postulat związany ze wzrostem takiej transparencji jest postulatem zasadnym. Tylko muszę odnieść się do tej mojej poprzedniej wypowiedzi, że bardzo istotne jest, byśmy, przygotowując się do biegu, nie związali sobie rąk i nóg. Potrzeba kompleksowego przeglądu, progów ostrożnościowych i metodologii. Tak, żebyśmy utrzymując progi, zmieniając metodologię i harmonizując ją z europejską, spowodowali, że okaże się, iż na gruncie prawnym nie jest możliwe to, co jest nam teraz bardzo potrzebne, czyli kontynuacja pakietów antykryzysowych. Moja odpowiedź jest niestety zniuansowana, ale myślę, że dość jasna co do intencji.

Cristina Savescu, starsza ekonomistka Banków Światowego, wskazała, ze polska gospodarka radzi sobie dobrze z kryzysem, gdyż jest dobrze zdywersyfikowana i konkurencyjna. Na czy ta dywersyfikacja i konkurencyjność polega?

Polska jest gospodarką z dużą ilością i istotnością różnych sektorów. W odróżnieniu od choćby gospodarki słowackiej, która jest de facto monokulturą, a sektor motoryzacyjny akurat wykazuje dużą wrażliwość na kryzys. Nasze sektory natomiast bardzo rożnie zachowują się w obecnych warunkach. Część bazuje na popycie zewnętrznym, część na popycie wewnętrznym. Widzimy to na przykładzie choćby turystyki, która wprost może być beneficjentem zamknięcia granic. Polska gospodarka jest bardzo zróżnicowana. Oczywiście jest ona w dużej mierze zsynchronizowana z cyklem europejskim, z gospodarką niemiecką i tego skutki będziemy odczuwali i odczuwamy. W pierwszej fazie eksport bardzo się zmniejszył i również mamy spadek usług transportowych, ale z drugiej strony mamy też sektory takie jak sektor usług wspólnych IT, które bardzo dobrze poradziły sobie w pierwszej fazie kryzysu. Taki miks powoduje, że nie jest przypadkiem, iż mamy tzw. dobrą prasę. Prognozy wielu instytucji wskazują, że w Polsce obecna recesja będzie jedną z płytszych w Europie.

Nie obawia się Pan, że banki centralne na świecie, w tym NBP, wyczerpały wszystkie możliwości, jeśli chodzi o reakcję na obecny kryzys i w razie nawrotu epidemii nie będą miały już zbyt wiele do zaoferowania?

Oczywiście ten problem nie jest czysto abstrakcyjny. Druga fala kryzysu może nadejść. Większość działań jest skoncentrowana na pierwszej fali, na tym, żeby gospodarkę w miarę dobrze przeprowadzić, żeby zahibernować rynek pracy. Jeżeli chodzi o limity działań banków centralnych, wiele z nich już zapowiedziało nielimitowane co do skali poluzowanie ilościowe. Tak zachował się np. bank centralny Węgier. NBP tego jeszcze nie zrobił, ale jest bardzo prawdopodobne, że w zależności od warunków pójdzie tą samą drogą. Jest jeszcze daleko do puntu w którym banki centralne wystrzelają całą amunicję. Na pewno instrument w postaci stóp procentowych jest w tym kryzysie już mocno wyeksploatowany i wiele banków centralnych boi się ujemnych stóp procentowych. Przed samym kryzysem Szwedzi podwyższali stopy procentowe dlatego, że korzyści ujemnych stóp procentowych okazały się być przysłonięte przez negatywne efekty.

A propos sektora bankowego, Sejm przyjął rozwiązania wprowadzające wakacje kredytowe. Czy Pańskim zdaniem takie rozwiązanie ustawowe jest potrzebne? Czy można to rozwiązać sektorowo, na przykład przez jakieś wytyczne Związku Banków Polskich?

Myślę, że banki w dużej mierze wykazały dobrą wolę i zrozumienie dla tej przejściowej, trudnej sytuacji kredytobiorców. Rozwiązanie zwane wakacjami kredytowymi jest standardem. Też trzeba powiedzieć wprost, że w przyszłości nie powinno być to rozwiązanie automatyczne i dostępne dla każdego kredytobiorcy niezależnego od tego, czy stracił pracę, czy nie. Instrument ten może wpływać negatywne na dyscyplinę płatniczą w przyszłości. Ale jeżeli to jest związane ze specyficzną, trudną sytuacją przejściową, to jak najbardziej. Myślę że interes banków jest skorelowany z interesem kredytobiorców. My po prostu nie chcemy mieć materializacji ryzyka niewypłacalności klienta spowodowanego nieadekwatnym podejściem do kwestii utrzymania jego płynności.

W ostatnich latach zysk sektora bankowego to było kilkanaście miliardów złotych, w tym roku już prawdopodobnie ten zysk będzie znacznie mniejszy. Czy macie Państwo swoje prognozy dotyczące zysku sektora w tym roku, no i ewentualnych konsekwencji, szczególnie dla mniejszych i słabszych banków, bardzo niskiej stopy procentowej?

Takie szacunki poczynił Związek Banków Polskich, szacując, że wynik sektora może być nawet 80 proc. mniejszy. Myślę, że są to zbyt negatywne szacunki. Oczywiście zależy wszystko od tego, jakie negatywne scenariusze makro będą się realizować. Nasz bank oficjalnie podał szacunki negatywnego wpływu obniżek stóp procentowych na wynik, a więc nie jest to tajemnicą. Będą to na pewno niższe wyniki niż w przeszłości, bo to otoczenie robi się coraz bardziej europejskie, coraz bardziej wymagające dla polskich banków, które w dużym stopniu bazują na wyniku odsetkowym.

Jakiego kształtu odbicia się spodziewacie, jeśli chodzi o polska gospodarkę: bardziej „U” czy jednak „V”?

Zdecydowanie „U”. Mieliśmy taki moment, kiedy konsumenci wracają do sklepów i jest realizacja tego odłożonego popytu, tak samo w usługach, ale w średnim horyzoncie, horyzoncie kilku miesięcy, przeważy prawdopodobnie obawa o sytuację na rynku pracy, która się pogarsza. Jest ona oczywiście lepsza, niż można było oczekiwać na początku kryzysu, czy w jego apogeum, ale takie przezorne zachowania i przezorne oszczędzanie – to wszystko będzie miało miejsce. Na pewno głębokość kryzysu jest ograniczana, a ożywienie jest wspierane tym, co się dzieje na polu stymulacji fiskalnej i tarcz antykryzysowych, ale mimo wszystko to nie jest tak, że my już dzisiaj zapominamy o kryzysie. Ta pierwsza fala poprawy była dość dynamiczna, wiązała się ze zniesieniem fizycznych ograniczeń, ale uważamy, że potem ta poprawa będzie dużo bardziej wypłaszczona.

Czy spodziewacie się, że w dalszym ciągu motorem polskiej gospodarki będzie konsumpcja, czy tutaj też liczycie na inwestycje?

Mieliśmy duże ograniczenie konsumpcji związane z tym, że były duże ograniczenia fizyczne. Teraz te ograniczenia są znoszone. Inwestycje były z kolei w dużym stopniu związane z postępem prac nad infrastrukturą, który w mniejszym stopniu został przez kryzys zahamowany. Pierwszy kwartał zaskoczył nawet pozytywnie na tym polu. Będziemy mieli jednak systematyczne pogorszenie dynamiki inwestycji dlatego, że cały czas perspektywy dla gospodarki są niepewne i dużo podmiotów gospodarczych spodziewa się drugiej fali kryzysu i epidemii. Konsumpcja, ze względu na to, że mamy programy pomocowe, które są dosyć hojne, hibernują rynek pracy itd., lepiej to przetrwa, niż się na początku wydawało. Potem dopiero, inwestycje zanotują dno z pewnym opóźnieniem. Prawdopodobne będzie to w trzecim, czwartym kwartale tego roku. Projekty infrastrukturalne, które mają na nowo rozruszać gospodarkę, to prawdopodobnie już horyzont 2021 lub 2022 roku.

Na stole pojawił się pomysł obniżenia stawek podatku VAT, co miałoby oczywiście pozytywny wpływ na konsumpcję. Czy uważa Pan, że takie rozwiązanie po pierwsze ekonomicznie byłoby dobre, a po drugie czy w ogóle ono jest realne, biorąc pod uwagę sytuację finansów publicznych?

Na pewno jest to rozwiązanie, które pobudza konsumpcję, tylko że w Polsce cały czas mamy taką debatę, ile tej konsumpcji, ile jej trzeba pobudzać. Jest to pytanie, które cały czas jest mocno palące. Na pewno byłoby to bardzo kosztowne budżetowo. Więc myślę, że to myślenie przeważy. Tym bardziej że to nie jest mechanizm, który jest stricte sfokusowany na sektory, czy problemy, które wynikają z epidemii. Użylibyśmy instrumentu, który działa powszechnie i dotyczy całej gospodarki. Są kraje, w których rozważa się obniżenie VAT-u na pewne grupy towarów – takie bardziej zniuansowane podejście. VAT jest głównym dochodem polskiego budżetu, więc takie powszechne obcięcie stawki VAT jest bardzo kosztowne z punktu widzenia budżetu i myślę, że nie będzie to pierwszym rozwiązaniem, które zostanie rozważane.

Rozmawiał Kamil Goral