Z początkiem przyszłego roku ma zacząć obowiązywać rozwiązanie znane jako ryczałt od dochodów spółek kapitałowych. Chodzi o tzw. estoński CIT, nad którym pracuje Ministerstwo Finansów. Projekt skierowany do prekonsultacji był szeroko komentowany przez ekspertów i środowiska biznesowe. Głównie ze względu na poważne usterki, jakie się w nim znalazły.

Nowa preferencja podatkowa miała objąć ponad 200 tys. firm, tymczasem gdyby trzymać się tego, co zaprezentowało Ministerstwo Finansów, skorzystać może z niej góra kilkadziesiąt tysięcy. To zatem zupełnie inna skala od deklarowanej przez resort.

Dodatkowo same przepisy są dosyć skomplikowane, a ich aplikacja może być kłopotliwa dla podatników. Nie zmienia to faktu, że wyznaczono pewien kierunek zmian w polskim systemie podatkowym, który uznać trzeba za właściwy. Chodzi mianowicie o to, aby wspierać inwestycje prywatne, zachęcać firmy do rozwoju i w ten sposób działać na rzecz całej polskiej gospodarki. Problem w tym, że to kosztuje. W ekonomii bowiem często jest tak, że oczekiwany skutek nie zawsze występuje od razu po tym, gdy zaistnieje przyczyna. Czasami trzeba poczekać dłużej. Np. dana inwestycja może zwracać się latami, ale jej koszt ponieść trzeba w tym akurat momencie.

Podobnie jest z polityką podatkową. Na efekty pewnych działań należy poczekać. Niekiedy oczekiwanie ich od razu to nieporozumienie. Gdy jednak obierze się dany kierunek poprzedzając decyzję solidnymi analizami, warto trzymać się tego kursu.

Unikać przy tym należy także działań pozorowanych, takich, które fajnie wyglądają w mediach czy na prasowych konferencjach, ale nie przekładają się na życie gospodarcze. I taki los grozi niestety koncepcji znanej pod nazwą „estońskiego CIT-u”. Na ten moment jest on estoński głównie z nazwy, nie spełnia bowiem artykułowanych przez biznes oczekiwań. I nie chodzi o to, aby teraz pastwić się nad Ministerstwem Finansów, wskazując, że przygotowało złe rozwiązanie. Jestem przekonany, że odpowiadający za projekt robią, co w ich mocy, aby był on jak najlepszy. Problemem może być ogólna filozofia związana z podejściem do podatków w Polsce. Dotąd nie udało się nam chyba wypracować myślenia o reformach podatkowych jako o długoterminowej inwestycji, która kosztuje, a na zwrot należy niekiedy trochę poczekać.

W efekcie robi się zmiany płytkie, mało kosztowne i mocno skomplikowane. Tak, aby z jednej strony wywiązać się z tej czy innej obietnicy, a z drugiej nie nadszarpnąć zbytnio kasy państwa. Tego typu udogodnienia, jak tzw. estoński CIT, traktowane są w dalszym ciągu – pomimo deklaracji, że jest inaczej – jako koszt, a nie jako inwestycja. Dopóki to podejście się nie zmieni, ciężko będzie naprawdę zreformować polski system podatkowy tak, aby realnie wspierał on inwestycje.

Niemniej warto ten projekt wspierać, bo chociaż niepozbawiony wad, daje przynajmniej części przedsiębiorstw szansę na korzystniejsze rozliczanie z fiskusem. W tej jednak formie nie jest to wystarczające narzędzie, aby pobudzić inwestycje prywatne. No chyba, że zajdą w nim zmiany, które go udoskonalą, tak aby był estoński nie tylko z nazwy.