Skierowana przez Ministerstwo Finansów do prekonsultacji propozycja dotycząca tzw. estońskiego CIT-u wymaga dopracowania. W przeciwnym wypadku procedowana zmiana nie przyniesie spodziewanych efektów. W czym zatem tkwi problem?

Stopa inwestycji w naszym kraju wciąż odbiega od oczekiwań. W minionym roku nie przekroczyła poziomu 19 proc. i jest jedną z najniższych wśród państw naszego regionu. Dlatego warto docenić starania resortu finansów, który próbuje coś z tym zrobić. Niestety w polskim wydaniu tzw. estońskiego CIT-u widać dużą zachowawczość. W obecnych czasach trzeba zaś odwagi, bo firmy wolą chomikować środki niż je wydawać i należy się naprawdę postarać, aby zachęcić je do podnoszenia nakładów na rozwój. Propozycja, z jaką wyszło ministerstwo, odważna nie jest.

Celem ryczałtowego opodatkowania spółek kapitałowych, czyli właśnie rozwiązania wzorowanego na tym estońskim, jest zachęcenie tych podmiotów do wydawania posiadanych pieniędzy na inwestycje. W uproszczeniu, jeśli spółka nie wypłaci zysku akcjonariuszom/udziałowcom, tylko kupi np. maszyny, zaoszczędzi na daninie. Tę zapłaci dopiero wówczas kiedy zarobione przez nią pieniądze trafią do wspólników. Kluczowe jest tutaj pojęcie inwestycji – od tego, czy one będą, czy też nie, zależy możliwość skorzystania z ryczałtu.

Niestety definicja “inwestycji” zawarta w projekcie, jaki wyszedł z Ministerstwa Finansów jest zbyt wąska aby można było uznać ją za dostateczną. Zostały z niej bowiem wykluczone nakłady na wartości niematerialne i prawne. Te zaś w niektórych branżach – np. w IT – są niezwykle istotne dla rozwoju firmy. Ogólnie rzecz ujmując odgrywają one bardzo ważną rolę w przedsiębiorstwach, które mają duże aspiracje i potencjał do generowania znacznej wartości dodanej (ang. value added, VA). A o to przecież chodzi w budowaniu solidnych fundamentów gospodarczych. Powinny być one oparte na podmiotach z wysokim wskaźnikiem VA. W tym kontekście trudno zrozumieć skąd pomysł, by akurat wartości niematerialne i prawne były wyłączone z definicji inwestycji, dającej prawo do estońskiego CIT-u.

Wadą projektu są także liczne bariery podmiotowe i przedmiotowe uniemożliwiające skorzystanie z preferencji. I tak, udziałowcami/akcjonariuszami spółki chcącej skorzystać z ryczałtu mogą być wyłącznie osoby fizycznie. Co więcej – podmiot objęty ryczałtem nie może posiadać udziałów w innych spółkach, musi zatrudniać co najmniej trzy osoby, a jego roczny przychód nie może przekroczyć 50 mln zł. Sporo tego, a przecież to i tak nie wszystkie warunki, jakie trzeba spełnić aby na estoński CIT się załapać. Warto jeszcze dodać, że w Polsce firmy prowadzące działalność jako spółki kapitałowe są w zdecydowanej mniejszości. Oferta z definicji jest zatem adresowana do ograniczonego kręgu podmiotów. Warto zatem sprawić, aby skorzystanie z niej było jak najprostsze.

Wskazane problemy są jak najbardziej do wyeliminowania. Jeśli MF wsłucha się w głos przedsiębiorców i dostrzeże oczywiste wady przedłożonego projektu jest szansa, że może wyjść z tego coś pozytywnego. A o to przecież chodzi wszystkim zainteresowanym.