Szybko okazało się, że wersja kontynentalna Black Friday nie tylko niesie za sobą minimalne obniżki cen, ale nierzadko specjalne zawyżanie marży mające na celu wykorzystanie mentalności konsumenta-idioty. Co wówczas robi tenże konsument-idiota? O tym w premierowym felietonie dla „Forum Polskiej Gospodarki” Jacek Janas.

Długo rozważałem nad tematyką pierwszego, inaugurującego moją współpracę z serwisem „Forum Polskiej Gospodarki”, felietonu, czyli popisu moich możliwości zainteresowania Czytelnika. Oczywiście brałem pod uwagę pompatyczne, niejako stanowiące wyraz „porządnego” podejścia zarówno do Redakcji jak i Czytelników, rozważanie o charakterze filozoficznym albo stricte ekonomiczno-naukowym. W końcu takiego zaangażowania wymaga się choćby od pracownika, a co dopiero od publicysty, który bardzo sobie ceni współpracę z tak szacownym medium. Ostatecznie moje myśli skierowały się w zupełnie inną stronę, w sposób nie do końca też i dla mnie zrozumiały. W każdym razie zamiar poruszenia ambitnej tematyki ziścił się pastwieniem nad nie mającym nic do zaoferowania zjawiskiem Black Friday. Przyznam się – temat trywialny, ale czy na pewno?

Wiemy, że Black Friday to dziecko amerykańskiej tradycji konsumpcyjnej, ot jeden dzień w sezonie zakupów przedświątecznych, gdzie sprzedawcy obniżają ceny towarów nieraz do granic absurdu i wydłużają godziny funkcjonowania sklepów, aby zwiększyć do maksimum sprzedaż w ten jeden piątkowy dzień. Sam jeszcze pamiętam, jak kilkanaście lat temu, my tu w Polsce naśmiewaliśmy się z głupoty ludzkiej, oglądając filmiki przedstawiające „motłoch” wpadający niczym bolszewicka dzicz do sklepów, by jak najszybciej wybiec z telewizorem. Paradoksem jest to, że nie minęło kilka lat, a już w Polsce mogliśmy oglądać te same dantejskie sceny, gdy przykładowo jakaś sieć dyskontów „rzuciła na sklep” ograniczoną liczbę damskich torebek znanej na cały świat marki. Ale do rzeczy. W końcu, podobnie jak Halloween, tak i Black Friday zawitał na dobre do Polski, i jak to jest w zwyczaju, uzyskał swoją „kontynentalną” opcję, zdecydowanie różniącą się od anglosaskiej.

Równo z nirwaną przedświątecznych zakupów jak grzyby po deszczu pojawiły się tłumy osób oszukanych albo co najmniej niezadowolonych z oferowanych Black Friday’owych promocji. Szybko okazało się, że wersja kontynentalna nie tylko niesie za sobą minimalne obniżki cen, ale nierzadko specjalne zawyżanie marży mające na celu wykorzystanie mentalności konsumenta-idioty. W USA jest inaczej. Obniżki są wymierne i atrakcyjne, bo amerykańska gospodarka nie jest tak obciążona daninami na rzecz państwa, ale też i świadomość konsumenta jako aktywnego uczestnika rynku jest wyższa, nie tak skłonna do popadania emocjom, kalkulująca, ale też mająca pewność, że przedsiębiorca amerykański co do zasady jest rzetelny. Na dodatek gros przecen dotyczy produktów wyprzedawanych, które tracą wartość z upływem czasu i tą świadomość mają konsumenci. Ten biznesowy układ wzajemnych zależności Amerykanie mają we krwi.

U nas jest dokładnie odwrotnie. Ja już nawet nie obciążam przedsiębiorców winą za nierzetelność rynkową. Wobec tylu obciążeń podatkowych i składkowych, tylu przepisów etatystycznego państwa i Unii Europejskiej, jaka jest inna droga dorobienia się? Black Firday wydaje się idealną możliwością zrobienia niewielkiej górki finansowej. Dlatego pojawiają się nie tylko przeceny tylko z nazwy, o kilka lub kilkanaście groszy. Gorzej – pojawiają się przeceny, które w rzeczywistości są podwyżkami.

Jednak popatrzmy na problem z drugiej strony. Ta sytuacja pozwala wyciągnąć wniosek, że poziom mentalny polskiego konsumenta pozostawia wiele do życzenia. Konsument czuje się pokrzywdzony zaistniałym stanem rzeczy, gdy już dowie się, że kupując w ramach Black Friday’owej promocji, przepłacił. Ale dlaczego? Czy ktoś przymuszał go do zawierania transakcji kupna konkretnego dobra stosownie do przedstawionej mu oferty? A gdzie się podziała właściwa, np. dla anglosaskiej kultury ekonomicznej, postawa ostrożności konsumenta, orientacji kontrahentów i sprawdzania konkurencyjności ofert, jednym słowem zdrowy rozsądek i odpowiedzialność? Jest to temat na dłuższą refleksję i próba genezy tego problemu jeszcze pojawi się w moich publikacjach.

Istotne jest co innego! Nasz pokrzywdzony konsument (co też jest odwróceniem w stosunku do modelu amerykańskiego) zamiast szukać sprawiedliwości w sądzie na drodze sporu lub refleksji życiowej nad własną niefrasobliwością, żąda od państwa zapewnienia mu ochrony, co gorsza nie jako pokrzywdzonemu, ale prewencyjnie, na wszelki wypadek, rzekłoby się, żądając ochrony indywidualnego, niemal konstytucyjnego prawa do bycia nierozgarniętym. Jest to oczywiście synonim państwa opiekuńczego.

I państwo czy instytucje ponad państwowe chętnie wyciągają pomocną dłoń. Osobiście mam wiele zastrzeżeń do funkcjonującego w Polsce prawa zwalczania nieuczciwej konkurencji oraz tzw. praw konsumenckich. O ile zwalczanie nierzetelnych praktyk pomiędzy przedsiębiorcami, choćby prowadzące do zmów cenowych, dumpingu, czy monopoli, jednym słowem wszystkich niekorzystnych z punktu widzenia rynkowej ekonomii działań ma jakiś sens, to wątpliwy sens mają już te przepisy, jak choćby art. 14 ust. 2 i art. 16 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, o tzw. nieuczciwej informacji i reklamie. Na podstawie takich przepisów Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydaje niby „zalecenia” (drżyj, jeśli podczas kontroli wyjdzie, że się nie zastosowałeś) dotyczące choćby tego, jak influencerzy – często dzieciaki z internetu – mają prowadzić płatną promocję produktów. Podobnie jest z tym specjalnym prawem odstąpienia od umowy w prawie konsumenckim wywracającym nie tylko kodeks cywilny, ale i koszty prowadzenia działalności na odległość.

Jednak przyjmijmy, że akceptujemy te nałożone ograniczenia. W końcu dobro jednej osoby, która nie doczytała oferty lub reklamy leży nam głęboko na sercu. Prawdziwą perełką i to właśnie związaną z Black Friday są przepisy unijne, a konkretnie Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/2161 z dnia 27 listopada 2019 r. zmieniająca dyrektywę Rady 93/13/EWG i dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 98/6/WE, 2005/29/WE oraz 2011/83/UE w odniesieniu do lepszego egzekwowania i unowocześnienia unijnych przepisów dotyczących ochrony konsumenta, zwana potocznie Omnibus. Nie będę się szczegółowo na ten temat rozwodził. Ale jest to miód na serce konsumenta, kolejne obowiązki dla przedsiębiorcy pochłaniające jego czas i zasoby, nakazujące m.in. informowanie o zmianach cen danego produktu w określonym odcinku czasowym w przypadku tzw. promocji. Oczywiście pod karą grzywny np. 40 tys. zł, a nawet (bagatela) 10 proc. obrotu z poprzedniego roku.

Dla mnie przerażające jest jednak co innego. Ta świadomość stanowiących prawo, szczególnie unijne, że przedsiębiorcy jest to „klasa” społeczna, na którą można nałożyć każdy obowiązek i egzekwować jego wykonanie bez litości. Dla przykładu niech wybrzmi motyw zawarty w pkt. 5 wprowadzenia do w/w dyrektywy: „Obecnie obowiązujące przepisy krajowe dotyczące sankcji różnią się znacząco w Unii. W szczególności nie wszystkie państwa członkowskie zapewniają możliwość nakładania skutecznych, proporcjonalnych i odstraszających grzywien na przedsiębiorców odpowiedzialnych za naruszenia powszechne lub naruszenia powszechne o wymiarze unijnym. dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/2161 z 27.11.2019 r. zmieniającej dyrektywę Rady 93/13/EWG i dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 98/6/WE, 2005/29/WE oraz 2011/83/UE w odniesieniu do lepszego egzekwowania i unowocześnienia unijnych przepisów dotyczących ochrony konsumenta”.

Jacek Janas

Poprzedni artykuł„Co chcesz powiedzieć światu”. Martyna Wojciechowska o kobiecych symbolach bohaterstwa i odwagi
Następny artykułJak rozbujać patriotyzm konsumencki?