NULL

Rocznica naszego członkostwa w Unii Europejskie oraz zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego to dobry moment, by zastanowić się nad przyszłością Wspólnoty. Ostatnie lata nie były dla niej łatwe. Kryzys strefy euro, fatalna polityka migracyjna, a ostatnio przede wszystkim brexit – to tylko niektóre z punktów na długiej liście spraw do załatwienia. Pytanie, czy jest szansa zająć się obecnie wyzwaniami stojącymi przed Unią i znaleźć dla nich dobre rozwiązania?

Za ich poszukiwanie zabrał się m.in. prezydent Francji Emmanuel Macron. W liście opublikowanym przed kilkoma tygodniami w europejskiej prasie w pełnym patosu tonie pisał:Jesteśmy w momencie decydującym dla naszego kontynentu; momencie, w którym wspólnie, politycznie i kulturowo musimy wymyślić formy naszej cywilizacji w zmieniającym się świecie. Jest to czas europejskiego odrodzenia. Dlatego też, odporny na pokusy zamknięcia się w sobie i pokusy podziałów, proponuję wspólną budowę tego odrodzenia wokół trzech ambicji: wolność, opieka i postęp”.

W dalszej części listu te myśli są rozwijane, wydaje się jednak, że propozycje prezydenta Macrona w wielu miejscach źle rozkładają akcenty. Francuski przywódca wskazuje m.in. na rolę wspólnego europejskiego pieniądza, pisząc, że euro jest „siłą całej Unii”. Trudno doprawdy wskazać, na czym ta siła miałaby polegać. Bo raczej nie na nawarstwiających się problemach takich krajów jak Włochy czy Grecja, od lat niemogących odzyskać międzynarodowej konkurencyjności. W tekście dokumentu nie ma także nic o coraz poważniejszym zagrożeniu, jakim jest przeregulowanie unijnej gospodarki. Prezydent Francji skupia się na cyfrowych gigantach, kierując wzrok czytelnika za Ocean. Wiadomo bowiem, że chodzi o amerykańskie potęgi, takie jak Facebook. To dobrze, że Macron dostrzega tu zagrożenie. Pytanie jednak, co z narastającym w Unii wewnętrznym protekcjonizmem? Widać coraz wyraźniej poważne napięcie w tym obszarze. Bogate kraje zachodniej Europy godziły się na współfinansowanie inwestycji w infrastrukturę nowych państw członkowskich. Powód był prosty – znaczna część tych środków i tak do nich wracała. Z każdego wydanego na politykę spójności w krajach naszego regionu euro, około 60 eurocentów wędrowało z powrotem do dawnej piętnastki. 

Tak naprawdę zatem integracja europejska była i jest świetnym narzędziem na wsparcie przedsiębiorstw starych członków Unii. Mogły one bowiem liczyć na stały dopływ zamówień z naszej części kontynentu, zaś dzięki jednolitemu rynkowi nie mieliśmy szansy, aby zapewnić preferencyjne traktowanie polskim firmom mającym z nimi konkurować. Kiedy jednak niektóre nasze przedsiębiorstwa zaczęły sobie dobrze poczynać w Europie, machina unijnej biurokracji ruszyła przeciw nim z całą mocą. Przykład to niesławny tzw. pakiet mobilności. Ma on wykończyć polskie firmy transportowe mające niemal 30 proc. udziału w unijnym rynku. Wydaje się, że bezceremonialne regulowanie kolejnych sektorów gospodarki było jedną z przyczyn, dla których Brytyjczycy powiedzieli swoje „bye!” Wspólnocie. Czy jednak uda się zatrzymać ten kierunek działania, w którym europejskie instytucje będą narzędziem do zapewniania przewagi dla niemieckich czy francuskich przedsiębiorstw?

To jest zasadnicze pytanie. Unia sprawdziła się przede wszystkim jako projekt gospodarczy, jej celem było stworzenie optymalnych warunków dla bezcłowej wymiany handlowej. Obecnie jest coraz dalsza od tego priorytetu. Jeśli już chcemy mówić o europejskim projekcie, to właśnie powinien być jego fundament. Funkcjonujący po rozszerzeniu z 2004 roku model Wspólnoty zaczyna być nieefektywny. Obok rozbudowy infrastruktury drogowej nasz region potrzebuje także impulsu do rozwoju przedsiębiorczości, coraz większej liczby firm działających z powiedzeniem na całym unijnym rynku. W propozycjach zachodnich przywódców dużo jest frazesów, konkrety pokazują jednak podejście odmienne od deklaracji. Nawet forsowany na siłę pakiet mobilności przepychano pod wolnościowymi hasłami, ukrywając nieumiejętnie jego prawdziwą istotę.

Wiele wskazuje na to, że bogatsze kraje Unii będą chciały aby to była norma – krajowy protekcjonizm ukryty za powłoką frazesów. Opanowując najważniejsze instytucje, są bardzo blisko tego celu. Przyszłością Unii jest tymczasem prawdziwa konkurencja, to ona pozwala skierować gospodarkę na właściwe tory. Najbliższe lata zdecydują jednak, czy ta droga zostanie obrana. Determinację silniejszych niełatwo będzie przezwyciężyć. Jeśli jednak Unia ma się naprawdę rozwijać, nie ma dla niej innego wyjścia. Pora wrócić do korzeni.