W czerwcu 2018 roku świat obiegła wiadomość, że oto Francja i Niemcy dogadały się w sprawie odrębnego budżetu dla Eurolandu. Miał być on czymś odrębnym od Wieloletnich Ram Finansowych (WRF) Unii Europejskiej na lata 2021–2027. Zastanawiano się, czy wyniesie 100 czy 50 mld euro.

Nie wierzyłem w ten projekt od samego początku. Była to raczej marketingowa zagrywka, obliczona na wywołanie efektu „wow!” niż konkretne ustalenie zmieniające cokolwiek w unijnych regulacjach. Ów efekt medialny udało się zresztą osiągnąć. Środki masowego przekazu przez kilka dni żyły tematem, miał to być przełom w integracji europejskiej, strefa euro miała wejść na wyższy etap tego procesu. Na ten moment czekały kraje Południa, starania podejmował prezydent Macron i w końcu jest, udało się!

Minęły kolejne miesiące i okazało się, że żadnego odrębnego od WRF instrumentu nie będzie, a środki, jakie mają znaleźć się w tym, czym miał być budżet strefy euro, będą zdecydowanie mniejsze, niż się spodziewano. Ogólnie z dużej chmury mały deszcz. Chociaż apetyty były ogromne, a zapowiedzi szumne.

Tak to już jest z wielkimi i nagłaśnianymi obietnicami polityków, w wypadku ogromnych pieniędzy liczą się konkrety, a nie prasowe komunikaty. Oczywiście ważna jest wola polityczna i determinacja wyrażana przez największych graczy. Ona może popchnąć wiele rzeczy naprzód, niemniej to dopiero początek ciężkiej negocjacyjnej pracy. Szczególnie kiedy mówimy o wypracowywaniu rozwiązań w ramach Unii Europejskiej.

Tymczasem można odnieść wrażenie, że po niedawnym ogłoszeniu wielkiego, bo wartego 500 mld euro programu pomocowego, z nieba spadł deszcz pieniędzy. Chodzi o projekt uruchomienia planu naprawczego, mającego wspomóc unijną gospodarkę po lock downie spowodowanym koronawirusem. Jego start zapowiedzieli, a jakże, Angela Merkel i Emmanuel Macron. Ów program miałby być finansowany z obligacji, które wyemituje Komisja Europejska. Pieniądze na zwrot tego długu pochodzić mają od państw członkowskich według proporcji, w jakiej partycypują one we wpłatach do budżetu UE.

Brzmi genialnie, tyle że jak zwykle chodzi o detale. Według jakiego kryterium z owego planu wsparcia korzystałyby poszczególne kraje? Co w razie bankructwa jednego z nich? Kto uzupełni brakującą wówczas sumę wpłaty? Według jakiej formuły prawnej miałby ten plan dokładnie funkcjonować, i najważniejsze, co ze sprzeciwem części państw UE, które nawet słyszeć nie chcą o podobnych inicjatywach (tzw. oszczędna czwórka, czyli: Austria, Dania, Holandia i Szwecja)?

To wszystko trzeba będzie szczegółowo ustalić i nie będą to ustalenia łatwe. Trudno też mieć nadzieję, że nastąpią szybko. Warto też zwrócić uwagę na polską perspektywę owej propozycji. Nasz kraj jest w gronie tych, których straty w związku z kryzysem będą najmniejsze. Wiele wskazuje na to, że to właśnie od głębokości spadku PKB i wysokości bezrobocia zależeć będzie dostęp do środków. Nie wiemy w tym momencie, jaki będzie nasz udział w owym programie i czy netto odnajdziemy się w nim na plusie czy na minusie. Polska apeluje o ambitne działania na rzecz unijnej gospodarki, ale czy będzie gotowa się do nich dołożyć więcej, niż z nich uzyska?

Bez odpowiedzi na szereg fundamentalnych kwestii trudno o jednoznaczną oceną francusko-niemieckiej propozycji. Rozwiązania mamy podobno poznać niebawem. Pytanie, czy będziemy z nich zadowoleni?