Nie wierzyłem w ten projekt od samego początku. Była to raczej marketingowa zagrywka, obliczona na wywołanie efektu „wow!” niż konkretne ustalenie zmieniające cokolwiek w unijnych regulacjach. Ów efekt medialny udało się zresztą osiągnąć. Środki masowego przekazu przez kilka dni żyły tematem, miał to być przełom w integracji europejskiej, strefa euro miała wejść na wyższy etap tego procesu. Na ten moment czekały kraje Południa, starania podejmował prezydent Macron i w końcu jest, udało się!

Minęły kolejne miesiące i okazało się, że żadnego odrębnego od WRF instrumentu nie będzie, a środki, jakie mają znaleźć się w tym, czym miał być budżet strefy euro, będą zdecydowanie mniejsze, niż się spodziewano. Ogólnie z dużej chmury mały deszcz. Chociaż apetyty były ogromne, a zapowiedzi szumne.

Tak to już jest z wielkimi i nagłaśnianymi obietnicami polityków, w wypadku ogromnych pieniędzy liczą się konkrety, a nie prasowe komunikaty. Oczywiście ważna jest wola polityczna i determinacja wyrażana przez największych graczy. Ona może popchnąć wiele rzeczy naprzód, niemniej to dopiero początek ciężkiej negocjacyjnej pracy. Szczególnie kiedy mówimy o wypracowywaniu rozwiązań w ramach Unii Europejskiej.

Tymczasem można odnieść wrażenie, że po niedawnym ogłoszeniu wielkiego, bo wartego 500 mld euro programu pomocowego, z nieba spadł deszcz pieniędzy. Chodzi o projekt uruchomienia planu naprawczego, mającego wspomóc unijną gospodarkę po lock downie spowodowanym koronawirusem. Jego start zapowiedzieli, a jakże, Angela Merkel i Emmanuel Macron. Ów program miałby być finansowany z obligacji, które wyemituje Komisja Europejska. Pieniądze na zwrot tego długu pochodzić mają od państw członkowskich według proporcji, w jakiej partycypują one we wpłatach do budżetu UE.

Brzmi genialnie, tyle że jak zwykle chodzi o detale. Według jakiego kryterium z owego planu wsparcia korzystałyby poszczególne kraje? Co w razie bankructwa jednego z nich? Kto uzupełni brakującą wówczas sumę wpłaty? Według jakiej formuły prawnej miałby ten plan dokładnie funkcjonować, i najważniejsze, co ze sprzeciwem części państw UE, które nawet słyszeć nie chcą o podobnych inicjatywach (tzw. oszczędna czwórka, czyli: Austria, Dania, Holandia i Szwecja)?

To wszystko trzeba będzie szczegółowo ustalić i nie będą to ustalenia łatwe. Trudno też mieć nadzieję, że nastąpią szybko. Warto też zwrócić uwagę na polską perspektywę owej propozycji. Nasz kraj jest w gronie tych, których straty w związku z kryzysem będą najmniejsze. Wiele wskazuje na to, że to właśnie od głębokości spadku PKB i wysokości bezrobocia zależeć będzie dostęp do środków. Nie wiemy w tym momencie, jaki będzie nasz udział w owym programie i czy netto odnajdziemy się w nim na plusie czy na minusie. Polska apeluje o ambitne działania na rzecz unijnej gospodarki, ale czy będzie gotowa się do nich dołożyć więcej, niż z nich uzyska?

Bez odpowiedzi na szereg fundamentalnych kwestii trudno o jednoznaczną oceną francusko-niemieckiej propozycji. Rozwiązania mamy podobno poznać niebawem. Pytanie, czy będziemy z nich zadowoleni?