Dziesiąty marca przynosi nam mało znane święto, mianowicie Dzień Mężczyzny. Z tego względu być może zostanie udzielona mi dyspensa na szerszą możliwość skorzystania z wolności słowa. Może dobrym obyczajem byłoby wyznaczenie chociaż jednego takiego „Dnia Wolności Słowa” w ciągu roku? – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Każdemu z nas znane jest zapewne kultowe dzieło autorstwa Mary Shelley Frankenstein. Tytułowym bohaterem powieści jest naukowiec, który przeprowadza szalony eksperyment i w efekcie wznieca iskrę życia w martwym ciele, tworząc przerażające monstrum. Motyw fabularny wpisuje się w szerszy trend romantyzmu, w którym wystąpiły elementy krytyczne wobec ściśle racjonalistycznie ujmowanej „naukowości”. Nauka od dawna pretenduje zarazem do roli jedynego światopoglądu, bezbłędnie wyjaśniającego wszelkie tajemnice Świata. Wpływ nauki na społeczeństwo, co dotyczy zwłaszcza jej gałęzi przyrodniczych, uległ zresztą znaczącej intensyfikacji. Wielu myślicieli od dawna przestrzegało przed zagrożeniem związanym z tym pozornie dobroczynnym kierunkiem, który w wynaturzonej postaci może przyjąć miano scjentyzmu. W dobie kryzysu sanitarnego ludzie nie bez racji zwrócili się ku ekspertom, poszukując odpowiedzi na dręczące ich pytania o niepewne jutro. Niemniej środowisko uczonych spotkał chyba jednak pewien zawód.

W zeszłym roku debata publiczna i protesty w Polsce skoncentrowały się przecież wokół dwóch istotnych sporów etycznych – aborcji oraz metod, jakich wolno użyć w celu zwalczania epidemii. Od wielu lat środowiska powołujące się na autorytet nauki proponują społeczeństwu takie hasła, jak „wybór, nie zakaz”, „moje ciało, moja sprawa”, czy w końcu „nikogo nie można zmuszać do bohaterstwa”. Akademicy i środowiska progresywne musieli z przerażeniem spojrzeć – podobnie, jak sam Wiktor Frankenstein – na efekt tego, co sami chcieli przez wiele lat stworzyć. Okazuje się, że kuszeni wolnością wyboru w kwestiach dotyczących szeroko rozumianej cielesności, wcale nie chcemy być zmuszani do zmiany swoich przyzwyczajeń, gdy chodzi o inne sprawy. Wiele osób nie bez racji uważa, że istniejąca umowa społeczna powinna zagwarantować im pełną niezależność. Pytają więc swojego przerażonego stwórcę: „Czy nie tego właśnie mnie nauczyłeś? Czy nie powinienem mieć wolnego wyboru, bezwzględnej autonomii cielesnej i nigdy nie być zmuszanym przez społeczeństwo do poświęcenia?”.

Obserwując aktualną sytuację i stosując się do dominującej narracji, wspomnianych wcześniej haseł nie da się przecież zinterpretować uniwersalnie. W efekcie obok siebie zaczynają istnieć paralelne rzeczywistości – w sferze choćby obyczajności i płci człowiek ma być zupełnie wyzwolony i to nie tylko od tradycji, ale także od świata obiektywnego, natomiast w obrębie wartości dawniej uznanych (np. wolności słowa, wykonywania działalności gospodarczej i zawodu, czy samego tylko poruszania się), może być skrępowany nawet absolutnie i to przez najmarniejszej jakości prawo. Inaczej rzecz ujmując – człowiek jest najwyraźniej na tyle mądry, że sam może podjąć decyzję, czy i kiedy pozbyć się niechcianej ciąży, ale jednocześnie na tyle głupi, że zamiast rekomendacji sanitarnych w czasie epidemii można stosować tylko drakońskie prawo i inwigilację. Państwo ma nie wchodzić ludziom do łóżek, ale szerzej rozumianym stanem zdrowia może już interesować się w sposób bliski despotii. Zupełnie, jak w eksperymencie myślowym Schrödingera, w którym kot jest jednocześnie żywy i martwy.

Podobnym przykładem tego moralnego paradoksu jest sytuacja anti-trans feminists, czyli feministek, które w prawach osób transgender dopatrują się zagrożenia dla kobiet (jedną z głośniejszych przedstawicielek tego nurtu jest Suzanne Moore, dziennikarka wyrzucona za swoje poglądy z brytyjskiego The Guardian). Z jednej strony nadal powołują się one bowiem na feministyczny dogmat, że płeć uwarunkowana jest kulturowo, lecz z drugiej strony zauważają, że musi istnieć coś takiego, jak obiektywna i biologiczna kobieta, której tożsamość i integralność trzeba jednak chronić przed zagrożeniami ze strony płynnej rzeczywistości.

Niemniej na to wszystko uczone głowy także znalazłyby odpowiedź. Po prostu zarzucono by „sceptykowi”, że tkwi w przestarzałym paradygmacie „etyki sprawiedliwości”, to znaczy stara się oceniać rzeczy według ogólniejszych reguł. Wystarczy jednak zaadaptować bardziej elastyczną „etykę troski” i obie rzeczywistości można już wyjaśnić bez popadania w sprzeczność. W takim układzie przymusowe przepisy dotyczące aborcji to nieznośna udręka, która wymaga rewolucji, natomiast przewidziany w kontrowersyjnym rozporządzeniu nakaz pozostania w domu, zamknięcia firmy albo ograniczenie możliwości konsumpcji tylko do tych produktów, które rząd uzna za „niezbędne”, to najwyżej drobna niedogodność, zdeterminowana obiektywną koniecznością. Niekiedy można odnieść wrażenie, że elitom na rękę jest podkreślanie znaczenia tych „nowych” praw, które można łatwo i niskim kosztem zagwarantować, abyśmy przestali upominać się o nasze „stare” uprawnienia.

Przesunięcie akcentów w kierunku od wolności tout court do wolności reproducteur dobrze ilustruje lektura stron organizacji zajmujących się ochroną praw człowieka, według stanu z marca zeszłego roku. Były to pierwsze miejsca, które warto było odwiedzić w Internecie, aby sprawdzić, jaka jest reakcja opinii publicznej na wprowadzane limitacje praw człowieka, w Polsce najdalej chyba idące od czasu transformacji ustrojowej, a w krajach zachodnich prawdopodobnie licząc od 1945 r. Ograniczenia życia społecznego (a w Europie obejmowały one na przykład śledzenie dronami i karanie dorosłych ludzi, którzy odeszli za daleko od domu na spacer z psem) podsumowywano często dosłownie jednym zdaniem, że „są konieczne”. W tym samym czasie obrońcy praw człowieka potrafili kilka akapitów rozwodzić się odnośnie tego, jak istotne jest zapewnienie dostępu do bezpiecznej, domowej i nieograniczonej aborcji w trakcie lockdownu. Nie zastanowiono się chyba dogłębnie nad tym, co rzeczywiście jest cywilizacyjnym ewenementem i bardziej uniwersalnym problemem, wymagającym pogłębionej debaty. Obawiam się, że na początku epidemii jak w soczewce skupiły się problemy, które dało się rozpoznać już wcześniej. Odurzeni przekonaniem, że prawdziwa wolność leży w sferze obyczaju, płci i seksualności przestajemy cenić to, co naprawdę jest ważne i ma praktyczny wymiar. Tylko tym można wytłumaczyć fakt, że pochwalane przez część opinii publicznej protesty wybuchły dopiero przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, a nie wcześniej – przeciwko temu, że nie wolno było legalnie protestować.

Podsumowując, dziesiąty marca przynosi nam mało znane święto, mianowicie Dzień Mężczyzny. Z tego względu być może zostanie udzielona mi dyspensa na szerszą możliwość skorzystania z wolności słowa. Może dobrym obyczajem byłoby wyznaczenie chociaż jednego takiego „Dnia Wolności Słowa” w ciągu roku? Szczerze w to wątpię i pewnie to, co napisałem, odbije mi się jeszcze czkawką. Mimo wszystko w tym dniu zostawiam Czytelników z moimi lamentami oraz cytatem z prof. Francois Balloux – profesora biologii obliczeniowej w Kolegium Uniwersyteckim w Londynie – który na Twitterze stwierdził, że „Cały sens podstawowych zasad jest taki, że stosujemy je konsekwentnie, tak samo w trudnych czasach, jak i w dobrych czasach. W innym wypadku to nie są zasady”.