Klasę średnią pozostawiono samą sobie, co nie byłoby przecież złe (niektórzy wręcz o tym marzą), ale zaczęto ją traktować jako niewyczerpane źródło zasobów, za które rządzący kupują sobie swoich wyborców. I ci wyborcy za pieniądze członków klasy średniej zaczynają ją doganiać. Naprawdę trudno dziwić się żalowi i poczuciu bycia zdradzonym – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Klasa średnia – należałoby dodać: raczkująca – ma żal. Co do tego chyba nie ma wątpliwości, byłby natomiast spór o to, czy jest to żal uzasadniony. O takich odczuciach klasy średniej mówił bardzo ciekawie w niedawnym wywiadzie Grzegorza Sroczyńskiego na portalu Gazeta.pl Przemysław Sadura, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, kurator Instytutu Krytyki Politycznej. Pretekstem do rozmowy był wspólny raport Sadury i Sławomira Sierakowskiego: „Polacy za Ukrainą, ale przeciw Ukraińcom”.

Uprzedzam uwagi: niezależnie od tego, jakie jest nasze zdanie na temat linii prezentowanej przez Krytykę Polityczną czy na temat aktywności publicznej jej założyciela, Sławomira Sierakowskiego, również tam zdarzają się cenne analizy, teksty czy spostrzeżenia. Warto przypomnieć, że jedno z najciekawszych badań socjologicznych, zadające kłam stereotypom o tym, jaki jest elektorat PiS, a jaki elektorat PO, przygotowała właśnie Krytyka Polityczna. Był to głośny raport „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”, którego przygotowaniem kierował dr Maciej Gdula, obecnie poseł Nowej Lewicy.

W wywiadzie Sroczyński pyta Sadurę o to, czego boją się Polacy, a Sadura niezwykle ciekawie opisuje odczucia klasy średniej. Przeciwstawiając ją zresztą „klasie ludowej” – ale cóż, takie nazewnictwo widocznie obowiązuje wśród lewicowych socjologów.

Sadura stwierdza, że w klasie średniej narasta obawa przed „wypchnięciem z kolejki” oraz frustracja z powodu utraty swojej pozycji. Oto kluczowy w tej kwestii fragment rozmowy:

Niepisany kontrakt zawarty w latach 90. z klasą średnią polegał na tym, że jeżeli będziesz pracował ciężko, więcej niż inni, to będzie ci dane więcej niż innym. Wystarczająco dużo, żeby nie liczyć za bardzo na państwo, a potrzebne usługi publiczne kupić sobie na rynku, znikający pekaes zamienić na własny samochód i jeszcze móc odłożyć na wakacje w Egipcie, na które inni nie pojadą. To dawało klasie średniej poczucie uprzywilejowania. Kiedy się okazało, że na prawo i lewo PiS rozdaje 500 plus, rośnie szybciej płaca minimalna, pojawia się minimalna stawka godzinowa i ogólnie rośnie zamożność „dołów”, które nagle w tym Egipcie również się pojawiają, to zaczynasz się frustrować.

Ale dlaczego? Bo klasa ludowa do mnie doszlusowuje?

Bo różnica się zmniejszyła, ich nagle stać na Egipt, a ciebie wciąż nie stać na Malediwy i nie zanosi się, żeby w najbliższych latach było cię stać. Utknąłeś. Polska klasa średnia czuje się oszukana i rozmówcy z tej grupy na różne sposoby sygnalizowali to w trakcie badań. Nikt nie odda im czasu, którego nie spędzili z dziećmi, tylko w robocie po godzinach, bo uważali, że wspinają się na niewiadomo jak wysoką drabinę. Mieli z tej drabiny patrzeć w dół na resztę, a okazało się, że to był tylko taboret. Z kolei jak patrzą do góry, no to widzą, że tamci lepsi – naprawdę bogaci Polacy – totalnie im odjechali: samoloty, jachty, tego już nigdy nie będę miał. […] W klasie średniej pojawiło się mocne poczucie, że Polska to nie jest kraj dla nich. Nie czują się tutaj u siebie i są przekonani, że czeka ich kolejna fala migracji. […] Dotąd polscy średniacy uważali, że przynajmniej te dolne warstwy – klasa ludowa – ich nie dogonią, a tymczasem tamtym ktoś zaoferował podwózkę w postaci transferów i wyższych płac. My się pół życia wspinaliśmy po schodach, a można było wjechać windą. Nie zgadzamy się na to, chcemy wrócić do merytokracji lat 90. Może ta merytokracja była nieco koślawa i nieprzyjemna, bo szef wrzeszczał i siedziało się 16 godzin w pracy, ale przynajmniej to było sprawiedliwe.

Trudno nie wyczuć w wypowiedziach Sadury lekkiego sarkazmu, może nawet złośliwości pod adresem polskiej klasy średniej. Ale czy takie odczucia – które, jestem pewien, żywiłoby zapoznawszy się z tym wywiadem zapewne wielu wyborców PiS – są uzasadnione? Czy swoisty „układ” z III RP, jaki, zdaniem socjologa, klasa średnia in statu nascendi zawarła, należy wyśmiewać? Wydaje się, że socjolog związany z Krytyką Polityczną bardzo dobrze wychwycił istotę myślenia tych, którzy mają prawo czuć się klasą średnią.

(Tu przypominam, że definiowanie klasy średniej na podstawie średniego wynagrodzenia jest całkowicie nieuprawnione. Klasa średnia – o czym niejednokrotnie pisałem – powinna być definiowanie w oparciu o szersze kryteria, między innymi siłę nabywczą gospodarstwa domowego, wykształcenie, możliwość gromadzenia oszczędności, aspiracje i wiele innych trudno przeliczalnych na pieniądze. Mówiąc najprościej: klasa średnia to nie osoby zarabiające średnią krajową.)

Mówimy o ludziach, którzy przywykli do przekonania, że muszą sobie sami swoją ciężką pracą zapewnić byt, bo państwo nie przyjdzie im z pomocą. I to jest w gruncie rzeczy bardzo pożyteczny, a także trafny sposób myślenia. Trafny – ponieważ rzeczywiście polskie państwo nie przychodzi z pomocą ludziom, którzy jakoś sobie radzą nawet wówczas, gdy ewidentnie jest to jego obowiązek. Tak było choćby w przypadku kredytów indeksowanych we frankach szwajcarskich. (Dlaczego państwo powinno było się w tę sprawę zaangażować, tłumaczyłem już siedem lat temu.) I właściwie to nie jest złe samo w sobie. Tyle że zarazem, po 2015 r., państwo bardzo mocno zaczęło wspierać tych, którzy sobie nie radzą lub radzą sobie słabiej – co samo w sobie może jeszcze nie byłoby tak złe, gdyby nie to, że dzieje się to kosztem radzących sobie. Jest całkowicie zrozumiałe, że taka sytuacja musi wywoływać frustrację tych ostatnich.

Opisany wyżej sposób myślenia jest też dobry, bo tak właśnie powinni w normalnych warunkach myśleć obywatele o państwie: państwo nie jest od tego, żeby pomagać im na każdym kroku, a jedynie od tego, żeby stworzyć ramy do uczciwego działania i zapewnić te podstawowe usługi, których ludzie nie są w stanie zapewnić sami sobie (sądownictwo, policja, obronność, podstawowe zadania administracji publicznej).

Klasa średnia faktycznie może mieć poczucie, że została oszukana. Nie tylko pozostawiono ją samą sobie, co nie byłoby przecież złe (niektórzy wręcz o tym marzą), ale zaczęto ją traktować jako niewyczerpane źródło zasobów, za które rządzący kupują sobie swoich wyborców. I ci wyborcy za pieniądze członków klasy średniej zaczynają ją doganiać. Naprawdę trudno dziwić się żalowi i poczuciu bycia zdradzonym.

Być może najbardziej przejrzystym mechanizmem pokazującym patologię tej sytuacji jest nieustanne windowanie przez rząd płacy minimalnej. Jedna sprawa, że ma to oczywiście swoje ekonomiczne konsekwencje – w tym podwyższenie składek ZUS dla przedsiębiorców, wynikające z rosnącej presji płacowej, przekładającej się na przeciętne wynagrodzenie w gospodarce, czyli parametr, według którego liczy się wysokość składek. Lecz powoduje to również spłaszczenie wynagrodzeń, szczególnie poza dużymi miastami, gdzie generalnie są one bliższe tym minimalnym. Ponieważ podbijana jest pensja minimalna, w górę idą także wynagrodzenia tych pracowników, którzy zarabiają na najniższym poziomie, a więc tych najsłabiej wykwalifikowanych. Ich wynagrodzenia dobijają powoli do pensji pracowników z wyższymi kwalifikacjami, czyli w dużej mierze właśnie klasy średniej. Na podwyższanie pensji tych ostatnich pracodawcy nie mają już często pieniędzy. W ten sposób wśród dobrze wykwalifikowanych powstaje wrażenie, że ich wykształcenie, zdolności i kompetencje są psu na budę, bo różnica w wynagrodzeniu między nimi a pracownikami bez kwalifikacji staje się umowna.

Trudno nie dostrzec, że dla rządzących, nastawionych przede wszystkim na etatyzm i socjal, żale klasy średniej nie mają znaczenia. Początkowym planem było stworzenie „własnej” klasy średniej jako tej „dobrej” w opozycji do tej, która miała być wytworem kontestowanej dotychczasowej III RP – co samo w sobie jest paradoksalne, bo klasa średnia powstaje z zasady samoistnie i nie da się jej „powołać”, a już na pewno nie transferami socjalnymi. Dzisiaj wygląda na to, że ten plan porzucono jako zbyt kosztowny, a może po prostu niemożliwy do zrealizowania. Zamiast tego postawiono na wyrównanie. Skoro nie daje się własnych wyborców podnieść do poziomu klasy średniej, to aby stworzyć im złudzenie, że ten poziom osiągają, trzeba doprowadzić do degradacji faktycznej klasy średniej.

Najbardziej niepokojący w wypowiedziach Sadury jest wątek emigracyjny. Klasa średnia rzeczywiście może mieć coraz poważniejsze powody do wyjazdu z Polski. Ale czy ktoś ma dla niej dzisiaj jakąkolwiek poważną ofertę?

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułNiemcy zastąpią gaz z Rosji surowcem z USA. Sprowadzą go do pływających terminali
Następny artykułPolska europejskim prymusem w równości płac kobiet i mężczyzn!