Dyrygujący w skali całej „planety” biurokraci uradzili, że gwoli ratowania jej przed zagładą należy reglamentować spalanie paliw kopalnych. I tak powstała nowa gałąź gospodarki w postaci wypłukiwania złota z powietrza – pisze w swoim najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

„Z wszystkiego można szmal wydostać, tak jak za okupacji z Żyda” – pisze Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”. Rzeczywiście, w tej dziedzinie pomysłowość ludzka jest niewyczerpana i na przykład Stanisław Lem zauważył, że prawdziwie wielki przemysł nie tyle zaspokaja potrzeby, co je stwarza. Wymaga to oczywiście wielu uprzednich zabiegów, by w ludziach takie potrzeby  rozbudzić – co też jest przedsięwzięciem dochodowym. Chodzi oczywiście o reklamę, która jej producentom przynosi zyski, a przy okazji – również producentom towarów reklamowanych. Znakomitym tego przykładem jest promocja wina Beaujolais Nouveau – o  czym zresztą wcześniej pisałem. O ile jednak kiedyś reklama miewała zasięg terytorialnie stosunkowo niewielki, o tyle teraz, kiedy masowa produkcja zyskała zasięg globalny, również reklama musi być prowadzona w tej skali.

W latach 20. marszałek Piłsudski w jednym ze swoich przemówień, usiłując podać przykład jakiegoś oczywistego absurdu, powiedział, żeby słuchacze wyobrazili sobie, iż założył on spółkę do wypłukiwania złota z powietrza. Ponieważ każda rzucona myśl prędzej czy później znajdzie swego amatora, to również tamten pomysł doczekał się realizacji i to na skalę masową.  Wypłukiwanie złota z powietrza musiało jednak zostać poprzedzone stosownymi odkryciami naukowymi – a jeśli pojawia się tak zwane społeczne zapotrzebowanie na naukowe odkrycie, to prędzej czy później jakiś wynalazca go dokona. W przypadku wypłukiwania złota z powietrza najpierw pojawiło się odkrycie globalnego ocieplenia, które zagraża dalszemu istnieniu „planety”. Okazało się jednak, że to odkrycie obarczone jest zbyt dużym ładunkiem kontrowersji, toteż kolejny wynalazca nieco je zmodyfikował i zamiast, a właściwie obok, globalnego ocieplenia wynalazł „zmiany klimatyczne”. Ten wynalazek zapewniał całemu przedsięwzięciu całkowite bezpieczeństwo, bo klimat – jak to klimat – cały czas się zmienia.

Co prawda przyczyny tych zmian nie mają wiele wspólnego z działalnością człowieka, bo na przykład po mroźnej zimie następuje upalne lato – ale nie dlatego, że taki rozkaz wydał sekretarz generalny ONZ, tylko dlatego, że nieznacznie zmienia się kąt padania promieni słonecznych na powierzchnię „planety”, na co ludzkość w ogóle nie ma żadnego wpływu. Zmiany klimatyczne bywają zresztą głębsze. Na przykład w epoce kredy na „planecie” było znacznie cieplej niż dzisiaj. Poziom mórz był wyższy od obecnego o 200 metrów, bo cała występująca na Ziemi woda znajdowała się w stanie płynnym i nawet  na biegunach nie było czap lodowych. A przecież 250 mln lat temu nie było na „planecie” ani ludzi, ani przemysłu, który dzisiaj jest oskarżany przez „aktywistów” w rodzaju niestabilnej emocjonalnie szwedzkiej panny Grety Thunberg o zatruwanie atmosfery zbrodniczym dwutlenkiem węgla. Ciekawe, skąd panna Greta wie takie rzeczy, skoro nie bierze udziału w lekcjach, zwłaszcza lekcjach chemii, bo w obronie „planety” prowadzi nieustanny strajk polegający na wagarowaniu?

Mniejsza jednak o to, bo w późniejszych epokach geologicznych, naszej nie wyłączając, klimat na „planecie” się ochłodził do tego stopnia, że nawet nawiedziło ją aż pięć poważnych zlodowaceń. Wszystkie te bardzo poważne zmiany następowały albo przy braku gatunku ludzkiego, albo w okresach, kiedy ludzie wprawdzie już się pojawili, ale jeszcze nie zbudowali przemysłu.

Wygląda tedy na to, że zmiany klimatyczne nie mają nic wspólnego z działalnością człowieka. Jednak takiego poglądu przyjąć nie można, bo z tego nie dałoby się chyba wydostać żadnego szmalu. Zatem nie ma innej rady, jak zmusić ludzkość, by bez zastrzeżeń, niczym marksizm w Związku Radzieckim, przyjęła pogląd, jakoby zmiany klimatyczne były spowodowane przede wszystkim działalnością człowieka, a w szczególności – spalaniem paliw kopalnych, zwłaszcza węgla kamiennego. Ten wynalazek pozwolił uruchomić zupełnie nową gałąź gospodarki w postaci wypłukiwania złota z powietrza.

Polega ono na tym, że dyrygujący w skali całej „planety” biurokraci uradzili, że gwoli ratowania jej przed zagładą należy reglamentować spalanie paliw kopalnych. Nie tyle spalanie, co emisję zbrodniczego dwutlenku węgla, który – jak wiadomo – jest produktem tego spalania. Reglamentacja zaś polega na tym, że państwa mądre i silne – chociaż nie wszystkie – ustanowiły limity emisji dwutlenku węgla w ten sposób, by państwa głupie i słabe musiały sobie dokupować dodatkowe limity emisji zbrodniczego gazu w państwach mądrych i silnych. Dzięki temu rozwinęła się zupełnie nowa gałąź wielkiego przemysłu – przemysłu wypłukiwania złota z powietrza. Nigdy jednak nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. Otóż w pierwotnej postaci wiekopomnego  wynalazku uznano, że dwutlenek węgla ma charakter zbrodniczy w każdej formie, bez względu na to, ze spalania jakiego paliwa powstaje. Tymczasem wcale nie musi tak być, zwłaszcza w sytuacji, gdy w ramach strategicznej partnerstwa niemiecko-rosyjskiego kończony jest właśnie gazociąg Nord Stream 2, a w Unii Europejskiej nakazano „neutralność klimatyczną”, przede wszystkim w postaci „dekarbonizacji”, czyli spalania węgla kamiennego. Państwa głupie i słabe – wśród nich również nasz nieszczęśliwy kraj – na „dekarbonizację” się zgodziły, dzięki czemu Niemcy położyli fundamenty pod monopol na sprzedawanie rosyjskiego gazu całej Europie.

Jak powiadają gitowcy, „wszystko gra i koliduje” – ale nie do końca. Chodzi o to, że zbrodniczy dwutlenek węgla powstaje nie tylko podczas spalania węgla, czy ropy, ale również podczas spalania gazu. Ale chyba nie można dopuścić do sytuacji, w której mogłyby pojawić się oskarżenia, że Niemcy, gwoli osiągnięcia zysków ze swego monopolu, zatruwają „planetę” zbrodniczym dwutlenkiem, narażając ją na najgorsze paroksyzmy. Pojawiło się tedy zapotrzebowanie społeczne na kolejny wynalazek i od Nowego Roku wszedł on w życie. Okazało się bowiem, że wprawdzie przy spalaniu gazu dwutlenek węgla powstaje, ale – w odróżnieniu od dwutlenku węgla powstającego przy spalaniu węgla czy ropy – jest on nie tylko zupełnie nieszkodliwy, ale nawet pożyteczny dla „planety”. To tak jak z cholesterolem: jeden jest „dobry”, a drugi „zły”. Skoro może tak być z cholesterolem, to dlaczego nie z dwutlenkiem węgla?

W tej sytuacji, zwłaszcza kiedy uruchomiony zostanie gazociąg Nord Stream 2, Rosja nie będzie już miała powodu, by zakręcać kurek z gazem – chociaż w niektórych środowiskach pokutuje jeszcze opinia, że lepiej, gdy Rosjanie zakręcają gaz, niż gdyby Niemcy miały go odkręcać.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułKAS obiecuje, że na razie nie będzie karać przedsiębiorców za Polski Ład
Następny artykułWraca pomysł oskładkowania zleceń