Nikt nie dostrzegł wejścia w politykę Donalda Trumpa w 2016 roku. Mimo że spotyka się on z wieloma sprzeciwami i jest uosobieniem porażki populizmu, wszystko w kontekście wyborów może się zdarzyć – pisze Gérard Araud w „Le Point” z 24/07/2020.

Sondaż po sondażu Joe Biden nie przestaje zwiększać swojej przewagi nad Donaldem Trumpem. Obecnie jego przewaga nad przeciwnikiem wynosi 9 – 15 punktów. We współczesnej historii Stanów Zjednoczonych nigdy żaden kandydat na fotel prezydenta nie był w stanie nadrobić takiej straty na trzy i pół miesiąca przed wyborami. Instytut sondażowy, który kilka dni temu wyliczył szanse Bidena na wygraną w wyborach na 90 procent, właśnie podniósł to prawdopodobieństwo do poziomu 93 procent. Analitycy życia politycznego, którzy do tej pory byli wstrzemięźliwi w szacowaniu, że reelekcja Trumpa może się nie udać, są coraz mniej ostrożni w tej kwestii i coraz śmielej mówią o możliwej przegranej Trumpa.

W 2016 roku analitycy nie dostrzegli Trumpa

Po lekcji, jaką analitycy dostali w 2016 roku – a był to precedens, który polegał na tym, że większość z nich wcale nie zauważyła nadejścia Trumpa – teraz wahają się przed zajęciem wyraźnego stanowiska. Tymczasem ostatnie wydarzenia zmuszają ich do wyjścia z neutralnych pozycji i stwierdzenia czegoś oczywistego, a mianowicie, że właśnie ma miejsce mocna erozja bazy wyborczej D.Trumpa.
Wydaje się, że umiarkowani republikanie porzucają go stopniowo i w coraz większej liczbie, wraz z jego kolejnymi wypowiedziami, które pokazują, że prezydent zaczyna grać bardziej twardo, ale też pokazuje brak kompetencji w walce z epidemią Covid-19. Nawet wśród ewangelików słychać głosy, na razie odosobnione, przypominające o wartościach chrześcijańskich, które Trump naprawdę źle uosabia.

W pewnym sensie epidemia obnażyła ograniczenia, jakie istnieją w funkcjonowaniu populistycznej administracji Trumpa. Walka z epidemią wymagała konsekwentnego i rygorystycznego zarządzania, współpracy wszystkich podmiotów (co jest szczególnie ważne w kraju związkowym) i podkreślania wysiłków, jakie realizowane są w skali kraju, tymczasem Trump zrobił coś odwrotnego.
Ten populistyczny przywódca domaga się prostych rozwiązań i wrogów, z którymi mógłby walczyć, a jednocześnie gardzi biurokratami. Trump wolał skupić się na poszukiwaniu cudownego leku zamiast realizować niewdzięczną, ale konieczną politykę autoizolacji domowej – (politykę, której zresztą nigdy tak naprawdę nie zaakceptował), a równocześnie hojnie rzucał oskarżenia za rozwój epidemii winiąc cały wachlarz ludzi – od Chińczyków po Demokratów. Trzeba też dodać, że prezydent szybko odciął się od epidemiologów, którzy tymczasem teraz podnoszą alarm i wreszcie, za wcześnie zaczął zachęcać do odmrażania gospodarki.

Populistyczna prostota tonie

Jedną z cech populizmu jest odrzucenie złożoności w imię zdrowego rozsądku. W obliczu epidemii o takich rozmiarach, której objawy pozostają nadal częściowo nieznane, przywódcy krajów są skazani na błądzenie po omacku, na popełnianie błędów, na przyjmowanie rozwiązań połowicznych, czy też tymczasowych; są zmuszeni do wybierania między zdrowiem a gospodarką, przy czym wiedzą, że przy takiej polityce ryzykują, że staną się niepopularni. A to jest to, czego jakiś Trump czy Bolsonaro nie są w stanie zaakceptować w świecie, w którym funkcjonują: w świecie, w którym to oni mają rację, podczas gdy inni nie, w świecie w którym jeden czy drugi odmawia przyznania się do najmniejszego błędu. Tak więc, gdyby Trump został pokonany 3 listopada, oznaczałoby to poniekąd (mówiąc poetycko) rozbicie się prostego populizmu o swoisty szkier złożoności świata.

Z uwagi, że ja sam byłem całkowicie zaskoczony zwycięstwem Trumpa 8 listopada 2016 roku, mam teraz skłonność, podobnie jak wielu amerykańskich ekspertów, do „nadmiernej ostrożności” i jestem bardzo podejrzliwy wobec wszelakich sondaży. Rozsądek podpowiada mi jednak, że Trumpowi, nawet jeszcze przed epidemią, nie udało się poszerzyć swojej bazy wyborców, a przecież w poprzednich wyborach w trzech stanach zdobył zaledwie kilka tysięcy głosów więcej niż jego przeciwnik, a jednocześnie przegrał o ponad dwa i pół miliona głosów, gdy weźmiemy pod uwagę całą liczbę uprawnionych do głosowania.

Rozsądek podpowiada mi też, że jedyny atut prezydenta, jakim był dobrobyt gospodarczy, już nie jest sprawą aktualną, a prezydent sprawia obecnie wrażenie kogoś kto zgubił drogę. Powtarza obsesyjnie swoje teorie spiskowe i jest niezdolny do przedstawienia spójnego programu na drugą kadencję. Wiem, że wielu konserwatywnych Amerykanów nie może już dłużej znieść jego zachowania, któremu brak jest godności.

Przejściowy prezydent, który uspokoi nastroje

Wreszcie, jeśli mielibyśmy wymieniać atuty J. Bidena to na przykład taki, że jest on w stanie przyciągnąć swoim nazwiskiem niezwykle szerokie spektrum wyborców, których łączy głęboka niechęć do ustępującego prezydenta. Wszyscy wiedzą, że jest on politykiem umiarkowanym, dalekim od bycia szorstkim i będzie sprawował urząd tylko przez jedną kadencję, zważywszy jego podeszły wiek. Rzeczywiście byłby to prezydent przejściowy, który uspokoi nastroje w kraju, dążąc do jedności i pojednania, gdyż nie może już znieść codziennych polemik, jakie tworzy i podsyca ustępujący prezydent.

Napoleon podobno powiedział kiedyś: „Kiedy wróg popełnia błąd, nie przerywajcie mu”‘. Najwyraźniej to jest właśnie strategia Bidena, który pozwala Trumpowi wypełniać ekrany telewizorów i pokazywać swój coraz większy brak empatii, agresywność i obojętność na katastrofę epidemiologiczną, której doświadczają Stany Zjednoczone. Jeden z moich przyjaciół, demokrata, powiedział mi z uśmiechem: – Wystarczy, że Biden nie będzie opuszczał swojego salonu (i nie zarazi się wirusem). Natomiast, słysząc takie słowa, ja sam na nowo staję się ostrożny i zaczynam zastanawiać się, czy zredukowanie nadchodzących wyborów do jednego referendum na temat popularności Trumpa nie jest niebezpieczne. Zaczynam też przypominać sobie, jak bardzo wiekowy jest Biden w porównaniu ze swoim przeciwnikiem, który – przeciwnie – jest wulkanem energii. Zastanawiam się przy tym, jak potoczą się trzy debaty, które ekipy obu kandydatów zaakceptowały, i w których po jednej stronie stanie Trump zdolny do głoszenia nieprawdy i do zadawania ciosów poniżej pasa (używając do tego słów, które na długo zapadają w pamięć), a po drugiej będzie Joe Biden z jego częstymi i żenującymi wpadkami, który bywa nieobecny podczas rozmowy.

Innymi słowy – nie jestem do końca przekonany, że wszystko już jest rozstrzygnięte.

Źródło: Gérard Araud/„Le Point”