Po co jest gospodarka? O tym najnowszy felieton Stanisława Michalkiewicza:

Któż z nas nie zadawał w dzieciństwie tak zwanych głupich pytań? Takiego człowieka nie ma, chyba że jest głęboko upośledzony umysłowo i zupełnie pozbawiony ciekawości świata. Dzięki takim pytaniom, na które dorośli rozmówcy dziecka starają się odpowiadać, dziecko poznaje świat, rządzące nim zasady i w ten sposób przygotowuje się do normalnego funkcjonowania również w życiu dorosłym.

Ale to funkcjonowanie może być normalne pod warunkiem, że na głupie pytania dziecka dorośli starają się udzielać mu odpowiedzi prawdziwych, a nie politycznie poprawnych, to znaczy – mówią mu, jak jest, a nie – jak Pani Wychowawczyni chciałaby, żeby było. Jeśli udzielają mu odpowiedzi nieprawdziwych, dziecko dopiero w przyszłości może mozolnie odtworzyć sobie prawdziwy obraz świata albo już na zawsze utrwali sobie jego obraz doktrynerski. Odnoszę wrażenie, że takich właśnie doktrynerów mamy coraz więcej, wskutek czego świat współczesny staje się miejscem coraz trudniejszym do wytrzymania.

Ale nie tylko dzieci zadają głupie pytania. Zadają je również ludzie dojrzali. Na przykład pewien Niemiec postawił kiedyś głupie pytanie, dlaczego właściwie w nocy jest ciemno? Heinrich Olbers, odpowiadając na postawione przez siebie pytanie, twierdził, że jeśli Wszechświat jest nieskończenie wielki, to w każdym punkcie nocnego nieba powinna znajdować się gwiazda, a nawet – wiele gwiazd. W takiej sytuacji nocne niebo jarzyłoby się jaskrawym światłem i nie byłoby żadnych nocnych ciemności. Skoro tedy w nocy jest ciemno, to nieomylny to znak, że Wszechświat nie jest nieskończenie wielki. Ta inspirowana głupim pytaniem odpowiedź znana jest jako paradoks Olbersa, który pokazuje, że odpowiedzi na głupie pytania mogą być szalenie inspirujące.

Zachęceni tym przykładem postawmy głupie pytanie, po co właściwie jest gospodarka – a więc produkowanie dóbr i usług oraz ich dystrybucja? Istnienie gospodarki jest następstwem tak zwanej „rzadkości”, to znaczy – mniejszej podaży dóbr i usług niż potencjalny popyt na nie. Gdyby dobra i usługi nie były „rzadkie”, żadna gospodarka nie byłaby potrzebna, bo każdy by korzystał z jednych i drugich wedle uznania. Taka sytuacja miała nastąpić w komunizmie, ale chociaż teoretycy komunizmu chcieli dobrze, to wyszło jak zawsze, a nawet gorzej, bo – jak pamiętamy – system ten charakteryzował się permanentnym deficytem dóbr i usług. Możliwe, że Karol Marks, który – mówiąc nawiasem – proletariuszy, to znaczy robotników, znał głównie z gazet, inspirował się w swoich wizjach biblijnymi opowieściami o tym, jak to Izraelici na pustyni karmieni byli przez Stwórcę Wszechświata manną i przepiórkami. Ciekawe, że Stwórca Wszechświata nie tylko nie nakłaniał Izraelitów do prowadzenia jakiejś gospodarki, ale przeciwnie – wręcz im tego zakazywał i do tego zniechęcał, bo kiedy tylko któryś usiłował uzbierać sobie nadwyżkę manny, to zaraz mu się zaśmierdziała i nie nadawała się już do niczego. Czyż nie było to podobne do podstawowego postulatu Marksa: „każdemu według potrzeb”?

Tymczasem rzadkość sprawia, że fenomen z manną i przepiórkami już nigdy więcej się nie powtórzył, w związku z czym wygląda na to, że istnienie gospodarki jest absolutnie konieczne.

Skoro tedy gospodarka musi istnieć, to co nam szkodzi postawić głupie pytanie – po co właściwie ona istnieje? Czy po to, by dymiły kominy, by kręciły się koła, by ludzie chodzili do pracy i tak dalej? Nawiasem mówiąc, obecnie kominom dymić już nie wolno, bo trzeba ratować planetę przed zagładą, którą wieszczy nie tylko niestabilna emocjonalnie panna Greta Thunberg, ale i sprytny pan Szymon Hołownia. Dopóki jednak planeta istnieje, spróbujmy odpowiedzieć na głupie pytanie – czy gospodarka przypadkiem nie istnieje dla konsumpcji? Gdyby bowiem gospodarka istniała dla produkcji, to z pewnością produkowany byłby chleb z cementu, przy którego wytworzeniu też trzeba by się niemało napracować. Jednak nie słychać, by ktoś takie rzeczy robił, więc gospodarka prawdopodobnie istnieje dla konsumpcji.

To spostrzeżenie pociąga za sobą wiele doniosłych konsekwencji, niczym paradoks Olbersa. Skoro gospodarka istnieje dla konsumpcji, to nietrudno zgadnąć, że spełnia one swoje zadanie, gdy konsumpcja rośnie. W przeciwnym razie od razu czujemy, że z gospodarką dzieje się coś złego i potrzebne jest jakieś remedium. No tak – ale nie zawsze gospodarka spełnia swoje zadanie, gdy rośnie konsumpcja – bo wzrost konsumpcji wcale nie musi być dowodem dobrej kondycji gospodarki – jeśli na przykład zadłużenie rośnie jeszcze szybciej. Jeśli konsumpcja rośnie dzięki zadłużeniu, to nie wróży to nic dobrego, bo oznacza, że wprawdzie wypiliśmy i zakąsiliśmy nie za to, co wytworzyliśmy i sprzedaliśmy, tylko na poczet tego, co kiedyś wytworzymy i sprzedamy. A co będzie, jak nie wytworzymy i nie sprzedamy – a dług trzeba będzie oddać? Wprawdzie nie ma już dzisiaj więzień za długi, ale za to, z tego samego tytułu, mamy do czynienia z niewolnictwem. Zaciągnięty dług trzeba bowiem „obsługiwać”, czyli płacić wierzycielowi procenty. W rezultacie dłużnicy są wpychani w coraz większą niewolniczą zależność od swoich wierzycieli, bo muszą oddawać im coraz większą część bogactwa, jakie mimo wszystko wytwarzają. A istota niewolnictwa polega przecież na tym, że niewolnik musi pracować na swojego pana, czy mu się to podoba, czy nie. W takiej sytuacji musimy do naszej odpowiedzi na głupie pytanie wprowadzić niezbędną korektę: gospodarka spełnia swoje zadanie wtedy, gdy konsumpcja rośnie przy braku zadłużenia.

Inną konsekwencją odpowiedzi na pytanie, po co jest gospodarka, jest kryterium oceny różnych ekonomicznych polityk. Polityka prowadząca do zmniejszenia konsumpcyjnych możliwości obywateli nie może być dobra. I nie chodzi tu o dobrowolną oszczędność, czyli odkładanie konsumpcji w celu stworzenia nadwyżek. Istnienie takich nadwyżek jest bowiem dla gospodarki korzystne, bo umożliwiają one kredyt. Im więcej pieniędzy zostało zaoszczędzonych, tym łatwiej uzyskać kredyt, który w dodatku nie jest drogi, bo w sytuacji dużej podaży nadwyżek finansowych ich właściciele nie mogą żądać zaporowych opłat za korzystanie z ich pieniędzy. Szkodliwa jest polityka skutkująca zmniejszeniem konsumpcyjnych możliwości obywateli bez zwiększania oszczędności. Taką polityką jest na przykład tzw. ochrona rynku. Krajowi producenci wichajstrów sprzedawanych po 5 złotych nakłaniają rząd do nałożenia na importowane wichajstry chińskie, sprzedawane dotychczas po 3 złote, ceł zaporowych. W rezultacie chińskie wichajstry kosztują już po 6 złotych, zatem krajowi nabywcy wichajstrów wolą kupować krajowe za 5 złotych. Rynek wprawdzie jest „ochroniony”, ale w rezultacie zmniejszają się możliwości konsumpcyjne obywateli. Jeśli za wichajster płacili 3 złote, to za dodatkowe 2 złote mogli kupić coś jeszcze innego. Skoro jednak muszą za krajowy wichajster zapłacić 5 złotych, to już żadna nadwyżka im nie zostaje, więc już nie kupią innych towarów. Producenci tych towarów, na przykład – makagigi, będą musieli zmniejszyć produkcję, zwolnić część pracowników, których konsumpcyjne możliwości zostaną wskutek tego drastycznie zmniejszone, więc nie będą mogli oni kupić tego, co przedtem kupowali – i tak dalej.

I pomyśleć, że dowiedzieliśmy się o tym wszystkim dzięki postawieniu głupiego pytania: po co jest gospodarka?

Stanisław Michalkiewicz