Andrzej Duda wyraźnie stawia na duże projekty inwestycyjne. Nie ma co się dziwić, znaczna część z nich ma być realizowana w ramach inicjatywy Trójmorza, której obecny prezydent patronuje od samego początku. Trudno zatem zarzucić Dudzie, że nagle zainteresował się tematem, głównie na potrzeby kampanijnego wyścigu. Proponowana przez prezydenta filozofia polityki gospodarczej ma solidne ekonomiczne fundamenty. Polska jest przyzwoicie skomunikowana na kierunku Wschód – Zachód. Spore zaległości są do nadrobienia na kierunku Północ – Południe. A przedsięwzięcia inwestycyjne w ramach Trójmorza koncentrują się właśnie na tym obszarze.

To dla naszego kraju niezwykle ważne. Lepsza komunikacja transportowa to priorytet. Oprócz tego ważne jest także połączenie tworzących ten projekt państw siecią energetyczną. Dostarczany do Polski np. drogą morską gaz mógłby być następnie redystrybuowany do pozostałych krajów Trójmorza. Moglibyśmy w ten sposób stać się hubem gazowym, dbając jednocześnie o bezpieczeństwo energetyczne regionu. To z oczywistych względów powinien być cel władz naszego kraju.

I te obecne ewidentnie taką potrzebę dostrzegają. Należy przy tym pamiętać o skali, jaka wiąże się z realizacją wspomnianych inwestycji. Te drogowe to szacowany koszt na poziomie 290 mld euro do 2030 – podaje firma analityczna SpotData. Jeśli chodzi o rozbudowę sieci energetycznych, podmiot ten wymienia kwotę 87 mld euro w ciągu najbliższych 10 lat. Bez państwowego zaangażowania i koordynacji na poziomie centralnym nie da się tych przedsięwzięć zrealizować. Ani finansowo, ani operacyjnie.

Tymczasem Rafał Trzaskowski proponuje program…”Inwestycje za rogiem”. Lokalne społeczności miałby decydować o budowie takich obiektów, które zostaną uznane za niezbędne przez okolicznych mieszkańców. Brzmi świetnie, samorządność i samodzielność w pełnej krasie. Tylko że takie inicjatywy mogą mieć miejsce już teraz, nic nie stoi na przeszkodzie, aby Trzaskowski robił podobne rzeczy w Warszawie zamiast np. słynnej strefy relaksu, czy wypasu kóz nad Wisłą. Ma do tego pełne prawo. On woli jednak stawiać fałszywą alternatywę, jakoby Polacy mieli do wyboru albo przedsięwzięcia duże i strategiczne, albo małe i lokalne. Wyczytał najpewniej z sondaży, że taki przekaz da mu parę punktów poparcia ekstra. Zarzuca obecnej władzy megalomanię, proponując w zamian swego rodzaju gospodarcze rozbicie dzielnicowe. Poniechanie wiodącej roli państwa i zastąpienie jej samorządami to jednak nieporozumienie.

Władze lokalne i centralne mają inny zakres obowiązków, wskazywanie na postawienie basenu w małej miejscowości jako zamiennik dla rozbudowy polskiej infrastruktury drogowej i energetycznej to nic więcej jak zwykła aberracja. Opowiadanie takich rzeczy w kampanii wyborczej świadczy o braku elementarnych kompetencji do objęcia urzędu głowy państwa. Dziwi, że kandydat z poważnymi szansami na drugą turę nie ma oporów, aby robić z tego typu propozycji jeden z wiodących wątków swojej kampanii.

Polska w najbliższych latach potrzebuje inwestycji, wciąż mamy duże braki w infrastrukturze drogowej, powinniśmy także stawiać na bezpieczeństwo energetyczne i dywersyfikować źródła dostaw surowców. Państwo odpowiadając za te przedsięwzięcia, musi również dbać o to, aby było one realizowane przez polski kapitał i służyły trwałemu powiększaniu potencjału polskiej gospodarki. To kwestia pryncypiów o strategicznym charakterze. Szkoda, że Rafał Trzaskowski tego nie rozumie.