Umiędzynarodowienie konfliktu granicznego z Białorusią opłaca się nam nie tylko militarnie, ale również wizerunkowo. Jeszcze bardziej opłaca się jednak umiędzynarodawianie prewencji przed kolejnymi, mniej lub bardziej krwawymi, zaczepkami. Narzędzi ku temu dostarcza globalny kapitalizm i przeszczepianie rozwiązań widocznych już teraz w strategii niektórych państw mniejszych niż Polska.

Historia przyspiesza i widać to nawet w przygranicznych wsiach na Podlasiu. Wojna hybrydowa nie jest nowym wynalazkiem, jej narzędzia ostrzono nie tylko w Donbasie, świetnie radzili sobie z nimi także Józef Piłsudski i Lucjan Żeligowski zdobywający dla przedwojennej Polski Wilno właśnie metodami dezinformacji i nieregularnych działań. Szansa na to, że wkrótce zobaczymy kolejne kieszonkowe wojny pogranicza, akcje prowadzone przez zielone ludziki i konflikty, które zgodnie z potrzebami będzie można zamrażać lub odmrażać, jest oczywiście duża. Bo taka strategia prowadzenia działań zaczepnych wyraźnie się opłaca. Dlatego będzie używana. I umiejący zarządzać nimi politycy, wojskowi i medialni gatekeeperzy już teraz wiedzą, jak to robić. Polska, europejski kraj średni, może nie mieć niezbędnych narzędzi do tego, aby zawsze skutecznie odpierać takie ataki. Trzeba nam więc innej strategii niż czekanie na to, aż kolejny konflikt przy granicy ociepli się do temperatur dosłownie morderczych.

Kluczem jest współpraca i współdziałanie. Najpierw ta doraźna, polegająca na współdzieleniu polsko białorusko-rosyjskiej wojny hybrydowej z krajami naszego kręgu cywilizacyjnego, a więc krajami Unii Europejskiej i NATO. Potrzebna jest na polskiej granicy nie tylko obecność Frontexu, ale też opiniotwórcza rola europejskich mediów, które rozumieją, w co grają Łukaszenka i Putin. Innym rodzajem współdzielenia, tym razem już jednak prewencji przed przyszłymi konfliktami, jest globalny kapitalizm i zdolność do tworzenia wysublimowanych międzynarodowych powiązań. Powinniśmy z niej skorzystać.

Alokacja kapitału w Polsce przez koncerny z innych krajów powoduje, że mają one interes w tym, aby bronić Polski w razie jej problemów. I lobbować w swoich państwach właśnie o to. Niełatwo jest umierać za Gdańsk, ale prędzej ktoś zadeklaruje pomoc, jeśli od tego będą zależały słupki obrazujące jego zysk, a nie cudzy. Możemy mieć zapięty na naszej suwerenności pas bezpieczeństwa. Powinien on składać się z łańcuchów dostaw towarów i usług. Owszem, już teraz współpracujemy i Polska wykorzystuje swoje zalety jako miejsce do inwestowania. Ale moglibyśmy być w tym lepsi.

Stabilność prawa, jego przejrzystość, łatwość otwierania firmy i przewidywalność systemu podatkowego – to czynniki broniące nas przed nieprzyjemnościami, a przy okazji wytwarzające zysk. Dobry księgowy pomagający założyć w Polsce biznes międzynarodowemu koncernowi robi dla naszego bezpieczeństwa równie dużo, co regularne ćwiczenia sojuszników na naszym terenie i ich stała obecność. Libertarianin, a właśnie z pozycji libertariańskich jest pisany ten felieton, patrzy na wydatki na wojsko jako na zło konieczne. Musimy je ponosić nie dlatego, że armia to doskonały sposób na umieszczanie nadwyżek finansowych. Płacimy na wojsko dlatego, że płacą na nie też inne kraje. Żółwiowi może i ciąży skorupa, ale póki drapieżcy mają kły i pazury, to opłaca się ją mieć. Opłaca się też coś jeszcze i to coś, co każdemu libertarianinowi podoba się już dużo bardziej. Chodzi o takie zasady prowadzenia działalności gospodarczej, które zachęcają do otwarcia i prowadzenia firmy, a obcokrajowców do inwestowania. Te zasady powinny jednak obowiązywać również i polskie przedsiębiorstwa, które mogą być jeszcze atrakcyjniejszymi kontrahentami na globalnym rynku.

Uczmy się jednak od innych, miksujmy strategie. Austriackie – chodzi o republikę, nie o szkołę w ekonomii – podejście do wojny, swoista obrona totalna i zrobienie z kraju czegoś na kształt jeża, to ewentualność, do której powinniśmy się szykować. Ale też mieć nadzieję, że nigdy do niej nie dojdzie. Podejście estońskie, zrobienie z małego kraju ważnej, kupieckiej republiki, jest równie istotne. Estonia dzieli z nami problematycznego, wschodniego sąsiada. Estończycy dobrze wiedzą, że z racji niewielkiej populacji i małej armii długo nie utrzymają swoich linii obrony. Z góry więc szykują się na wojnę partyzancką. Ale też na to, aby nigdy do niej nie doszło. Łatwość zainwestowania w Estonii jest duża. Łatwość prowadzenia biznesu – jeszcze większa i to jest ten atut, który powinna mieć też Polska, aby skutecznie przyciągać coraz więcej inwestorów. I dzięki dobremu prawu pomagać też polskim firmom stawać się coraz większymi – po to, aby mogły inwestować gdzie indziej, osiągać zysk i przy okazji wzmacniać splot gospodarczego pasa bezpieczeństwa.

Marcin Chmielowski