Grupa intelektualistów, naukowców, pisarzy, dziennikarzy i muzyków wywołała bunt przeciwko dyktaturze lewicowej myśli. Wszyscy oni podpisali w tym tygodniu list otwarty w prestiżowym czasopiśmie „Harper’s”, w którym walczą z „nietolerancyjnym klimatem” w USA.

Termin „woke” – rodzaj ciągłej świadomości o rzeczach, które mają znaczenie – pochodzi z afroamerykańskiego slangu, i stał się powszechny w ostatnim dziesięcioleciu w związku z byciem aktywnym i świadomym kwestii sprawiedliwości rasowej i społecznej. Cytat jest z listopada ubiegłego roku i pochodzi od Baracka Obamy.

– Istnieje niebezpieczeństwo, szczególnie wśród młodych ludzi i na uniwersytetach: założenie, że ​​aby osiągnąć zmianę, trzeba umoralniać innych ludzi i to wystarczy – kontynuował poprzedni prezydent Stanów Zjednoczonych. – To nie jest bycie aktywistą i takie podejście nie wywołuje zmian. Jeśli wszystko, czego chcesz, to ukamienować kogoś, nie zajdziesz daleko.

Do tej pory dyktatura myśli lewicowej w Stanach Zjednoczonych zyskała wielką popularność, szczególnie na uniwersytetach i w mediach. Reakcja na śmierć George’a Floyda w Minneapolis w maju tego roku – ostatni przykład represjonowania czarnej mniejszości przez policję – jeszcze bardziej poruszył opinię publiczną. Podczas masowych protestów w całym kraju przeciwko nadużyciom i rasizmowi strukturalnemu narzucono najbardziej radykalne żądania, takie jak cięcia budżetowe w policji, a nawet jej zniesienie. Od domagania się usunięcia posągów Konfederatów, którzy walczyli na rzecz utrzymania niewolnictwa podczas amerykańskiej wojny domowej, do promowania niszczenia wszelkiego rodzaju zabytków – od pomników Ulissesa Granta po Krzysztofa Kolumba, od Thomasa Jeffersona do misjonarza Junípero Serra i do historycznego rewizjonizmu w jakiejkolwiek postaci. Instytucje – od muzeów po uniwersytety, od fundacji po duże firmy – odczuwają presję, by wydawać potępiające rasizm oświadczenia.

W tym tygodniu grupa intelektualistów, naukowców, pisarzy, dziennikarzy i muzyków wywołała bunt przeciwko tej dyktaturze myśli: podpisali list otwarty w prestiżowym czasopiśmie „Harper’s”, w którym walczą z „nietolerancyjnym klimatem” w USA. Większość sygnatariuszy należy do prądów progresywnych, ale stanowią oni heterogeniczną grupę: są lewicowcy tacy jak Noam Chomsky i neokonserwatyści jak Francis Fukuyama; odnoszący sukcesy pisarze, tacy jak Salman Rushdie, JK Rowling lub Margaret Atwood i niektórzy mniej znani, tacy jak Adam Hochschild; jest legenda jazzu Wynton Marsalis, choreograf Bill T. Jones, słynna feministka Gloria Steinem; tuzy dziennikarstwa amerykańskiego, tacy jak George Packer lub David Frum; w sumie około 150 osób. Są białymi, czarnymi, latynoskimi, chrześcijańskimi, żydowskimi, muzułmańskimi, starszymi lub młodszymi ludźmi. Ich śmiałość została intensywnie zaatakowana w sieci.

Autorzy potwierdzają, że żądania reformy policji oraz większej równości i integracji we wszystkich obszarach społeczeństwa są konieczne i spóźnione. Ostrzegają, że problemem jest to, że „przebudzeniu”, którego doświadczyły Stany Zjednoczone podczas protestów w związku ze sprawą Floyda, pojawił się „nowy zestaw postaw moralnych i zobowiązań politycznych, które osłabiają nasze normy otwartej debaty i tolerancji na rzecz zgodności ideologicznej” i zakończyło się „formą dogmatu i przymusu”.

„Swobodna wymiana informacji i idei, pożywka społeczeństwa liberalnego, jest coraz bardziej ograniczona”, co sprzyja „pogardzie publicznej” i „ostracyzmowi” oraz rozwiązuje złożone idee z „ślepą pewnością moralną”.

Przykłady w USA w ostatnich czasach są liczne. Szef działu opinii „New York Timesa” James Bennet został zwolniony za opublikowanie opinii republikańskiego senatora wzywającej do militarnej reakcji na gwałtowne protesty. Przewodniczący i prezes zarządu Fundacji Poezji podał się do dymisji po otwartym liście od 1800 osób, krytykującym wypowiedź fundacji na temat śmierci Floyda jako zbyt ostrożną. Coś podobnego wydarzyło się w National Circle of Literary Critics. Politolog stracił pracę za dzielenie się na Twitterze badaniem profesora z Princeton, pokazującym, że brutalne incydenty rasowe w latach 60. spowodowały utratę głosów Partii Demokratycznej. Zeszłego lata profesor z New School – uniwersytetu w Nowym Jorku – został przesłuchany za to, że obraźliwie określił Afroamerykanów, cytując tekst czarnoskórego poety Jamesa Baldwina (student powiedział mu, że pod żadnym pozorem biała osoba może mówić takich słów).

„Zaprzeczamy fałszywemu wyborowi między sprawiedliwością a wolnością, temu, że jedno nie może istnieć bez drugiego” – podsumowują sygnatariusze. „Potrzebujemy kultury, w której jest miejsce na eksperymenty, ryzyko, a nawet błędy”.

List wywołał skandal w mediach społecznościowych, spotkał się z dużą krytyką sygnatariuszy, którzy są oskarżani o bycie grupą uprzywilejowanych ludzi, nie mających problemu z tym, aby ich głosy zostały usłyszane lub podpisane razem z ludźmi, którzy nie są ich sojusznikami. Jedną z najsurowszych krytyków była Emily Van Der Werf, tzw. osoba transpłciowa, z medium Vox. Napisała i opublikowała na Twitterze list do swoich redaktorów, w którym skrytykowała kolegę, Matta Yglesiasa, za podpisanie listu wraz „anty-transowcami” (najwyraźniej miała na myśli Rowling) i „zawoalowanymi aluzjami” przeciwko transpłciowości (nie jest jasne, co miała na myśli). „Jego podpis sprawia, że ​​czuję się mniej bezpiecznie w Vox” – powiedziała. Inni krytykowali to, że sygnatariuszami byli „totalitaryści”, „źli ludzie”. Dwóch sygnatariuszy wycofało się w związku z presją. Wściekła reakcja na list wyjaśnia, lepiej niż cokolwiek innego, przyczynę tego listu.

Źródło: abc.es