William Hazzlit – angielski pisarz żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku – mawiał podobno, że „Jedyną słabością, której nie można wybaczyć, jest hipokryzja”. Nie chodzi więc o bycie narkomanem, złodziejem, antyszczepionkowcem, denialistą czy jawnogrzesznikiem. To właśnie hipokryzja może stanowić brakujący, ósmy grzech główny.

Fot. PAP/EPA

Obecnie kilka zagadnień jest traktowanych przez liberalne elity śmiertelnie poważnie, a pośród nich najważniejsze są kwestie związane ze zwalczaniem pandemii COVID-19, zmian klimatu oraz zabrania bogatym, żeby dać biednym.

W dobie wszechobecnych paparazzi, aparatów fotograficznych ukrytych w obudowach telefonów komórkowych oraz łatwego dostępu do mediów społecznościowych, hipokrytyczne występki celebrytów rzadko uchodzą im na sucho. Pierwszym takim hipokrytą 2020 roku był angielski profesor Neil Ferguson (nie mylić ze szkockim profesorem historii – Niallem Fergusonem). Z wykształcenia ten pierwszy jest fizykiem, który z jakiegoś powodu zajął się epidemiologią. Opracowany przez niego model (wspólnie z innym autorami z Imperial College London) stał się najprawdopodobniej podstawą zmiany strategii pandemicznej w Zjednoczonym Królestwie, a więc zwrotu od woluntarystycznej mitygacji pandemii ku przymusowej kwarantannie ludności. Ferguson zyskał nawet nowy, wiele mówiący przydomek „Professor Lockdown”. Bardziej interesujące jest to, że krótko po ogłoszeniu pierwszego brytyjskiego lockdownu profesora nakryto na poważnym naruszeniu reguł sanitarnych. Przyjął on bowiem w swoim prywatnym mieszkaniu kochankę, przy czym brytyjska prasa donosiła, że chodziło o kobietę zamężną. Sprawa skończyła się rezygnacją profesora z członkostwa w grupie mędrców doradzającej brytyjskiemu rządowi, w istocie rzeczy zwanej „SAGE”.

W jego ślady poszedł nie kto inny, jak angielski minister zdrowia – Matt Hancock. Jurny polityk został nagrany przez kamery przemysłowe w jego miejscu pracy, a więc nigdzie indziej jak w Ministerstwie Zdrowia, gdzie przyłapano go na gorących pocałunkach z doradczynią Giną Coladangelo. W tym przypadku oboje naruszyciele pozostawali zresztą w związkach małżeńskich. Skandal zakończył się rezygnacją ministra, który jeszcze parę dni wcześniej pokrzykiwał na Synów Albionu, że muszą ściśle przestrzegać dystansu społecznego i ostrożnie tulić się nawet do najbliższych członków rodziny.

Kolejnym takim hipokrytą mógł okazać się były prezydent Stanów Zjednoczonych, niejaki Barrack Obama. Internet obiegły bowiem zdjęcia z jego urodzinowej imprezy, na której goście podobno byli zaszczepieni i przetestowani, ale nie kwapili się do noszenia maseczek ani zachowywania dystansu społecznego. Dariusz Matuszak w swoim felietonie zamieszczonym na blogu Warsaw Enteprise Institute napisał, że „Kilkuset gości, których obsługuje 200 osób służby, zjechało z całej Ameryki, a co najmniej jeden – John Kerry, były sekretarz stanu, a teraz specjalny wysłannik prezydenta Bidena ds. walki z globalnym ociepleniem, przyleciał nawet prywatnym odrzutowcem”. Mając na uwadze to, że zbytkowne imprezy dla bogaczy powinny być sprzeczne z progresywnym światopoglądem gospodarza, możemy w tym przypadku ogłosić hipokrytyczny hat trick: trzy naruszenia za jednym zamachem.

Następnie do listy hipokrytów dołączył premier Australii Scott John Morrison. Australia należy do tych krajów, które dotychczas podążały ścieżką eliminacji koronawirusa, inaczej nazywaną strategią „zero COVID”. Wiązało się to z implementacją kilku, czasem długotrwałych i ciężkich lockdownów, które obejmowały takie reguły, jak zakaz wychodzenia z domu na dłużej niż godzinę, przemieszczania się nie dalej niż 5 kilometrów od własnego domu, czy obowiązek skanowania swojej lokalizacji za pomocą kodów QR. Oczywiście australijski rząd należy do jednego z tych, które deklaratywnie ogłaszają przywiązanie do problemu zmieniającego się klimatu. Ani antywirusowa mania, ani nawet troska o klimat nie stanowiły jednak przeszkody do tego, aby australijski premier przeleciał się swoim prywatnym odrzutowcem pomiędzy dwoma stanami objętymi lockdownem, tylko po to, aby zobaczyć się z własnymi dziećmi z okazji Dnia Ojca. W tym czasie media obiegły obrazki przedstawiające zwyczajne rodziny, które musiały się przytulać i pozdrawiać przez barykady na granicach poszczególnych stanów, niekiedy przebiegające przez środek miast.

Ostatnio do grona hipokrytów dołączyła amerykańska kongres(wo)menka Alexandria Ocasio-Cortez. Pieszczotliwie i skrótowo zwana „AOC”, najmłodsza kobieta, której udało się zdobyć miejsce w Kongresie, o korzeniach puertorykańskich, związana z amerykańskimi socjaldemokratami, nie mogła się stać nikim innym, jak tylko ulubienicą progresywnej lewicy. Ostatnio Pani Ocasio-Cortez postanowiła swoje socjalistyczne przesłanie propagować zakładając „designerską” białą suknię z czerwonym napisem „Opodatkować bogatych” („Tax the rich”). Według jej twitterowego oświadczenia, miałoby to pomóc w sprawach „opieki nad dziećmi, zdrowia publicznego i działania na rzecz klimatu dla wszystkich”. A gdzie najlepiej propagować tego rodzaju przesłanie? Oczywiście na nowojorskim balu modowym dla obrzydliwie bogatych ludzi, na który ceny biletów za miejsce – według doniesień prasy – wahały się od 30 do 50 tys. dolarów. Dodatkowo internauci wytknęli postępowej parlamentarzystce, że jako jedna z największych orędowniczek restrykcji przeciwcovidowych, udała się na masowy bal, na którym uczestnicy – w tym sama indagowana – nie zachowywali dystansu i dali się fotografować bez maseczek na twarzy.

Przykłady takie można by mnożyć i pisać chociażby o specjalistach od zdrowia publicznego, którzy domagali się zamykania szkół we własnym kraju, a potem korzystali z edukacji stacjonarnej za granicą. O ministrach zakładających maski tylko do zdjęć ze sportowcami i zdejmującymi je, jak tylko zostaną opuszczone obiektywy aparatów. Szkoda na to czasu.

Felieton zaczął się cytatem, niech się więc nim skończy. Wersja dla uduchowionych: „Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata”. Wersja dla zamerykanizowanych i świeckich „practice what you preach”!