Nauka i technologia powinny być trzymane w ryzach przez zasady bioetyczne, czy szerzej mówiąc przez to, co niewypowiedziane, metafizyczne, niekiedy nawet polityczne – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Nie wiem, jak nazywa się to zjawisko w nowomowie (chodzi o tę ekspercką, od „dezinformacji”, „infodemii”), ale media żyją ostatnio pewnymi sekwencjami tematów, które mają wspólne wątki oraz prezentowane są w analogiczny sposób. Chodzi o zmiany klimatyczne, COVID, inflację, Ukrainę, zatrucie Odry i tak dalej.

Wygląda to mniej więcej tak. Najpierw pojawia się określony pragmatyczny problem, w który zresztą większość przytomnych ludzi wierzy, że naprawdę wystąpił i zaiste jest kłopotliwy. Niemniej skoro wszystkie te zagadnienia są kompleksowe, łączą wątki empiryczne, etyczne i polityczne, dane są początkowo niepełne, a ludzie różnie patrzą na świat, to zaczynają też pojawiać się odmienne propozycje rozwiązań. Jedne zupełnie szalone, inne po prostu suboptymalne, niektóre równoważne, a inne uchodzą za „optymalny konsensus”. Rzecz nie do pomyślenia w średniowieczu i wczesnej nowożytności, bo wtedy obowiązywały powszechnie dogmaty i ich instytucjonalni obrońcy, ale także mniejszościowe herezje i ich gwałtownie tępieni wyznawcy. W pewnym momencie historii swoboda ekspresji i swego rodzaju relatywizm stały się jednak zjawiskami wręcz pożądanymi. Najpierw w całej Europie i to właśnie dlatego, że uważano dominację kościelnego magisterium za wstecznictwo, a brak swobody ekspresji i wolności wyznania za okrucieństwo. Później, w dwudziestowiecznej już Polsce, obywatele zachłysnęli się nową falą wolności, a opozycjoniści – pod wpływem swoich demokratycznych doradców – przekonywali nas, że ważny jest powrót do pełnego pluralizmu. Początkowo tylko w życiu związków zawodowych, później w ogóle w polityce. I różnie można biografię choćby Lecha Wałęsy oceniać, ale tutaj akurat dobrze mu ktoś doradził. Obecnie, w czasach, kiedy wszystko ujmowane jest jako „kryzys”, „stan wyjątkowy” i „zdarzenie grożące wyginięciem ludzkości”, znowu chyba wracamy do czegoś bliższego średniowieczu. Zmieniły się instytucje broniące dogmatów i ich treść, metody też są bardziej humanitarne (zamiast cenzury i stosów mamy standardy społecznościowe i wykluczenia z mediów lub życia zawodowego), ale zasada jest podobna. Co ciekawe, o ile kiedyś broniono tego, co nieuchwytne i metafizyczne przed wpływami tego, co logiczne i empiryczne, to dzisiaj jest w pewnym sensie na odwrót. Pozornie jednak, bo w mojej ocenie nadal jest to debata w mniejszym stopniu o faktach, a w większym o wartościach.

Spójrzmy na konkretne przykłady. Jedni bowiem uważają, że Szwecja zwariowała z COVID-em. Jak bowiem można było w obliczu takiego kryzysu zaufać obywatelom, że będą przestrzegać rekomendacji sanitarnych, dać im choćby odrobinę wolności i otworzyć szkoły, ale jednak pozwolić, aby ktokolwiek umarł? Inni, że zwariowała Australia, bo jak można zamknąć ludzi w domach i na wyspie przez prawie dwa lata, wszystkich masowo testować i śledzić cyfrowo, nasyłać policję, a następnie jeszcze zmuszać do poddania się zabiegowi, o którym początkowo oficjalnie i powszechnie mówiono, że będzie dobrowolny? Jeśli istnieje Bóg, to tylko on mógłby ocenić, kto ma w tej sprawie rację. Przykro mi eksperci, że nie stawiam was w podobnej roli, ale znowu pojawia się pytanie – kto ma stwierdzić, czy to efekt mojej ignorancji, czy waszej pychy?

Do tego wszystkiego dochodzi swego rodzaju monotematyczność mediów. Najpierw wałkują COVID, COVID, COVID. Później Ukrainę, Ukrainę i Ukrainę. Teraz Odrę, Odrę i Odrę. Wszystko to wiąże się z pewnym pokazowym aktywizmem, manichejskim podziałem na poglądy słuszne i niesłuszne, oraz przekonaniem, że druga strona z pewnością wierzy w to co wierzy, bo ktoś ją zmanipulował. Jest to zresztą poniekąd prawda i obie strony to nie bez racji podkreślają.

Tak zwani sceptycy mówili, że rządy specjalnie podsycają w ludziach strach i odpowiednio dobierają informacje, aby zmusić ich (przede wszystkim młodych, zdrowych itd.) do określonego zachowania, podczas gdy zagrożenie nie jest dla nich aż tak istotne, jak się to pokazuje. Rzecz w tym, że to nie tyle teoria spiskowa, chociaż w ekstremalnej formie też może przyjąć taką postać, co po prostu krytyka metod działania niektórych instytucji. Coraz częściej sięgają one po rożne zabiegi behawioralne (np. „teorię szturchania”) oraz dwuznaczny, autorytarny sposób podejścia do obiegu informacji w społeczeństwie. Te korzystne są uwypuklane, a te niezgodne z oficjalnym przekazem i planem zwalczane i ośmieszane, chociażby miały racjonalną lub etyczną podbudowę. W takich przypadkach zawsze gdzieś gubi się niuans. O ile systemy totalitarne powoływały urzędy cenzury, bo były w pewnym uproszczeniu z natury „złe”, o tyle demokracje liberalne zaczynają to robić zapominając o zasadzie, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane.

Druga strona – nazwijmy ją większościową, głównym  nurtem, elitami liberalnymi, jak kto woli – nie jest oczywiście dłużna. Twierdzi, że wszyscy, którzy się z nią nie zgadzają, są pod wpływem szarlatanów, ruskich służb albo wszystkiego tego na raz. To bardzo ciekawe, bo widzenie świata w czarno-białych barwach jest najczęściej charakterystyczne właśnie dla wyznawców teorii spiskowych (my, wolny i biedny naród versus złe globalne elity). Z konieczności najwyraźniej musieli taki sposób myślenia przyjąć postępowcy (my, dobre globalne elity versus zła, prorosyjska i nienaukowa ciemnota). Nie kwestionuję tego, że wywiad rosyjski wpływa na umysły Europejczyków. Niemniej niezniuansowany sposób, w jaki o tym mówią europejskie instytucje i media, zaczyna moim zdaniem przypominać mieszaninę klinicznej paranoi i politycznego makkartyzmu. Jeśli ktoś wszędzie widzi ruskie onuce, to problem leży w nim, czy w świecie zewnętrznym? Oczywiście, każda z tych stron dyskursu publicznego będzie się upierać, że to tylko ta druga się myli i wierzy w głupoty. O mnie powie, że jestem wszetecznym symetrystą i relatywistą, „kontrolowaną opozycją”, „fałszywym centrum” albo po prostu mnie zablokuje.

Ten nieco przydługi wstęp chciałbym odnieść do konkretnego zagadnienia, które ostatnio również wałkowane jest w mediach. W tym przypadku nie bez powodu. Chodzi o treść oficjalnego podręcznika autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego do nowego przedmiotu szkolnego „Historia i Teraźniejszość”. Temat ten o tyle mnie smuci, że naprawdę zauważam potrzebę nauczania młodzieży możliwie neutralnych faktów historycznych oraz bieżących wydarzeń. Młodzi ludzie powinni być też – na bazie wspomnianych faktów – aktywizowani do dyskusji, samodzielnego myślenia oraz uczeni reguł erystycznych. Element wiedzy możliwie pewnej powinien być więc łączony z umiejętnością obrony własnego punktu widzenia. W szkole nie powinno być miejsca ani na propagandę i fundamentalizm, ani na przeintelektualizowane teorie oderwane od rzeczywistości.

Tak się jednak zazwyczaj nie dzieje i podręczniki szkolne są polem pewnego propagandowego kształtowania świadomości. Jest tak zresztą najprawdopodobniej od zawsze i na najniższym poziomie. Sprzeciwiają się temu właściwie tylko środowiska skrajnie libertariańskie. Kwestionują one w ogóle potrzebę edukacji publicznej (przez krótki czas instrumentalnie robiły tak też środowiska progresywne, bo były bardziej zajęte zwalczaniem wirusów niż edukowaniem dzieci) i sugerują w to miejsce na przykład edukację domową. Dla takich osób jakiekolwiek treści propaństwowe i pronarodowe, różnego rodzaju narzucone autorytety i jakikolwiek odgórny dobór tematów, nawet w wydaniu demokratycznym i liberalnym, jest nie do przyjęcia. To stanowisko jest być może rzadkie, ale przynajmniej konsekwentne. W mojej ocenie, takiej konsekwencji nie uświadczymy już, gdy oddamy edukację w ręce czy to konserwatystów, czy progresywistów. Proszę choćby spojrzeć, jakie wojenki kulturowe toczą się właśnie w Stanach Zjednoczonych. Skrajni konserwatyści chcą wykładać antyewolucyjne poglądy, a progresywiści chcą uczyć dzieci różnych „teorii krytycznych”. Obu tym nurtom najczęściej daleko do neutralności i rygoru naukowego.

U nas, w Polsce, nieakceptowalny okazał się fragment podręcznika dotyczący metody in vitro. Cała sprawa wywołuje we mnie uczucie smutku z innego jeszcze powodu (pomijając wątki z życia prywatnego, chociaż nie osobistego). Naprawdę bowiem wyznaję zasadę, że nauka i technologia powinny być trzymane w ryzach przez zasady bioetyczne, czy szerzej mówiąc przez to, co niewypowiedziane, metafizyczne, niekiedy nawet polityczne. Zresztą, ci którzy mają bardziej scjentystyczne poglądy niż ja, tak naprawdę też w to wierzą, czemu dają świadectwo, gdy na przykład mówią, że „spędzanie zbyt długiego czasu ze smartfonem w ręku szkodzi dzieciom, ale i dorosłym” albo „gwałtowny rozwój techniki spowodował degradację środowiska”. Technologia może szkodzić, czasami również w sposób, który umyka ramom empiryzmu. Nie wywodzę tego wszystkiego z religijnych przekonań, lecz zupełnie humanistycznych. Podsumowując uważam, że mechanicznie, bezkrytycznie ujmowana nauka i technologia niekiedy naprawdę zagrażają ludzkiej wolności, godności, psychice, życiu publicznemu i tak dalej.

Właśnie dlatego irytuję się, gdy fundamentalizm i powierzchowność niektórych konserwatystów wpycha ludzi o bardziej postępowych poglądach w przekonanie, że takich dyskusji w ogóle nie powinniśmy podejmować. Jeżeli ktoś ma zastrzeżenia etyczne do metody in vitro (np. chce pytać, co się dzieje z niewykorzystanymi zarodkami), w mojej ocenie może to robić, ale powinien być przy tym bardzo delikatny i kierować się rozsądkiem. Nie może naruszać godności tych osób, które w wyniku podobnego zabiegu posiadają potomstwo lub po prostu same żyją. Jest to zresztą skrajnie niechrześcijańskie, ale też zwyczajnie niehumanitarne. Utrapienia, z jakimi borykają się rodzice z problemami z płodnością, z konieczności i tak musimy próbować rozwiązać ujmując je jako problem medyczny, a więc naukowy, choć rzeczywiście o bioetycznych granicach. Od razu też napiszę, że w świeckim społeczeństwie argumenty stricte religijne (w rodzaju „dziecko z in vitro nie ma duszy”), nigdy nie znajdą zrozumienia, co najwyżej wywołają uzasadnioną złość. W przestrzeni publicznej powinny pojawiać się tylko dobrze umotywowane i podbudowane racjonalnie zastrzeżenia, aby – w nieco wittgensteinowskim sensie – był w ogóle sens o czymkolwiek dyskutować. Nie jest to przecież problem dla osób przyjmujących religijny punkt widzenia, skoro same często powołują motto Fides et ratio. Żyjemy w epoce, w której bardziej się liczy ratio i wszyscy musimy się z tym pogodzić.

Michał Góra

Poprzedni artykułBiden dał przykład światu, jak dobrać się do portfeli podatników
Następny artykułPolacy kupują obce waluty