Ceny pędzą w górę tak dramatycznie, że rada powinna w tej chwili z całej siły cisnąć hamulec. To jak w aucie jadącym na ścianę. Z jakichś przyczyn jednak tego nie robi – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Wystąpienia prezesa NBP Adama Glapińskiego niemal zawsze są na swój sposób fascynujące. A już zwłaszcza wtedy, gdy poprzedzają je decyzje tak zaskakujące jak ta, którą podjęła ostatnio Rada Polityki Pieniężnej, pozostawiwszy stopy procentowe na nie zmienionym poziomie 6,75 proc. I to świeżo po tym, gdy okazało się, że inflacja we wrześniu pobiła kolejny rekord, przebijając 17 proc., co właściwie pozwala ją już określić jako galopującą. Jak zwykle nie znamy oczywiście detali z posiedzenia rady, więc nie wiemy, jakim stosunkiem głosów taką decyzję podjęto. A szkoda.

Podczas konferencji prasowej pan prezes powiedział między innymi, że RPP nie kończy cyklu podwyżek stóp, a jedynie go zawiesza i będzie się „przyglądać”. Można zadać sobie pytanie, czemu tu się właściwie przyglądać. Co się dzieje nie tylko z inflacją, ale także z kursem złotówki – w jakimś stopniu zależnym również od decyzji rady – wszyscy widzimy. Perspektywa znaczącego spadku inflacji wydaje się bardzo mglista, szczególnie gdy wziąć pod uwagę dopiero co ogłoszoną decyzję Opec+ o znaczącym ograniczeniu wydobycia ropy – co pomoże oczywiście Rosji. Dla nas natomiast oznacza to nieuchronny ponowny wzrost cen paliw, z i tak bardzo przecież wysokiego poziomu, a tym samym – kolejny impuls inflacyjny. Dodajmy do tego równie nieuchronne dalsze wzrosty cen energii, które przełożą się na inne koszty i ceny, a można ostrożnie założyć, że być może jeszcze w tym roku inflacja dobije do 20 proc. W tych okolicznościach wstrzymywanie się z podwyższaniem stóp choćby o 50 punktów bazowych wydaje się niemal sabotażem.

Ma to jednak oczywiście swoje wytłumaczenie. Po pierwsze – chodzi zapewne o to, żeby nie wymuszać na rządzie podwyżki oprocentowania długu publicznego, który i tak kosztuje nas już niemiłosiernie dużo. Po drugie – aby nie wkurzyć jeszcze bardziej i tak już zdruzgotanych wysokością rat złotówkowych kredytobiorców.

Pan prezes Glapiński dostrzega jednakże światełko w tunelu. To światełko może się natomiast okazać reflektorem pędzącej prosto na nas lokomotywy, bo pana prezesa niejakim optymizmem napawa… nadchodzące spowolnienie gospodarcze. Ono ma sobie poradzić z inflacją.

Technicznie to oczywiście racja: gospodarcze spowolnienie nierzadko wygasza inflację. Problemy są dwa. Pierwszy – że lekarstwo może się okazać gorsze od choroby. Doprawdy, trudno się cieszyć z nadchodzącego krachu. Przy czym Adam Glapiński oznajmił – trudno orzec, na jakiej podstawie – że nie widzi perspektywy recesji w Polsce. Tak się jednak składa, że mówi o niej coraz większa część ekonomistów, bynajmniej nie tylko tych od dawna krytycznych wobec rządzących i wydaje się ona w zasadzie pewna. Pytanie brzmi jedynie, jak będzie głęboka i jak długo potrwa.

Drugi problem to ten, że już miesiące temu nawet przedstawiciele władzy – wspominała o tym choćby niezrównana Olga Semeniuk – przyznawali, że w Polsce możliwa jest nie tylko gospodarcza stagnacja, ale także stagflacja. Gdyby do niej doszło, nadzieje Adama Glapińskiego na zwalczenie dżumy cholerą nie spełniłyby się. Mielibyśmy jednocześnie i dżumę, i cholerę, czyli niehamującą inflację oraz stagnację gospodarczą równocześnie.

Można oczywiście argumentować, że windowanie stóp procentowych ma także swoje negatywne skutki – o dwóch z nich tu pisałem – więc może faktycznie warto z tym trochę przystopować. Szczególnie jeśli wierzy się, że inflacja jest jakimś niezależnym od naszych działań dopustem bożym. Adam Glapiński oznajmił, że dotyczy to dwóch trzecich polskiej inflacji. To jednak dość porażające stwierdzenie, bo nawet gdyby przyjąć tę przecież dość korzystną dla rządzących interpretację, wychodziłoby, że działania władzy i polityka samej RPP odpowiadają za aż około 6 proc. inflacji, a więc 3,5 punktu powyżej celu inflacyjnego, i gdyby nie one, mogłaby ona wynosić 14 proc. (uwzględniając cel inflacyjny), może nawet mniej. A to jednak znacząca różnica.

Tylko że tutaj raczej nie ma miejsca na takie dylematy. Ceny pędzą w górę tak dramatycznie, że rada powinna w tej chwili z całej siły cisnąć hamulec. To jak w aucie jadącym na ścianę: może zedrą się opony, może zaryjemy przednim zderzakiem w próg zwalniający, ale ważniejsze jest, żeby wyhamować, zanim rąbniemy w pełnym pędzie maską w mur.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułEksterminacja małych i średnich firm będzie postępować?
Następny artykułNiemrawe efekty programu „Czyste Powietrze”