Lotnictwo Chińskiej Republiki Ludowej od pierwszych dni października dokonuje nalotów na Tajwan łamiąc przestrzeń powietrzną „zbuntowanej” wyspy. We wtorek (5 października), w jednej z chińskich prorządowych gazet ukazały się nawet ostrzeżenia przed III wojną światową i konfliktem z USA, który „może się zacząć w dowolnym momencie”. Biorąc pod uwagę wzrost napięcia na Morzu Południowochińskim i powstały właśnie sojusz USA, Wielkiej Brytanii i Australii, ostrzeżenia chińskich mediów mogą stać się niebezpieczną rzeczywistością.

Tajpej (fot. Peggy_Marco/Pixabay)

Tylko w ciągu jednej doby (w pierwszych dniach października) chińskie lotnictwo aż 50 razy naruszyło przestrzeń powietrzną Tajwanu. Łącznie, od początku października, w tajwańską przestrzeń powietrzną wdarło się 150 samolotów – w tym 56 odrzutowców ChRL. Oczywiście według władz komunistycznych nic się nie stało. Oficjalnie ChRL nie naruszyło obcej przestrzeni powietrznej, gdyż dla komunistów Tajwan nie jest odrębnym państwem, a jedynie zbuntowaną wyspą. Co ciekawe Tajwan (albo Republika Chińska, jak się oficjalnie nazywa) już kilkadziesiąt lat temu ogłosił się demokratycznym, samodzielnym państwem. Nie jest jednak za takie uznawane na arenie międzynarodowej. Dlaczego? Dbają o to Chiny.

Naruszenia przestrzeni powietrznej Tajwanu nieprzypadkowo rozpoczęły się 1 października – wtedy bowiem w Chinach zaczęto świętowanie rocznicy utworzenia Chińskiej Republiki Ludowej. Komunistyczne władze zdają się w tej kwestii naśladować swojego rosyjskiego sąsiada, który do dnia dzisiejszego lubuje się w symbolice zastraszania (np. morderstwo Politkowskiej dokonane w dniu urodzin Władimira Putina).

Doniesienia o prowokacyjnych naruszeniach przestrzeni powietrznej Tajwanu odbiły się głośnym echem w Australii, której mieszkańcy uważają Chiny za realne zagrożenie. Szef tajwańskiej dyplomacji Joseph Wu, który wystąpił w australijskiej telewizji ABC powiedział, że jego kraj „jest gotowy na wojnę”. Tajwańczycy nie żałują pieniędzy na zbrojenia chcąc uczynić z wyspy „odstraszającego jeżozwierza”.
Z kolei tajwańska prezydent Tsai Ing-wen zapewniła, że „zrobi wszystko, co trzeba”, aby ochronić Tajwan przed inwazją, a Su Tseng-chan – premier rządu Republiki Chińskiej dodał, że „Tajwan musi być czujny wobec przesadnych działań wojskowych Chin, które zagrażają pokojowi w regionie”.

Sytuacja Tajwanu bardzo zaniepokoiła Stany Zjednoczone. Prezydent Joe Biden zadzwonił do prezydenta Chin Xi Jinpinga. Amerykański przywódca nie zdradził jednak szczegółów tej rozmowy. Podczas konferencji prasowej w Białym Domu stwierdził jedynie lakonicznie: „Rozmawiałem z Xi o Tajwanie. Zgadzamy się… będziemy przestrzegać porozumienia z Tajwanem”.

Oliwy do ognia dolewa angielskojęzyczna, wydawana w ChRL gazeta „Global Times”, która znana jest z szerzenia dezinformacji i wspierania chińskiego (komunistycznego) nacjonalizmu. „Global Times” zdążył już oskarżyć USA o „zmowę z Tajwanem” i ostrzegł, że III wojna światowa może zostać „wywołana w dowolnym momencie” – zgodnie z przysłowiem „złodziej krzyczy: łapać złodzieja”. Jednocześnie „Global Times” straszy, że siły zbrojne ChRL są przygotowane na „wojnę totalną” z USA.

Dzisiaj już gołym okiem widać, że komunistyczne Chiny oplotły kulę ziemską gospodarczymi mackami i w wielu rejonach świata (patrz Afryka) uzależniają państwa i wręcz wysysają – gdzie mogą – surowce. Pamiętam, że po podróży do okupowanego Tybetu obiecałem sobie, że nie będę kupował chińskich produktów – niestety, nie da się. Można natomiast ograniczyć ich kupowanie i to właśnie robię. Wystarczy, że przypomnę sobie chińskie patrole wojskowe w Tybecie wyposażone (oprócz karabinów) w gaśnice i swoiste urządzenia – rodzaj „hycli” na ludzi. W gaśnice, bo chodzi o ciągle dokonywane samospalenia przez Tybetańczyków liczących na to, że chociaż ich fotografie, zrobione przez przypadkowego zagranicznego turystę, obiegną świat. Płonącego Tybetańczyka chiński żołnierz „hyclem” obala na ziemię, drugi gasi ogień gaśnicą, a reszta żołnierzy z karabinami wyszukuje, czy przypadkiem jakiś turysta nie zrobił zdjęcia. Nie byłem świadkiem takiego wydarzenia, ale chiński żołnierz z karabinem sprawdzał mój aparat fotograficzny, czy nie ma w nim „zakazanych” ujęć. Zapewniam – nie jest to miłe doświadczenie.