Od dziś w każdy wtorek w naszym serwisie swoje felietony publikował będzie Tomasz Cukiernik – jeden z najlepszych polskich publicystów ekonomicznych, autor kilku ciekawych książek, zagorzały zwolennik wolnego rynku oraz znany (i niezwykle skuteczny) tropiciel eurosocjalistycznych absurdów.

Zapraszamy do lektury pierwszego z nich:

Tomasz Cukiernik

Prounijni propagandyści opowiadają bajki, jak to nic by w Polsce nie powstało, nic by nie wybudowano, nie byłoby dróg i tras rowerowych, infrastruktury kolejowej i portowej, kanalizacji, muzeów, oper ani basenów, gdyby nie te mityczne fundusze unijne. Czy rzeczywiście? Co mówią twarde fakty i konkretne wyliczenia?

Zająłem się tym tematem, gdyż jeden z moich czytelników zadał mi pytanie, czy jest jakieś graficzne zestawienie dotacji z Unii Europejskiej z inwestycjami. Stwierdził, że mierżą go argumenty zarówno polityków PO, jak i PiS w stylu: „bez Unii to byśmy nawet autostrad i dróg nie mieli”, albo: „tyle muzeów i skateparków pobudowali”. Zdaniem czytelnika takie graficzne zobrazowanie tych spraw „może nieźle poprzestawiać we łbach najbardziej zawziętych lemingów POPiS”.

No więc jak to wygląda? Za przykład wezmę ostatni rok przedpandemiczny. Wtedy – zgodnie z informacją Ministerstwa Finansów – transfery finansowe z Brukseli do Warszawy wyniosły 16,28 mld euro, czyli w przeliczeniu po ówczesnym kursie euro – 70 mld zł. Od tego trzeba odjąć polską składkę członkowską do Unii Europejskiej, która wyniosła 5,05 mld euro, czyli 21,7 mld zł. Oznacza to, że w 2019 roku saldo przepływów finansowych Polska–UE wyniosło 48,3 mld zł na korzyść dla Polski. To 2,2 proc. naszego PKB.

Zajrzyjmy teraz na drugą stronę zestawienia – do udostępnianych przez Główny Urząd Statystyczny danych o inwestycjach. Udział nakładów brutto na środki trwałe sektora prywatnego w produkcie krajowym brutto wyniósł 12,1 proc., czyli 266,2 mld zł. Z kolei udział nakładów brutto na środki trwałe sektora publicznego w produkcie krajowym brutto sięgnął 6,2 proc., czyli 136,4 mld zł. Razem daje to 402,6 mld zł (18,3 proc. PKB).

Porównajmy: wszystkie inwestycje w 2019 r. wyniosły 18,3 proc. PKB (a był to jeden z najsłabszych lat pod tym względem), podczas gdy bilans dotacji i składki członkowskiej sięgnął 2,2 proc. PKB. Oznacza to, że wartość prywatnych i publicznych inwestycji w Polsce w 2019 roku była ponad osiem razy (!) większa, niż to co uzyskaliśmy dzięki unijnym dotacjom. Innymi słowy, 48,3 mld zł z dotacji to zaledwie 12 proc. wartości inwestycji. Taka jest skala i proporcje, a przecież całość funduszy unijnych NIE IDZIE na inwestycje. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że na inwestycje idzie mniejsza część dotacji niż na inne cele. Co więcej, niejednokrotnie „inwestycjami” nazywane jest często to, co żadną inwestycją nie jest, bo z założenia nie ma przynosić zysków, a jedynie generować koszty. Samorządowcy takie „inwestycje” nazywają „skarbonkami”, do których po wsze czasy trzeba będzie dopłacać z samorządowego budżetu na ich utrzymanie. Oznacza to, że łączna wartość inwestycji w Polsce jest, lekko licząc, dziesięć razy większa niż wartość inwestycji z unijnych dotacji.

Inaczej pisząc, co najmniej 90 proc. wartości inwestycji w Polsce zostało zrealizowanych bez udziału funduszy unijnych. A tymczasem w efekcie nachalnej i wszechogarniającej propagandy prounijnej ziejącej z tablic z niebieskimi flagami postawionych na każdym rogu ulicy, z kłamliwych ust polityków i medialnych manipulatorów ludziom wydaje się, że bez pieniędzy z Brukseli nie da się w Polsce nawet wyrwać chwastów na gminnej rabatce. Jest dokładnie odwrotnie. Gdyby przy każdej inwestycji bez udziału unijnych srebrników miała stać tablica propagandowa, to tych tablic musiałoby być co najmniej dziesięć razy więcej niż tablic unijnych!

Brytyjski publicysta finansowy Matthew Lynn na łamach „The Telegraph” słusznie uważa, że ewentualna utrata unijnych funduszy, czym straszą eurokraci i niektórzy politycy zachodnioeuropejskich państw (np. Holandii), nie zrobi wielkiej krzywdy polskiej gospodarce. Może być dokładnie przeciwnie. Brak dotacji unijnych może mieć pozytywny wpływ na gospodarkę, bo dzięki temu będzie ona mniej uzależniona od interwencjonizmu państwowego oraz arbitralnych i nierynkowych decyzji urzędniczych. Bo fundusze unijne to przede wszystkim mniej wydatków publicznych, a to z kolei przekłada się na mniejsze zadłużenie publiczne, mniejszą biurokrację, mniejszą urzędniczą władzę, mniejszą liczbę unijnych szantaży, mniejszą ingerencję państwa w gospodarkę oraz mniejsze marnotrawstwo, bo nie będzie niepotrzebnych, przepłaconych i generujących latami nowe koszty unijnych projektów.

Tomasz Cukiernik