Zakończyła się senacka batalia o kształt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. Izba Wyższa wprowadziła 36 poprawek do pierwotnej wersji Piątki dla zwierząt. Zasadniczo nie uległa jednak zmianie oś tematyczna ustawy. Mimo wykreślenia przepisów likwidujących możliwość produkcji mięsa drobiowego w systemach halal i koszer z przeznaczeniem na eksport, wciąż obecne są w ustawie przepisy uderzające w hodowlę bydła mięsnego i zwierząt futerkowych.

Po senackich poprawkach hodowcy zwierząt futerkowych będą mogli funkcjonować na dotychczasowych zasadach do 31 lipca 2023 r. Więcej czasu zyskali hodowcy, których działalność opiera się na prowadzeniu uboju rytualnego bydła – na dotychczasowych zasadach będą oni mogli pracować do 31 grudnia 2025 r. To niewiele. Szczególnie, gdy pod uwagę weźmiemy, że początkowo rząd próbował „przekupić” protestujących rolników zawoalowanym wydłużeniem vacatio legis do 1 stycznia 2022 roku. Zawoalowanym, ponieważ – biorąc pod uwagę czas, jaki prezydent ma na podpisanie ustawy oraz pierwotnie roczny okres przejściowy – okaże się, że rząd podarował rolnikom… 2,5 miesiąca. Tak czy owak, nawet – licząc od dziś – 33 miesiące na likwidację samej tylko hodowli zwierząt futerkowych brzmi groteskowo. 33 miesiące to bez mała 3 lata. Samo zakredytowanie branży futrzarskiej to jednak okres – w większości przypadków – 10-15 lat.

Sytuacja ta dotyczy niemal wszystkich hodowców, którzy w roku 2018 zobowiązani zostali do doposażenia swoich ferm oraz dokonania wielomilionowych inwestycji. Wszystko to za sprawą Rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 10 września 2015 r. zmieniającego rozporządzenie w sprawie minimalnych warunków utrzymywania gatunków zwierząt gospodarskich innych niż te, dla których normy ochrony zostały określone w przepisach Unii Europejskiej. W tym czasie u steru władzy zasiadało już Prawo i Sprawiedliwość, a resortowi rolnictwa szefował dzisiejszy europoseł Krzysztof Jurgiel. Artykuły ww. rozporządzenia są stosowane od 1 lipca 2018 roku. Zmiany w zakresie infrastruktury hodowlanej wymuszone ww. rozporządzeniem spowodowały konieczność inwestycji przynajmniej części hodowców w nowe klatki oraz ogrodzenie gospodarstwa. Wiele tych inwestycji zostało wykonanych ze środków pochodzących z kredytów i pożyczek bankowych.

Nakłady były zróżnicowane względem wielkości i powierzchni gospodarstwa. Najmniejsze z nich, utrzymujące kilka tysięcy zwierząt, musiały liczyć z kosztem inwestycji wynoszącym minimum 40 tys. zł. W przypadku największych koszt ten wynosił nawet około 600 tys. zł w przeliczeniu na jedną fermę. W roku 2018, czyli terminie ostatecznym na wprowadzenie ww. regulacji, w Polsce funkcjonowało około 1000 ferm zwierząt futerkowych (według danych GIW). Koszt wprowadzenia nowych regulacji, według szacunków związków hodowców funkcjonujących na terytorium RP, objął całą branże i wyniósł około 240-260 mln zł.

Rząd zapewnia jednak, że wszystko pokryją odszkodowania. Jakie? Hodowcy wciąż nie wiedzą. Warto natomiast nadmienić, że roczna wartość eksportu skór zwierząt futerkowych z Polski to około 1,5 mld zł, środki trwałe branży wycenia się na niemal 8 mld zł, a zakredytowanie hodowców szacuje się na przeszło 3 mld zł.

Gdyby za wyznacznik przyjąć poziom rekompensat i vacatio legis względem likwidacji hodowli zwierząt futerkowych w krajach Europy Zachodniej, polski rząd musiałby na odszkodowania przeznaczyć… wiele miliardów złotych.

Warto w tym miejscu przypomnieć, co na ten temat mówił nam kilka dni temu, gdy projekt ustawy procedowany był w Senacie, Adam Abramowicz – rzecznik małych i średnich przedsiębiorców:
– Ustawa ma kosztować budżet państwa konkretne środki, a przecież tych pieniędzy szczególnie teraz, w dobie walki z koronawirusem, bardzo potrzebujemy. Konkretna pomoc z tarcz, którą od marca uzyskali przedsiębiorcy, zakończyła się. Ale nie zakończyła się pandemia i jej skutki. Są branże, które albo są zamknięte rozporządzeniem w strefach czerwonych, albo nie zarabiają ze względu na obostrzenia sanitarne w strefach żółtych. I te firmy nadal potrzebują wsparcia. Dlatego niezrozumiałe jest rezygnowanie w tak ciężkiej sytuacji budżetowej ze znacznych przychodów z branż ograniczanych ustawą. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wycofanie się z ustawy, przynajmniej na czas odrobienia covidowych strat.

Warto w tym miejscu powołać się na dwa kraje o najbliższej Polsce skali hodowli, czyli Królestwo Niderlandów i Norwegię. W pierwszym z nich w momencie likwidacji hodowli funkcjonowało 110 ferm, na których hodowano około 1 mln zwierząt. Rolnicy otrzymali tam niemal 7,5 mln zł w przeliczeniu na jedną fermę. Zapewniono im także długi okres przejściowy wynoszący 11 lat. W Norwegii natomiast w momencie likwidacji sektora funkcjonowało 180 ferm, na których utrzymywano 810 tys. zwierząt. Tam gospodarze otrzymali łącznie ponad 620 mln zł i niemal 6 lat na zamknięcie interesu.

W Polsce – według najnowszych danych Głównego Inspektoratu Weterynarii – funkcjonuje dziś 810 ferm futrzarskich utrzymujących 6,8 mln zwierząt. Analitycy Związku Przedsiębiorców i Pracodawców szacują, że – biorąc pod uwagę poziom europejski – rekompensaty dla polskich hodowców zwierząt futerkowych wynieść powinny około 4 mld zł. Kwota ta w żaden sposób nie zrekompensuje jednak strat eksportowych, wzrostu bezrobocia, podwyżek cen mięsa, zwiększonych kosztów utylizacji, niespłaconych kredytów i marnotrawienia środków trwałych.

Trudno jednak liczyć na to, że w dobie pandemii koronawirusa rząd wysupła z budżetu dodatkowe miliardy. Szczególnie, gdy pod uwagę weźmiemy, że znacznie wyższych rekompensat oczekiwać powinni producenci wołowiny.