Politycy coś mogą. Coś mogą też ci, którzy są poza polityką. Ewentualny sukces zależy od współdziałania. I oczywiście umiejętnego wydawania oby jak największych kwot, bo zmiany polityczne też potrafią kosztować.

III Forum Wolnościowe to inicjatywa jeszcze z czasów, kiedy za powiew zmiany mógł uchodzić Paweł Kukiz i jego projekt polityczny. Sama inicjatywa jest jednak warta kontynuacji. Spotkanie wolnorynkowych posłów z przedstawicielami różnych organizacji, fundacji, stowarzyszeń, także zupełnie nieformalnych grup, jest wartościowe także kiedy to z oryginalnego składu parlamentarzystów zapraszających lata temu na pierwsze takie forum ostał się tylko jeden. Chętnie przyjąłem więc zaproszenie od trzech sygnujących swoimi nazwiskami wydarzenie polityków: Artura Dziambora, Jakuba Kuleszę i Dobromira Sośnierza.

Nie jestem jednak płytą, która do zdarcia będzie powtarzać to samo. Bo byłem już na I Forum i tam też mówiłem w pierwszym panelu, też o ekonomii – i też mnie to dziwiło, bo z wykształcenia nie jestem ekonomistą tylko politologiem. Tegoroczny występ potraktowałem więc jako okazję do zmiany paradygmatu i uchylenia rąbka tajemnicy wokół badań, jakie prowadziliśmy w Stowarzyszeniu Libertariańskim. Jestem jego honorowym członkiem i miałem przyjemność poprowadzić zespół, który zajmował się określeniem potencjału wyborczego polskich libertarian i liberałów. W przypadku tych pierwszych, cóż, tu nikt nie miał złudzeń, nie jest to wartość szczególnie wysoka. Libertarianie w Polsce jako elektorat są nieliczni. Zaskoczeniem jest jednak niezła kondycja elektoratu liberalnego, który nie jest mały – jest jednak podzielony i problemem jego mobilizacji są egzotyczne sojusze, w jakie weszli zapraszający mnie posłowie.

Kogo zresztą interesują szczegóły tego, co mówiłem – ten je znajdzie. Ten felieton tak naprawdę nie jest o polityce. Jest o trzecim sektorze. To jest moja naturalna przestrzeń.

Nie mam konta na Twitterze. Ta popularna platforma jest mordercą debaty publicznej, bo każe redukować nieredukowalne przecież myśli do jakichś poczwarnych skrótowców. Co gorsza, to jest ten model, który podchwytują media, bo w wielu portalach można już dziś przeczytać całe „artykuły” złożone ze zrzutów ekranów twitterowych wypowiedzi, marnie skleconych do kupy jakimiś naprędce zaprzęgniętymi do tego spójnikami i równoważnikami zdań. Moja obecność na Facebooku jest mocno zredukowana, ta platforma, choć daje dużo więcej, nie do końca odpowiada temu, co chciałbym czytać i jak chciałbym pisać. To jednak właśnie tam, w tych dwóch „debatowniach”, przewijał się po mojej wypowiedzi pewien wzorzec i to nie jest dziwne, że właśnie tam, bo to przeważnie w mediach społecznościowych ze sobą rozmawiamy. Ten motyw to pytanie o to, ilu posłów ma Stowarzyszenie Libertariańskie.

Zero. I nie zanosi się na jakąś zmianę. Bo rolą trzeciego sektora, podpowiem, inaczej znanego jako pozarządowy, nie jest bycie w parlamencie. To zadanie polityków i oczywiście te dwie przestrzenie się niekiedy przenikają, trudno zresztą, aby skuteczny społecznik, jeśli tego będzie chciał i będzie umiał zdobyć poparcie, nie poszedł do polityki. Są to jednak przypadki indywidualne, a nie jakaś reguła. Trzeci sektor ma zajmować się czymś innym, w wersji myślenia o społeczeństwie obywatelskim, jaka jest mi bliska, ma organizować społeczeństwo w samorzutnie tworzące się instytucje i patrzeć politykom na ręce.

Polityka to inna przestrzeń niż ta, która jest pozarządowa. Udana zmiana wymaga jednak współpracy, trochę jak na boisku. Kto inny podaje, kto inny wykańcza akcję. Bramkarz nie musi strzelać goli, a obrońca może być zupełnie marny w karnych, bo od tego są inni. Podobnie jest z życiem publicznym. Dziennikarze to nie politycy, politycy nie są społecznikami, i tak dalej. Jasne, są ludzie, którzy chcieliby łączyć te wszystkie role, upolityczniać obieg informacji, robić z aktywistów polityków, tworzyć niepotrzebne hybrydalne tożsamości, które jednak tylko zaburzają, a nie usprawniają podział pracy. Prosty przykład, stowarzyszenie może publikować badania, które naprawdę ktoś przeczyta, bo gdyby zrobili to politycy, efekty ich pracy byłyby natychmiast okrzyknięte jako stronnicze. Nawet wtedy, gdyby metodologicznie były kryształowo poprawne.

I właśnie dlatego to dobrze, że są stowarzyszenia, które nie mają ani jednego posła, za to jakąś opinię o pracy wszystkich 460.

Optymizm nie powinien jednak przysłonić czegoś bardzo realnego – środków. Podział pracy, aby był subtelny, wymaga nakładów finansowych, to dopiero wtedy, kiedy różni ludzie mogą zarabiać na swoich specjalizacjach, opłaca się im je pogłębiać. Mają też na to czas. Bez tego: są chłoporobotnikami przestrzeni publicznej, bogatymi w liczne, lecz ubogie kompetencje. Żeby coś działało, musi być zatankowane i działalność w przestrzeni publicznej nie jest tutaj niczym odmiennym. Stąd tak ogromna potrzeba profesjonalnie prowadzonego fundraisingu, bez którego społeczeństwo obywatelskie nigdy nie wzniesie się na poziom, na jakim mogłoby być.

I nie będzie pilnować polityków tak skutecznie, jak jest to potrzebne.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułNIK: Szpitale nie radziły sobie w pandemii
Następny artykułLepiej, być może, zamrozić ceny prądu, niż nic nie zrobić